Выбрать главу

Zdał sobie sprawę, że leży z policzkiem wciśniętym w wilgotną ziemię. Czarne plamki latały mu przed oczyma, wszystko wydawało się lekko rozmyte, jakby oglądane przez warstwę Wody. Gdzie był? Co się stało? Głowę miał jakby wypchaną wełną. Coś kłuło go pod żebrami. Rękojeść miecza. Nad nią stare rany odzywały się węzłem bólu. Po chwili zrozumiał, że wpatruje się w Berło Smoka, a raczej w to, co z niego zostało. Czyli grot włóczni i kilka cali poczerniałego drzewca, leżące dwa kroki od jego oczu. Drobne, żwawe płomyki pożerały resztki długiego kutasa. Obok znajdowała się Korona Mieczy.

Nagle pojął, że czuje przenoszonego saidina. Na całym ciele mimał gęsią skórkę — a więc i saidar też wchodził w grę Budynek dworu. Semirhage! Spróbował się podnieść, załamały się pod nim ręce, z gardła wydobył ochrypły szloch. Powoli wyciągnął spod siebie lewą rękę, która w miejscu dłoni była jednym bólem. Czy też może tam, gdzie powinna być dłoń, gdzie była teraz poskręcana, czarna masa. Kikut sterczący z mankietu wciąż jeszcze dymił. Niemniej wokół niego wciąż przenoszono Moc. Jego ludzie walczyli o życie. Może ginęli. Mm! Znów spróbował się podnieść i znów upadł.

Jakby wezwana myślą, Min pojawiła się nad nim. Domyślił się ze próbuje go osłonić swoim ciałem. Więź pełna była współczucia i bólu. Ale nie był to ból cielesny. Wiedziałby gdyby odniosła bodaj najlżejszą ranę.

— Nie ruszaj się — powiedziała. — Jesteś... jesteś ranny.

— Wiem — odrzekł ochryple. Znowu sięgnął po saidina i o dziwo, tym razem Lews Therin nie interweniował. Moc Wypełniła go, dając mu siłę, dzięki której mógł powstać, podpierając się jedną dłonią i przygotowując kilka paskudnych splotów naraz. Nie dbał o ubłocony kaftan. Min schwyciła go za zdrowe ramię, jakby próbując podtrzymać. Ale walka dobiegła już końca.

Semirhage stała sztywna jak słup, ramiona miała przyciśnięte do boków, spódnice lepiły się do nóg — bez wątpienia skrępowana była strumieniami Powietrza. Z jej ramienia sterczała rękojeść jednego z noży Min, zapewne została też oddzielona tarczą od Źródła, ponieważ na smagłej, pięknej twarzy zastygł grymas pogardy. Była już kiedyś więźniem, raz, na krotko, podczas Wojny z Cieniem. Uciekła z miejsca odosobnienia, nastraszywszy swych strażników do tego stopnia, że sami przeszmuglowali ja na wolność.

Inni odnieśli poważniejsze obrażenia. Niska, smagła sul’dam i wysoka, jasnowłosa damane leżały bezwładnie na ziemi wciąż spięte a’dam, ich szkliste oczy patrzyły nieruchomo w słońce, dwie inne klęczały przytulone do siebie, krew ściekała po ich twarzach, przesiąkając przez włosy. Kolejne pary stały równie nieruchomo, co Semirhage, potrafił dostrzec tarcze oddzielające trzy damane od Źródła. Wyglądały na zupełnie ogłuszone. Jedna z sul’dam, szczupła, ciemnowłosa, młoda kobieta płakała cicho, Narishma miał zakrwawioną twarz, a jego kaftan był osmalony, Sandomere też nie wyglądał lepiej, poza tym przez lewy rękaw kaftana sterczała mu kość — biel pomazana czerwienią — póki Nynaeve zdecydowanie nie wyprostowała mu ramienia i nie nastawiła kości. On, krzywiąc się z bólu, zajęczał gardłowo. Ona złożyła dłonie wokół złamania i nie minęło parę chwil, a już mógł zginać rękę, swobodnie ruszać palcami i wymruczeć podziękowania. Logain z pozoru nie ucierpiał, podobnie jak Nynaeve i Cadsuane, która teraz mierzyła Semirhage takim wzrokiem jakim Brązowa siostra mogła by się wpatrywać w okaz nikomu nieznanego, egzotycznego zwierzęcia.

