Выбрать главу

— Ty i Neald będziecie mi potrzebni pojutrze. — Powiedział to głosem zduszonym, jakby mu nagle zabrakło powietrza. Bez Asha’manów wszystko na nic. — A wtedy będziecie zajęci. — Kolejne wielkie niedomówienie.

— Zajęci jak jednoręki mężczyzna gipsujący sufit, mój panie.

— Takiś chętny?

— Muszę, czyż nie, mój panie?

Perrin znowu skinął głową. Robiło się to, co trzeba było zrobić.

— Wyślij mnie z powrotem do naszego obozu. A kiedy wyekspediujesz Mishimę i jego ludzi do ich obozu, ty i Panny możecie tam się przespać. — Dzięki temu Grady zaoszczędzi trochę sił na to, co zdarzy się pojutrze.

— Nie wiem jak Panny, mój panie, ale wolałbym wrócić do domu. — Nie zmieniając pozycji, uniósł głowę i spojrzał w kierunku bramy, a ona zapadła się w sobie w odwrotnym porządku, niż powstawała: widok za nią zdawał się obracać, równocześnie kurcząc, a skończyło się wszystko pionową pręgą srebrno-błękitnego światła, po której Perrinowi został jarzący się purpurowy powidok. — Na widok tych damane dostaję dreszczy. One nie chcą być wolne.

— Skąd możesz wiedzieć?

— Rozmawiałem z kilkoma, kiedy w pobliżu nie było żadnej z tych sul’dam. Jak tylko poruszyłem sprawę, zasugerowałem właściwie, że może chciałyby zrzucić te smycze, one zaraz zaczęły wołać sul’dam. Damane płakały, a sul’dam poklepywały je i głaskały, patrząc na mnie złym okiem. Aż dreszcze mi przebiegały po skórze.

Stepper niecierpliwie grzebał kopytem, Perrin musiał poklepać go po karku. Grady miał szczęście, że uszedł cało ze spotkania z tymi sul’dam.

— Jakikolwiek los czeka, damane, Grady, nie rozstrzygnie się ani w tym tygodniu, ani w następnym. I nie od nas to zależy. A więc zostawmy damane swojemu losowi. Czeka nas mnóstwo roboty; musimy ją wykonać. — I umowa z Czarnym, którą trzeba zawrzeć, żeby ją wykonać. Odepchnął od siebie tę myśl. Tak czy siak, z coraz większą trudnością wyobrażał sobie Tylee Khirgan jako popleczniczkę Czarnego. Czy Mishimę. — Rozumiemy się? — dokończył.

— Rozumiemy, mój panie. Po prostu mówię, że od tego dostaję gęsiej skórki.

Wreszcie na polanie pojawiła się kolejna srebrna pręga i rozrosła w otwór, za którym była polana wśród wielkich, rzadko rosnących drzew oraz niska, kamienna odkrywka. Perrin pochylił się nad karkiem Steppera i przejechał na drugą stronę. Za plecami brama zamigotała i zniknęła, on zaś pojechał wśród drzew, póki nie dotarł do wielkiej polany, na której leżał obóz; w pobliżu znajdowało się maleńkie sioło o nazwie Brytan, właściwie zbiór zapchlonych szałasów, do których nie potrafiła zagnać człowieka nawet najbardziej deszczowa noc. Oczywiście warty wśród drzew nie zareagowały na jego obecność. Z miejsca został rozpoznany.

Nie chciał już nic więcej, jak tylko od razu wpełznąć pod koce. Cóż, oczywiście pragnął, by Faile była przy nim, ale skoro to niemożliwe, wolał samotność wśród mroku. Najpewniej i tak znów nie będzie mógł zasnąć i spędzi tę noc jak tyle poprzednich: myśląc o niej, wspominając. Jednak niecałe dziesięć kroków przed rozwiniętą palisadą zaostrzonych tyczek otaczającą obóz ściągnął wodze konia. Tuż za palisadą zobaczył przykucniętą sylwetkę rakena — stwór wyginał długą szarą szyję tak, aby kobieta w brązowym kaftanie z kapturem mogła drapać skórzasty pysk. Kaptur miała odrzucony na plecy, przez co widoczna była wąska twarz o twardych rysach i krótko przystrzyżone włosy. Spojrzała na Perrina takim wzrokiem, jakby go rozpoznała, ale nie przerwała pieszczot. Siodło na plecach stwora przeznaczone było dla dwóch jeźdźców. Wychodziło na to, że przybył posłaniec. Skręcił w wąski, kręty trakt prowadzący przez tyczki, którym droga wiodła do środka. I zmuszała do powolnej podróży.

