Ban oparł drzewce łuku i halabardę o ścianę akweduktu, podciągnął się, zanurzył rękę we wnętrzu. Po chwili zeskoczył na dół, wytarł mokrą dłoń o kaftan i podrapał się po wydatnym nosie.
— Pod powierzchnią wody ścianki są omszałe jak w stawie. Obawiam się, iż na tym ostatnim nachyleniu możemy mieć kłopoty i będziemy się ślizgać, wspinaczka z powrotem będzie jeszcze trudniejsza. Moim zdaniem najlepiej, jak zaczekamy na ciebie w fortecy.
Perrin westchnął. Przyszło mu do głowy, żeby ich wyposażyć w liny, ale ostatni stok wymagałby prawie dwóch mil liny, a gdyby jakiś Shaido zobaczył jej luźny koniec wystający z akweduktu w Malden, z pewnością przeszukaliby wszystkie szczeliny i zakątki miasta. Ryzyko może i niewielkie, niemniej na tle rozmiarów ewentualnej porażki rosło niebywale.
— Dotrę do was najszybciej, jak się da, Ban. Obiecuję.
W ich przypadku każdemu również uściskał rękę. Todowi al’Caarowi o wydatnej szczęce i Leofowi Torfinnowi z siwym pasmem we włosach, pod którym biegła blizna od broni trolloka. Młodemu Kenly’emu Maerinowi, który wciąż bezskutecznie próbował wyhodować sobie brodę, Biliemu Adarra równie mocno zbudowanemu jak on, lecz o dłoń niższemu. Bili był dalekim kuzynem i niestety równocześnie najbliższą rodziną, jaką Perrin miał. Spędził dzieciństwo i młodość z wieloma spośród łych ludzi, choć kilku było nieco starszych od niego. A kilku parę lat młodszych. Teraz znał już nie tylko ludzi z okolic Pola Emonda, lecz aż z Deven Ride i Wzgórza Czat. Więc nie tylko pragnienie uratowania Faile, ale i odpowiedzialność za nich miały przynaglać go do pośpiechu.
Ostatnim człowiekiem z Dwóch Rzek był Had al’Lora, szczupły, z sumiastymi wąsami na modłę tarabońską. Kiedy znikał we wnętrzu akweduktu, pojawił się Gaul z twarzą wciąż zasłoniętą i czterema włóczniami w ręce, na której nadgarstek miał nasadzoną tarczę z byczej skóry. Schwycił dłonią krawędź akweduktu, podciągnął się lekko, usiadł na kamiennym gzymsie.
— Też idziesz? — zapytał zaskoczony Perrin.
— Panny całkowicie ci wystarczą w roli zwiadowców, Perrinie Aybara. — Potężny Aiel zerknął przez ramię ku Pannom. Perrinowi zdało się, że zmarszczył brwi, ale trudno było o pewność, ponieważ za czarną zasłoną widać było tylko oczy. — Słyszałem, co mówiły, kiedy wydawało im się, że nie słyszę. W przeciwieństwie do twojej żony i tamtych, Chiad słusznie i we właściwy sposób obrócona została w gai’shain. Bain też, ale ona mnie nie obchodzi. Chiad wciąż będzie musiała odsłużyć resztę ze swojego roku i dnia po tym, jak ją uratujemy. Kiedy jakaś kobieta jest gai’shain mężczyzny albo mężczyzna jest gai’shain kobiety, zdarza się, że gdy tylko zrzucą biel, plotą małżeński wianek. Nie jest to takie znowu rzadkie. Słyszałem, że Panny chcą pierwsze znaleźć Chiad, żeby ją uratować przede mną.
Za jego plecami palce Sulin zamigotały w mowie dłoni Panien, jedna z kobiet przyłożyła dłoń do ust, jakby chciała powstrzymać śmiech. Może nie były tak niechętne jego zamiarom wobec Chiad, jak udawały. A może Perrin czegoś nie rozumiał Humor Aielów bywał dosadny, o ile nie brutalny.
Gaul wszedł do wody. Żeby się zmieścić w przestrzelił akweduktu, musiał się prawie zgiąć wpół. Perrin zapatrzył się w otwór. Tak naturalne wydawało mu się pójść za Gaulem. Niełatwo było oderwać odeń oczy. Szereg seanchańskich żołnierzy wciąż rytmicznie przemierzał stok.
— Mishima, wracam do obozu. Kiedy już skończycie, Grady zabierze was do swoich. Zanim odejdziecie, spróbujcie zatrzeć ślady.