Nagle wokół dworu zaczęły się w powietrzu otwierać bramy, z których wysypywali się Asha’mani, Aes Sedai, Strażnicy zamaskowane Panny, wreszcie Bashere na czele swej kawalerii. Asha’mani i Aes Sedai, łącząc się w dwuosobowe kręgi mogli tworzyć bramy cokolwiek większe od tych, które Rand potrafił zrobić sam. A więc komuś udało się wysłać sygnał alarmowy: czerwony rozbłysk na niebie. Każdy Asha’man był pełen saidina, Rand zakładał, że również każda Aes Sedai jest pełna Mocy. Panny rozbiegły się wśród drzew.

— Aghan, Hamad, przeszukajcie dom! — krzyczał Bashere. — Matoun, szyk lansjerów! Zaatakują nas, gdy tylko będą mogli! — Dwaj żołnierze wbili lance w ziemię i skoczyli do wejścia, w biegu wyciągając miecze; reszta zaczęła formować szyk dwójkowy.

Ayako zeskoczyła z siodła i podbiegła do Sandomere, nawet nie kłopocząc się, że pobrudzi spódnice. Merise podjechała do Narishmy, tuż przed nim zeskoczyła z siodła, a potem bez słowa ujęła jego głowę w obie dłonie. Zadrżał, szarpnął się, omal że nie wyrywając — uboczne efekty tradycyjnego Uzdrawiania. Merise niezbyt jeszcze radziła sobie z metodą Uzdrawiania propagowaną przez Nynaeve.

Nynaeve natomiast zupełnie ignorując powstałe zamieszanie, rękoma czerwonymi od krwi podkasała suknię i podbiegła do Randa.

— Och, Rand — westchnęła na widok jego ręki. — Tak mi przykro. Zrobię... zrobię, co w mojej mocy, ale chyba nie uda mi się jej przywrócić do poprzedniego stanu. — Jej oczy wypełniła udręka.

Bez słowa podał jej lewą rękę. Ból szarpał wściekle. Dziwne, ale wciąż czuł, że ma dłoń. Wydawało mu się, że powinien móc zacisnąć w pięść palce, których wszelako już tam nie było. Kiedy zaczerpnęła głębiej saidara, na skórze poczuł gęsią skórkę. Już po chwili dym przestał unosić się znad mankietu, ona zaś ujęła jego rękę ponad nadgarstkiem. Rękę przeszył dreszcz i po chwili ból zniknął. Powoli sczerniałą skórę zaczęła zastępować nowa i gładka, która jakby spływała po nadgarstku, póki nie ogarnęła kikuta, który kiedyś stanowił podstawę dłoni. Oglądana rzecz sama w sobie była cudowna. Szkarłatno-złote łuski smoka również odrastały, dopóki mogły — w efekcie kończąc się tuż przed złotą grzywą. Mimo to wciąż czuł całą dłoń.

— Tak mi przykro — powtórzyła Nynaeve. — Pozwól niech cię zbadam na wypadek innych obrażeń. — Niby prosiła, ale oczywiście nawet nie zaczekała na odpowiedź. Ujęła jego głowę w dłonie, i prawie natychmiast poczuł przeszywający dreszcz. — Coś jest nie w porządku z twoimi oczyma — powiedziała, marszcząc czoło. — Boję się je Uzdrawiać, zanim się nie przekonam, co to jest. Najmniejsza pomyłka może się skończyć ślepotą. Widzisz dobrze? Ile jest palców?

— Dwa. Widzę dobrze — skłamał. Czarne plamki zniknęły, ale wciąż miał wrażenie, jakby obserwował wszystko przez warstwę wody; z kolei blask słońca oślepiał, zmuszając do zmrużenia powiek, jakby świeciło dziesięć razy jaśniej niż zwykle. Stare rany w boku targały węzłami bólu.

Bashere zeskoczył przed nim na ziemię ze swego krępego gniadosza, zmarszczył brwi na widok kikuta lewej ręki. Odpiął hełm, zdjął, wsadził pod pachę.

— Dobrze przynajmniej, że żyjesz — oznajmił szorstko — Widywałem już gorsze rany.

— Ja też — zgodził się Rand. — Ale będę się musiał uczyć od nowa władać mieczem. — Bashere pokiwał głową. Większość form wymagała obu dłoni. Rand schylił się, aby podnieść koronę Illian, jednak Min go uprzedziła. Puściła jego rękę i pośpiesznie podała mu koronę. Włożył ją na głowę.

— Będę musiał wszystkiego się uczyć od nowa.