Poczuł, jak Logain i jeszcze dwaj chwytają saidina, jak wypełnia ich Moc. Logain nabrał niemalże tyle, ile mógł. Narishma i Sandomere nieco mniej. Obaj należeli do najsilniejszych pośród Asha’manów, obaj byli pod Studniami Dumai. Logain dowiódł swych umiejętności w innych miejscach, w innych bitwach. Jeżeli czekała na nich pułapka, z pewnością będą gotowi, o czym druga strona przekona się na własnej skórze. Rand nawet nie sięgnął po Źródło. Czuł w głowie przyczajoną obecność Lewsa Therina. Nie była to właściwa chwila, by podsuwać szaleńcowi okazję przechwycenia Mocy.
— Cadsuane, Nynaeve, dobrze byłoby, gdybyście też objęły Źródło — powiedział. — Zbliżamy się.
— Już to zrobiłam, kiedy tylko zjechaliśmy ze wzgórza — poinformowała Nynaeve. Cadsuane parsknęła i obrzuciła go spojrzeniem, z którego wynikało, że jest idiotą.
Rund opanował grymas, zanim ten zdążył wykrzywić mu twarz. Nie poczuł na skórze żadnego dreszczu, żadnej gęsiej skórki. Zamaskowały swoje zdolności, a wraz z tym uniemożliwiły mu wyczucie, kiedy przenoszą Moc. W kwestii przenoszenia mężczyźni dysponowali kilkoma przewagami nad kobietami, ale w takiej sytuacji tracili je, podczas gdy kobiety zachowywały swoje. Kilku Asha’manów próbowało wykombinować, jak skopiować pomysł Nacelle, to znaczy znaleźć splot umożliwiający wykrywanie splotów kobiet, ale jak dotąd bez sukcesów. Cóż, ktoś inny będzie się tym musiał zająć. On miał na głowie tyle spraw, że nie mógł zajmować się kolejną.
Farmy ciągnęły się bez końca, niektóre samotne pośrodku polany, inne skupione po trzy, po cztery, po pięć. Gdyby dalej pojechali tą drogą, po kilku milach dotarliby do wioski Królewska Przeprawa, gdzie drewniany most spinał brzegi wąskiej rzeki Reshalle, tymczasem boczna odnoga zaprowadziła ich na wielką polanę, na której stały słupy bramy, tyle że bez bramy i bez płotu. Polanę dzieliło od dworu lady Deirdru sto kroków lub trochę więcej błotnistej glinianej drogi. Dwór był krytą strzechą jednopiętrową budowlą z kamienia, która od chłopskiej chaty różniła się tylko wspomnianymi słupkami przy nieistniejącej bramie posiadłości i wysokimi, podwójnymi drzwiami frontowymi. Stajnie i zabudowania cechowała ta sama praktyczna architektura: były surowe i pozbawione ozdób. W zasięgu wzroku nie było nikogo; ani stajennych, ani służby udającej się do kurnika po jaja, ani pracowników na polach wzdłuż drogi. Z wysokich kominów nie unosił się dym, Faktycznie zalatywało pułapką. Ale jednak okolica była spokojna, chłopi nieporuszeni. Istniał tylko jeden sposób, żeby się przekonać.
Rand przejechał na Tai’daisharze obok słupów bramy, pozostali poszli w jego ślady. Min niepotrzebne były żadne ostrzeżenia. Jej siwek zajął miejsce między Tai’daisharem i klaczą Nynaeve, a ona uśmiechnęła się szeroko do Randa. W więzi czuł nerwowość, ale uśmiech był jak najbardziej szczery!
Nie pokonali jeszcze połowy drogi do dworu, kiedy drzwi budynku otworzyły się i wyszły z nich dwie kobiety — jedna w ciemnych szarościach, druga w błękitach z czerwonymi wyłogami na piersiach i sukniach sięgających kostek. Słońce lśniło na łączącej je srebrnej smyczy. Pojawiła się następna para kobiet, po niej kolejna, aż po obu stronach drzwi stało po sześć kobiet. Dopiero wtedy, a Rand zdołał pokonać tymczasem trzy czwarte drogi, zobaczył w drzwiach kolejną kobietę — była bardzo smagła i bardzo drobna, odziana w plisowaną białą suknię, głowę zakrywała muślinowa chustka, spływająca również na twarz. Córka Dziewięciu Księżyców. Bashere opisał mu ją tak, jak jemu ją opisano, aż do szczegółu, jakim była ogolona głowa. Poczuł, że rozluźniają się napięte ramiona, wcześniej nawet sobie z tego nie zdawał sprawy. Jej obecność na miejscu obalała podejrzenie pułapki. Seanchanie nie kładliby losu dziedziczki ich tronu na szalę tak ryzykowną. Ściągnął Wodze i zsiadł z siodła.