— Oczywiście, mój panie. Kazałem też paru ludziom oskrobać tłuszcz z toporów i zająć się osiami wiatraków. Wyglądał jakby w każdej chwili miały się rozsypać. Na dalszym wzgórzu też to zrobimy.
Perrin ujął wodze Steppera i spojrzał na wolno obracające się skrzydła. Wolno, lecz równo. Nie zbudowano ich, by kręciły się z jakąś zawrotną szybkością.
— A jeśli przyjdą jutro jacyś Shaido i zaczną się zastanawiać, skąd tu świeży tłuszcz?
Mishima przyglądał mu się przez dłuższą chwilę, jego oblicze pozostawało skryte w cieniach. Choć raz płonące żółte oczy zdawały mu się nie przeszkadzać. Jego woń... Pachniał, jakby właśnie zobaczył coś niespodziewanego.
— Generał sztandaru miała rację odnośnie do ciebie — powiedział powoli.
— Co mówiła?
— Będziesz musiał sam ją zapytać, mój panie.
Perrin zjeżdżał powoli ze stoku, kierując się ku linii drzew i myśląc, jak łatwo byłoby zawrócić. Gallenne sam potrafiłby się wszystkim zająć. Wszystko zostało ustalone. Oprócz tego, że Mayenianin najwyraźniej wierzył, iż każdą bitwę powinna kończyć wielka szarża. I zaczynać też. Jak długo potrafi wytrwać przy ustalonej strategii? Arganda był bardziej rozsądny, ale tak się martwił o królową Alliandre, że również mógł nakazać tę nieszczęsną szarżę. Więc jednak nie miał nikogo prócz siebie. Wiatr powiał mocniej, Perrin ściślej otulił się płaszczem.
Pośrodku niewielkiej polany Grady siedział wsparty łokciami o kolana na lekko ociosanym omszałym głazie zatopionym do połowy w ziemi, który bez wątpienia stanowił pozostałość po budowie akweduktu. Wokół leżało kilka podobnych. Wiatr wiał w przeciwną stronę i Perrin nie łowił jego woni. Nie uniósł wzroku, póki Stepper nie zatrzymał się tuż przed nim. Brama, przez którą tu dotarli, wciąż pozostawała otwarta, ukazując inną polanę wśród wysokich drzew, niedaleko miejsca, gdzie obozowali aktualnie Seanchanie. Pewnie byłoby wygodniej, gdyby rozbili się bliżej obozu Perrina, ale on chciał trzymać Aes Sedai i Mądre najdalej jak to możliwe od sul’dam i damane. Nie bał się, że Seanchanie złamią słowo Tylee, niemniej widział, że Aes Sedai i Mądre prawie mdlały na myśl o damane. Może Mądre i Annoura pohamują się przynajmniej przez jakiś czas. Może. Masuri nie był już taki pewien. Co należało tłumaczyć sobie na wiele sposobów. Lepiej, więc, żeby dzieliło ich kilka lig, jak długo się da.
— Wszystko w porządku, Grady? — Na porytej twarzy tamtego pojawiło się chyba kilka nowych zmarszczek. Może była to tylko gra księżycowej poświaty wśród drzew, a może nie. Bryczki z łatwością mieściły się w bramie, ale czy nie była nieco mniejsza od pierwszej, którą stworzył w jego obecności Grady?
— Jestem trochę zmęczony, mój panie — cicho odparł Grady. Wciąż nie zmienił pozycji. — Całe to Podróżowanie ostatnio... Cóż, wczoraj nie byłem w stanie utrzymać bramy otwartej dość długo, by wszyscy ci żołnierze przejechali. Dlatego zacząłem je podwiązywać.
Perrin pokiwał głową. Obaj Asha’mani byli skonani. Przenoszenie kosztowało mężczyznę tyle sił, co wymachiwanie przez cały dzień młotem w kuźni. Po prawdzie, to i więcej.
Kowal mógł pociągnąć znacznie dłużej niż Asha’man. Dlatego właśnie droga do Malden wiodła przez akwedukt, a nie przez bramę i dlatego — jakkolwiek Perrin tego by pragnął — nie będzie żadnej bramy, przez którą wydostanie się Faile z pozostałymi. Asha’manom zostały już tylko resztki sił, wkrótce będą musieli odpocząć, a resztki te muszą zostać wykorzystane tam, gdzie są najbardziej potrzebne. Światłości, co za straszna myśl. Ale gdyby Grady czy Neald zawiedli w krytycznym momencie, wielu by zginęło. Decyzja więc nie była łatwa.