Выбрать главу

Faile spod zmarszczonych brwi patrzyła w ślad za nią. Powinna czuć uniesienie, ale nic nie czuła. Galina wydawała się, jak dzikie zwierzę, całkowicie nieprzewidywalna. Z drugiej strony, Aes Sedai nie mogły kłamać. Nie było chyba sposobu, żeby wykręciła się od obietnicy. A jeżeli nawet taki sposób znajdzie, pozostaną wciąż własne plany ucieczki, choć ich realizacja jakoś nie postępowała naprzód, a nawet stawała się. znacznie bardziej niebezpieczna, niźli to z początku wyglądało. Zostawał, więc Rolan. I jego gry w pocałunki. Albo Galina. Która przecież mówi prawdę... Nie może być inaczej.

27

Zwykłe drewniane pudełko

Południowe słońce nad Altarą przygrzewało mocno i tylko czasami sporadyczne porywy wiatru szarpały płaszcz Randa. Od dwóch godzin czekali już na tym wzgórzu. Pełznące od północy skłębione zwały czarnych chmur sklepione nad niebieskoszarą mgiełką zapowiadały rychły deszcz i ochłodzenie. Tam skąd nadciągały chmury, znajdował się Andor, za oddaloną o ledwie kilka mil granicą wznosiły się wzgórza porośnięte dębami, sosnami, skórzanymi liśćmi i tulipanowcami. Przez tę granicę od pokoleń w obu kierunkach przeprawiali się niezliczeni złodzieje bydła. Może Elayne w Caemlyn przygląda się właśnie, jak pada? Od Caemlyn dzieliło go dobrych sto pięćdziesiąt lig w kierunku wschodnim, zbyt daleko, by Elayne była czymś więcej niż cieniem obecności w głębi umysłu. Świadomość Aviendhy, która znajdowała się w Arad Doman, była jeszcze bledsza. Nie wziął pod uwagę możliwości, że Mądre pozbawią go jej towarzystwa. Z drugiej strony, wśród dziesiątek tysięcy Aielów będzie bezpieczna, równie bezpieczna, jak Elayne za murami Caemlyn. Tai’daishar uderzył kopytem w ziemię i zarzucił łbem, niecierpliwił się. Rand poklepał wielkiego karosza po karku. Ogier dotarłby do granicy w niecałą godzinę, ale dzisiaj droga powiedzie ich na zachód. Niedaleko, już wkrótce.

Zależało mu, by wywrzeć odpowiednie wrażenie podczas dzisiejszego spotkania, więc pieczołowicie dobrał swój ubiór. Niemniej Koronę Mieczy założył nie tylko w tym celu. Połowa niewielkich mieczy ukrytych wśród szerokiego wieńca laurowego skierowana była ostrzami w dół, co sprawiało, że korona była niewygodna, stanowiąc równocześnie nieustanne napomnienie ciężaru, liczonego tak w złocie, jak odpowiedzialności. Właśnie końcówka jednego z liści laurowych uwierała go w skroń, przywodząc na myśl wspomnienia o bitwie z Seanchanami, na której polu korona została wykonana. Bitwie przegranej w sytuacji, gdy nie mógł sobie na przegraną pozwolić. Rękawy, ramiona i wysoki kołnierz ciemnozielonego kaftana Randa pokrywały złote hafty, wysadzana złotem klamra w kształcie smoka spinała pas od miecza, w dłoni dzierżył Berło Smoka: długie na dwie stopy ostrze włóczni pod wypolerowanym stalowym grotem przewiązane zielono-białym kutasem. Jeśli Córka Dziewięciu Księżyców rozpozna w nim ułamek seanchańskiej włóczni, z pewnością dostrzeże też smoki które Panny wyrzeźbiły wokół resztek drzewca. Dziś nie założył rękawic. Złote grzywy smoczych łbów na wierzchach jego dłoni lśniły metalicznie w promieniach słońca. Jakkolwiek wysoką zajmowała pozycję wśród Seanchan, powinna wiedzieć, z kim ma do czynienia.

„Głupiec” — dziki śmiech Lewsa Therina poniósł się echem w jego głowie. „Głupiec, który maszeruje prosto w pułapkę”.

Rand zignorował słowa szaleńca. To wprawdzie mogła być pułapka, ale jeśli nawet, gotów był w nią wskoczyć. Gra była warta świeczki. Potrzebował tego rozejmu. Mógł zmiażdżyć Seanchan, ale jakim kosztem krwi i czasu? Kosztem, na który być może wcale nie było go stać. Znowu zerknął na północne niebo nad Andorem było jasne, wyjąwszy kilka wysokich białych chmur niczym strzępki wełny. Zbliżała się Ostatnia Bitwa. Musiał zaryzykować. Min siedziała w siodle stojącej nieopodal klaczy i przerzucała wodze z ręki do ręki; poprzez więź zobowiązań Rand czuł, że jest z siebie zadowolona, i to go irytowało. Wykorzystali jego chwilę słabości, by wymusić na nim obietnicę, a potem nie chciała go z mej zwolnić. Oczywiście mógł ją złamać. Powinien ją złamać. Zerknęła nań, jakby usłyszała jego myśli. Jej oblicze otoczone sięgającymi do ramion ciemnymi lokami było spokojne, niemniej w więzi nagle zadrżała podejrzliwość i odrobina gniewu. Wyraźnie próbowała stłumić oba uczucia, a przecież dłonie powędrowały do rękawów haftowanego czerwonego kaftana, szukając noży. Oczywiście, nie potrafił sobie wyobrazić, że rzuci się na niego z nożem. Oczywiście, to nie możliwe.