— Jedna z nich przenosi — powiedziała Nynaeve dość głośno, żeby usłyszał i też zeskoczyła z siodła. — Nie widzę, co to jest, ponieważ zamaskowała swoją zdolność i odwróciła sploty... zastanawiam się, skąd Seanchanie się tego nauczyli!... ale przenosi. Tylko jedna, Mocy jest za mało, żeby mogło chodzić o więcej. — Jej ter’angreal nie potrafił określić, czy przenoszony jest saidin czy saidar, ale w grę przecież nie mógł wchodzić mężczyzna.
„Mówiłem ci, że to pułapka” — jęknął Lews Therin. „Mówiłem ci!”.
Rand udał, że sprawdza popręg siodła.
— Możesz stwierdzić, która to? — zapytał cicho. Wciąż nie sięgnął po saidina. Nie sposób było przewidzieć, co w takiej sytuacji zrobi Lews Therin, jeśli znowu uda mu się przejąć kontrolę. Logain też coś grzebał przy popręgu, a Narishma przyglądał się, jak Sandomere ogląda kopyta tarantowatego wierzchowca. Słyszeli. Drobna kobieta czekała w drzwiach dworu, Wciąż nieporuszona, ale z pewnością niecierpliwa i zapewne z lekka obrażona zainteresowaniem, jakie znienacka poświęcili koniom.
— Nie — ponuro odparła Cadsuane. — Ale mogę w tej sprawie coś zrobić, kiedy podejdziemy bliżej. — Złote ozdoby we włosach zakołysały się, gdy odrzuciła połę płaszcza takim gestem, jakby dobywała miecza.
— Trzymaj się z tyłu — poinstruował Min, a ona, ku jego uldze, skinęła głową. Jej czoło znaczył drobny mars, a więź niosła uczucie niepokoju. Ale strachu w niej nie było. Wiedziała, że ją obroni.
Zostawili konie luzem, kierując się w stronę sul’dam i damane. On szedł przodem, Nynaeve i Cadsuane za nim, po obu stronach. Logain z dłonią wspartą na rękojeści miecza wędrował nieco z boku za Cadsuane, Narishma i Sandomere za Nynaeve. Drobna kobieta powoli ruszyła w ich stronę, unosząc brzeg plisowanej sukni, aby jej nie ubłocić.
Kiedy znajdowała się w odległości jakichś dziesięciu kroków, znienacka jej postać... zamigotała. Przez chwilę wydawała się wyższa niż większość mężczyzn, odziana w jednolitą czerń, na obliczu odmalował się wyraz zaskoczenia i choć wciąż miała na sobie woalkę, wyjrzały spod niej krótko przycięte, czarne loki. W następnej chwili drobna kobieta powróciła, choć zgubiła krok, pozwalając opaść białej sukni, lecz znów w jednym mgnieniu mieli przed sobą wysoką brunetkę której zawoalowane oblicze wykrzywiała furia. Rozpoznał twarz, choć kobiety nigdy przedtem nie spotkał. Spotkał ją natomiast Lews Therin i to wystarczyło.
— Semirhage — powiedział wstrząśnięty, zanim zdołał się powstrzymać, a potem wszystko zaczęło się dziać na pozór jednocześnie.
Sięgnął po Źródło i poczuł, jak Lews Therin robi to samo, na moment obaj zwarli się w wewnętrznej walce, wzajemnie sobie przeszkadzając. Semirhage wykonała drobny gest dłonią i z jej palców wyleciała w jego stronę niewielka kula ognia. Chyba krzyknęła też coś, może rozkaz. Nie mógł się uchylić. Za nim stała Min. Szaleńczo próbując pochwycić saidina, równocześnie rozpaczliwie zasłonił się dłonią trzymającą Berło Smoka. Świat eksplodował ogniem.