Prawie wszyscy zdążyli się już udać na spoczynek. Wyczuwał jakieś poruszenie w pobliżu koni, w centrum obozu, gdzie zapewne krzątali się jeszcze cairhieniańscy koniuszowie i woźnice, ale połatane namioty oraz niewielkie szałasy splecione z gałęzi wiecznie zielonych drzew, teraz już mocno zbrązowiałych, były ciche i ciemne. Wśród niskich namiotów Aielów panował całkowity bezruch, wzdłuż granicy z mayeńską częścią obozu wędrowały nieliczne warty. Mayenianie i Ghealdanie niewielkim zaufaniem obdarzali ludzi z Dwóch Rzek, czuwających wśród drzew. Światło paliło się właściwie tylko w wysokim namiocie Perrina, po ścianach w czerwone pasy wędrowały liczne ludzkie cienie. Gdy tylko zsiadł z konia przed wejściem do namiotu, pojawił się Athan Chandin, najpierw dotknął kłykciami czoła, potem spróbował niezgrabnie złożyć pokłon, wreszcie wziął wodze Steppera. Athan był dobrym łucznikiem, w przeciwnym razie w ogóle by się tu nie znalazł, ale maniery miał cokolwiek służalcze. Rozpinając płaszcz, Perrin wszedł do środka.

— Jesteś wreszcie — wykrzyknęła radośnie Berelain, Musiała się ubierać w pośpiechu, ponieważ jej długie czarne włosy wyglądały, jakby zaznały tylko przygładzenia dłońmi i obietnicy grzebienia, niemniej szara suknia do jazdy konnej z wysokim karczkiem była schludna i całkowicie świeża. Służące nie pozwalały jej włożyć niczego, co by nie było świeżo wyprasowane. Uniosła srebrny kubek, który Breane napełniła z dzbana o długiej szyjce, krzywiąc się równocześnie niemiłosiernie. Pokojówka Faile nienawidziła, Berelain z całego serca. Ta wszakże zdawała się zupełnie nie zwracać na to uwagi.

— Wybacz, że podejmuję gości w twoim namiocie, ale generał sztandaru chciała się z tobą zobaczyć i postanowiłam dotrzymać jej towarzystwa. Właśnie opowiadała nam o jakichś Białych Płaszczach.

Balwer trzymał się skromnie z boku — człowieczek o ptasiej twarzy, kiedy chciał, potrafił być równie niewidzialny, co jaszczurka na gałęzi — ale w jego woń wkradła się ostra nuta na dźwięk słów: „Białe Płaszcze”.

Ramiona Tylee wypychały materiał kaftana, podobnego do tego, który wcześniej widział u awiatorki; na widok Perrina ukłoniła się sztywno, nie spuszczając oka z Annoury. Najwyraźniej była przekonana, że Aes Sedai może w każdej chwili zmienić się we wściekłego zdziczałego psa. Perrin doszedł do wniosku, że pachniała niepokojem, choć smagłe oblicze niczego nie zdradzało.

— Mój panie, weszłam w posiadanie podwójnych informacji, którymi zdecydowałam się natychmiast z tobą podzielić. Czy zacząłeś już rozpuszczać widłokorzeń w miejskiej wodzie?

— Tak — odparł niepewnie, ciskając płaszcz na wieko jednego z okutych mosiądzem kufrów. — Powiedziałem ci, kiedy to się zacznie. Przystąpiłbym do tego już dwa dni wcześniej, gdyby ta głupia kobieta z Almizaru tak się nie ociągała. Co się. stało?

— Proszę o wybaczenie — wtrąciła Lini — ale zerwano mnie z łóżka i najchętniej bym już do niego wróciła. Czy komuś będę jeszcze potrzebna dzisiejszej nocy? — Od krucho wyglądającej kobiety z białymi włosami zaplecionymi w swobodny warkocz do snu nie mógł oczekiwać żadnych ukłonów ani grzecznościowych zwrotów. W przeciwieństwie do Berelnin, wyglądała, jakby narzuciła na siebie pierwszą lepszą wierzchnią odzież, co zresztą było u niej dość niezwykłe. Jej woń była ostra i aż w niej zgrzytała dezaprobata. Należała do tych, którzy wierzyli w idiotyczną historię, że Perrin spał z Berelain tamtej nocy, gdy Faile została schwytana. Jej wzrok swobodnie wędrował po wnętrzu namiotu, ale jego spojrzenia jakoś udawało jej się unikać.

— Ja napiłbym się jeszcze wina — oznajmił Aram, unosząc pucharek. W kaftanie w czerwone pasy sprawiał wrażenie całkowicie wycieńczonego, wrażenie podkreślała ponura twarz i zapadnięte oczy; próbował wygodnie umościć się w jednym ze składanych polowych krzeseł, ale przytroczony do pleców miecz uniemożliwiał wygodne ułożenie grzbietu na pozłacanym oparciu. Breane ruszyła w jego stronę.