„Miłość kobiety bywa gwałtowna” — — mruknął Lews Therin. „One czasami potrafią skrzywdzić mężczyznę bardziej, niż im się wydaje, bardziej, niż by chciały. Czasami po wszystkim nawet jest im przykro”. Tym razem mówił całkiem do rzeczy, lecz Rand i tak go nie słuchał.

— Powinieneś powiększyć obszar, w jakim działają zwiadowcy, Randzie al’Thor — oznajmiła Nandera. I ona, i dwa tuziny Panien znajdujących się na szczycie rzadko porośniętego wzgórza miały zakryte twarze. Niektóre nawet dobyły włóczni lub nasadziły strzały na cięciwy. Pozostałe Panny czekały w lesie z dala od wzgórza, czuwając na wypadek jakiejś przykrej niespodzianki. — Teren jest czysty aż do zabudowań dworu, ale mimo to wszystko mi pachnie zasadzką. — Ongiś słowa „dwór” i „zabudowania” z trudem przechodziły jej przez usta. Teraz miała już za sobą długi czas spędzony ma mokradłach.

— Nandera ma rację — ponuro mruknęła Alivia, podprowadzając bliżej swego dereszowatego wałacha. Złotowłosa wciąż nie pogodziła się z faktem, że nie będzie mogła pojechać z Randem, ale sposób, w jaki w Łzie zareagowała na rodzimy akcent, czynił rzecz wykluczoną. Przyznała, że była wstrząśnięta, lecz tłumaczyła równocześnie, iż to nie tyle był strach, co zaskoczenie. Wolał nie ryzykować.

— Nie możesz ufać nikomu ze Szlachetnej Krwi, a zwłaszcza córce Imperatorowej, oby... — Zamknęła gwałtownie usta i zaraz całkiem niepotrzebnie wygładziła ciemnoniebieską suknię, krzywiąc się. Ufał jej, gotów był zawierzyć życie, zresztą w całkiem dosłownym sensie jego życie zależało od niej, ale za bardzo bał się jej pogrzebanych głęboko w duszy odruchów, żeby ryzykować jej spotkanie twarzą w twarz z kobietą, z którą miał się zobaczyć. W więzi pulsował już teraz nieskrywany gniew. Min nie lubiła, gdy Alivia przebywała zbyt blisko niego.

— Mnie to też pachnie pułapką — dodał Bashere, luzując w pochwie swoje wężowo wygięte ostrze. Odziany był prosto, po wojskowemu, w lśniący hełm i napierśnik, na tle stojących w szyku na wzgórzu osiemdziesięciu jeden saldaeańskich lansjerów wyróżniał się tym, że kaftan miał z szarego jedwabiu, Sumiaste wąsiska wyglądały, jakby jeżyły się za kratą przyłbicy. — Dałbym dziesięć tysięcy koron, żeby wiedzieć, ilu ona ma tam żołnierzy. I jak wiele damane. Córka Dziewięciu Księżyców to dziedziczka ich tronu, człowieku. — Przeżył prawdziwy wstrząs, gdy usłyszał o tym od Alivii. Wcześniej w Ebou Dar nikt go o tym nie poinformował, jakby sprawa była bez znaczenia. — Mogą sobie gadać, że ich władza kończy się daleko na południe od tego miejsca, ale założę się, że niewielka armia zawsze strzeże jej bezpieczeństwa.

— Nawet jeżeli nasi zwiadowcy znajdą tę armię — spokojnie zapytał Rand — skąd możemy mieć pewność, że nie znaleźliśmy jej dlatego, iż tego właśnie chcieli?

Nandera parsknęła z przyganą.

— Najlepiej nie zakładać, że tylko my mamy oczy — wyjaśnił jej. — Jeżeli dojdą do wniosku, że zamierzamy ich zaatakować albo porwać tę kobietę, wszystko stracone. — Może właśnie, dlatego dbali o tak ścisłą tajemnicę. Dziedziczka Imperium byłaby znacznie bardziej kuszącym celem porwania niż zwykła arystokratka. — Po prostu kontynuujcie obserwację, żeby nas nie wzięli z zaskoczenia. Jeżeli wszystko pójdzie źle, Bashere, wiesz, co robić. Poza tym, ona może mieć armię, ale ja. też mam i to nie taką małą. — Bashere skinął głową.