Prócz Saldaean i Panien na szczycie wzgórza znajdowali się Asha’mani, Aes Sedai, ich Strażnicy, wszystkich razem dobrze ponad ćwierć setki, a siłą bojową dorównywali małej armii. Stosunkowo łatwo przychodziło im godzić się ze wzajemną obecnością, widoczne oznaki tarć były doprawdy nieliczne. Cóż, Toveine, niska miedzianoskóra Czerwona, patrzyła wilkiem na Logaina, natomiast Gabrelle, smagłolica Brązowa o ciemnozielonych oczach rozmawiała z nim całkiem przyjaźnie, może nawet trochę go kokietowała. I to właśnie mogło być powodem ponurych spojrzeń Toveine, choć zapewnie nie chodziło o zazdrość, lecz dezaprobatę. Adrielle i Kurin stali objęci w pasie ramionami, mimo iż ona była znacznie wyższą od Asha’mana Domani i piękną podczas gdy on był zupełnie przeciętny i na dodatek z siwizną na skroniach. Nie wspominając już o fakcie, że bez jej zgody nałożył na Szarą siostrę więź zobowiązań. Beldeine, która zdobyła szal tak niedawno, iż wciąż wyglądała jak zwyczajna młoda Saldaeanka z nakrapianymi, piwnymi oczami, wciąż sięgała ręką, żeby dotknąć Manfora, który za każdym razem się uśmiechał. Fakt, że jemu właśnie nałożyła więź zobowiązań, był dla wszystkich zaskoczeniem, ale najwyraźniej słomianowłosy mężczyzna tego właśnie chciał. W każdym razie żadne z nich nie zapytało Randa.
Najdziwniejszą ze wszystkich parą byli Jenare i Kajima — ona blada i silna, teraz odziana w szarą suknię do konnej jazdy haftowaną na spódnicach czerwienią, on typ urzędnika w wieku średnim, z włosami zaplecionymi i ozdobionymi jak Narishma: dwa warkocze z maleńkimi srebrnymi dzwoneczkami na końcach. Właśnie zaśmiała się z czegoś, co Kajima powiedział, i odmruknęła coś, na co z kolei on zareagował śmiechem. Czerwona siostra żartująca z przenoszącym mężczyzną! Może jednak Taim spowodował zmianę na lepsze, niezależnie, jakie mu naprawdę przyświecały intencje. A może Rand al’Thor żył w świecie spełnionych marzeń. Aes Sedai słynęły w sztuce sprawiania fałszywego wrażenia. Czy możliwe wszak, by Czerwone posunęły się w niej aż tak daleko?
Lecz nastrój zgody dziś nie na wszystkich spłynął. Ayako patrzyła na Randa oczyma niemalże czarnymi; pamiętając jednak, co dzieje się ze Strażnikiem po śmierci jego Aes Sedai, ciemnoskóra Biała miała wszelkie powody, by zamartwiać się o Sandomere. Więź zobowiązań Asha’manów różniła się pod pewnymi względami od więzi nakładanej Strażnikom, pod innymi natomiast była taka sama i nikt nie znał skutków, jakie dla związanej kobiety może oznaczać śmierć Asha’mana, który więź jej nałożył. Elza też marszczyła brwi, wspierając jedną dłoń na ramieniu swojego Strażnika, Fearila, w taki sposób, jak to zazwyczaj robi się z psem trzymanym za obrożę i szczutym do ataku. Oczywiście nie mogło chodzić o samego Randa, ten bał się jednak o każdego, kto mógłby mu zagrozić. Wydał już jej w tej sprawie odpowiednie polecenia, których gwarancją powinna być przysięga wierności — niemniej Aes Sedai potrafiły we wszystkich słowach znaleźć luki.
Merise zdecydowanym tonem rozmawiała z Narishmą, podczas gdy dwaj jej pozostali Strażnicy siedzieli na koniach nieco z boku. Nie mogło być pomyłki — gesty towarzyszące przemowie tej kobiety o surowej twarzy, sposób, w jaki, mówiąc, nachylała się ku niemu — obsztorcowywała go za coś. Zważywszy na okoliczności, Randowi nie mogło się to podobać, ale niewiele mógł zrobić. Merise mu nie przysięgała i z pewnością zignoruje jego słowa, w końcu w grę wchodził jeden z jej Strażników. Zresztą w dowolnej innej kwestii zapewne zareagowałaby równie niezależnie.
Cadsuane też wpatrywała się w Randa. Ona i Nynaeve założyły pełne komplety swej biżuterii z ter’angreali. Nynaeve całkiem udatnie naśladowała niewzruszoną powagę Aes Sedai, Sporo się w tym chyba wprawiała od czasu, gdy odesłała Lana do tego miejsca, do którego odesłała. Oczywiście siedziała na swej pulchnej brązowej klaczy prawie po drugiej stronie wzgórza względem miejsca, gdzie Cadsuane dosiadała swej gniadej. Nynaeve nigdy by się do tego nie przyznała, ale Cadsuane onieśmielała ją.
Logain wjechał w puste miejsce między Randem a Bashere, jego kary wałach przestępował z nogi na nogę. Maść konia była niemal idealnie dobrana do odcienia jego płaszcza i kaftana.
— Słońce prawie już nad głowami — rzekł. — Czas ruszać na dół? — W jego słowach dźwięczała ledwie słyszalna, pytająca nuta. Ten człowiek robił się chory, gdy musiał słuchać rozkazów. Teraz nawet nie zaczekał na odpowiedź. — Sandomere! — krzyknął. — Narishma!
Merise przytrzymała Narishmę przez chwilę za rękaw, coś jeszcze powiedziała i dopiero potem pozwoliła pojechać; na ten widok Logain spochmurniał. Spalony słońcem Narishma, z ciemnymi warkoczami i dzwoneczkami na ich końcach, wydawał się o wiele lat starszy od Randa, choć w istocie tych lat było dosłownie kilka. Na swym bułanku trzymał się prosto, jakby kij połknął — teraz skinął Logainowi głową jak równemu sobie, przez co tamten tylko bardziej się nachmurzył. Sandomere zamienił jeszcze kilka cichych słów z Ayako, zanim wskoczył na siodło tarantowatego, ona na koniec musnęła dłonią jego udo. On był pomarszczony, wyraźnie łysiał, przetykaną siwizną brodę miał wystrzyżoną w szpic i natartą oliwą — w kontraście z nim twarz kobiety sprawiała wrażenie po prostu młodej, nie zaś pozbawionej śladów upływu lat. Przy kołnierzu jego czarnego kaftana znajdował się już nie tylko srebrny miecz, ale i czerwono-złoty smok. Awans objął wszystkich Asha’manów, znajdujących się obecnie na wzgórzu — nawet Manfora. Stosunkowo niedawno otrzymał rangę Oddanego, mimo iż był jednym z pierwszych, którzy przybyli do Czarnej Wieży, jeszcze w czasach, zanim w ogóle zaistniała Czarna Wieża. Większość jego towarzyszy z tamtych czasów już nie żyła. Nawet Logain nie negował słuszności awansu.
Logain miał dość rozumu, żeby nie rozkazywać Cadsuane czy Nynaeve, co zresztą i tak nie byłoby konieczne, ponieważ same podjechały do Randa, zajmując miejsca po obu jego stronach — wcześniej każda zmierzyła go przelotnym spojrzeniem, a twarze obu pozostawały całkowicie nieodgadnione. Na moment ich spojrzenia spotkały się i Nynaeve pierwsza odwróciła wzrok. Cadsuane parsknęła cicho. Po chwili za ich przykładem poszła Min. Jego jeszcze jeden „członek honorowy” świty. Mężczyzna nigdy nie powinien składać obietnic w łóżku. Już otworzył usta, ale ona tylko uniosła brew i spojrzała mu głęboko w oczy. W więzi wyczuł coś... niebezpiecznego.
— Kiedy dotrzemy na miejsce, masz się trzymać z tyłu, za mną — powiedział, ale nie były to słowa, które cisnęły mu się na usta.
Poczucie niepewności osłabło, zmieniając się w coś, w czym nauczył się rozpoznawać miłość. A w więzi z jakiegoś powodu zatańczyło ironiczne rozbawienie.
— Będę, jeśli taka naprawdę twoja wola, wełnianogłowy pasterzu — skwitowała ceremonialnie, jakby nie wiedziała, że w więzi odczyta jej prawdziwe uczucia. Niezależnie jak trudno czasami było je rozszyfrować.
— Jeśli mamy narobić głupot, nie ma na co czekać, ruszamy — oznajmiła zdecydowanie Cadsuane i pchnęła ciemnogniadego w dół zbocza.
W niewielkiej odległości od wzgórza obok krętej drogi przez las zaczęły się pojawiać farmy; droga w normalnych warunkach była porządnie ubita przez panujący na niej ruch, ale ostatni deszcz pozostawił cienką warstwę rozmokłej gliny. Z kominów kamiennych domów krytych strzechą unosił się dym gotowanych południowych posiłków. Gdzieniegdzie kobiety i dziewczęta siedziały w słońcu przy kołowrotkach. Mężczyźni w zgrzebnych kaftanach spacerowali po otoczonych kamiennymi murkami polach, oglądając wschodzące plony, chłopcy wyrywali chwasty. Na łąkach pasły się brązowo-białe krowy i czarnoogoniaste owce, zazwyczaj strzeżone przez jednego czy dwóch chłopaków z procą lub łukiem. W okolicznych lasach żyły wilki, pantery i inne drapieżniki, które zdążyły zasmakować wołowiny i baraniny. Niektórzy wieśniacy odrywali tlę od swych zajęć i osłaniając oczy, przyglądali się przejezdnym, bez wątpienia dumając, kim są ci znakomicie odziani ludzie, którzy wybrali się z wizytą do lady Deirdru. Ponieważ w grę oczywiście nie mógł wchodzić żaden inny cel ich wyprawy niż posiadłość dworska — poza nim w najbliższej okolicy nic właściwie nie było. Żaden z chłopów jednak nie wydawał się zdenerwowany czy przestraszony, spokojnie zajmowali się swoja. pracą. Plotki o zbliżającej się lub stacjonującej w pobliżu armii z pewnością zakłóciłyby panujący tu spokój, a plotki takie szerzyły się niczym pożar lasu. Dziwne. Seanchanie nie potrafili Podróżować i tym samym wyprzedzać plotek o marszu własnych wojsk. Bardzo dziwne.