— Musisz być w szoku — powoli oznajmiła Nynaeve. — Odniosłeś poważną ranę, Rand. Lepiej będzie, jak trochę poleżysz. Lordzie Davramie, proszę kazać ludziom przynieść siodło.
— Nie jest w szoku — ze smutkiem rzekła Min. Więź była pełna najczarniejszych przeczuć. Powtórnie ujęła go za rękę, jakby chciała znowu podtrzymać. — Stracił dłoń, ale w tej sprawie nic się nie da zrobić, więc już przeszedł nad tym do porządku.
— Wełnianogłowy idiota — mruknęła Nynaeve. Jej dłoń, wciąż czerwona od krwi Sandomere, powędrowała do grubego warkocza przewieszonego przez ramię, w ostatniej chwili opanowała gest. — Odniosłeś poważne obrażenia. To normalne, jesteś w szoku. To normalne, że żałujesz. To normalne!
— Nie mam na to czasu — poinformował ją. Smutek Min groził, że rozsadzi więź. Światłości, przecież był cały! Skąd ten czarny smutek?
Nynaeve mruknęła pod nosem coś o wełnianogłowym, głupcu i upartych mężczyznach, ale nie dokończyła.
— Te stare rany w boku znów się otworzyły — prawie warknęła. —Nie krwawisz mocno, ale krwawisz. Może w końcu coś uda mi się z nimi zrobić.
Lecz jakkolwiek mocno się starała — a próbowała po trzykroć — nic się nie zmieniło. Wciąż czuł strużkę krwi płynącą po żebrach. A rany wciąż były tym samym kłębem bólu. W końcu delikatnie odsunął jej dłoń.
— Zrobiłaś, co mogłaś, Nynaeve. Wystarczy.
— Głupiec — tym razem naprawdę warknęła. — Jak może wystarczyć, skoro ciągle krwawisz?
— Kim jest ta wysoka kobieta? — zapytał Bashere. On przynajmniej w końcu zrozumiał. Nie marnuje się czasu na to, czego nie można naprawić. — Przecież chyba nie próbowali jej podstawić za Córkę Dziewięciu Księżyców, co? Mówili mi, że jest nadzwyczaj drobna.
— Tak właśnie było — odparł Rand i pokrótce wszystko wyjaśnił.
— Semirhage? — mruknął z niedowierzaniem Bashere. Skąd możesz mieć pewność?
— To jest Anath Dorje, a nie... nie ta... jakkolwiek ją nazwałeś — powiedziała na głos, zaciągając, sul’dam o miodowej skórze. Miała ciemne oczy o nakrapianych tęczówkach i włosy przetykane siwizną. Wyglądała na najstarszą ze wszystkich sul’dam i najmniej przerażoną. Oczywiście bała się, ale dobrze panowała nad swoim strachem. — To jest Prawdomówczyni Wysokiej Lady Suroth.
— Bądź cicho, Falendre — chłodno rozkazała Semirhage, oglądając się przez ramię. Jej wzrok obiecywał ból. A Pani Bólu zawsze wywiązywała się z danych obietnic. Więźniowie popełniali samobójstwo, dowiadując się, że pozostają w jej mocy. I mężczyźni, i kobiety potrafili zębami lub paznokciami otworzyć sobie żyły.
Falendre jednak jakby tego nie widziała.
— Nie słucham twoich rozkazów — rzekła pogardliwie — Nie jesteś nawet so’jhin.
— Skąd możesz mieć pewność? — dopytywała echem Cadsuane. Złote księżyce, gwiazdy, ptaszki i rybki kołysały się gdy wodziła przeszywającym wzrokiem od Randa do Semirhage i z powrotem.
Semirhage oszczędziła mu jednak trudu wymyślania przekonującego kłamstwa. — On jest szalony — powiedziała chłodno. Stała sztywno jak posąg, rękojeść noża Min wciąż sterczała z jej barku obok obojczyka, przód czarnej sukni lśnił od krwi, a jednak wyglądała jak królowa na tronie. — Graendal potrafiłaby to wyjaśnić lepiej niż ja. Szaleństwo zawsze było jej specjalnością. Mimo to spróbuję. Wiecie o ludziach, którzy słyszą w głowie głosy? Czasami, bardzo rzadko, głosy, które słyszą, są głosami ich przeszłych żywotów. Lanfear twierdziła, że on wie o rzeczach z naszego Wieku, o rzeczach, o których mógł wiedzieć tylko Lews Therin Telamon. Najwyraźniej słyszy w głowie głos Lewsa Therina. Nie czyni to żadnej różnicy, że głos ten jest jak najbardziej rzeczywisty. Po prawdzie to tylko pogarsza sprawę. Nawet Graendal rzadko kiedy udawało się stworzyć zintegrowaną osobowość komuś, kto słyszał prawdziwy głos. A jak rozumiem, upadek w śmiertelne szaleństwo może nastąpić... gwałtownie. — Jej wargi wykrzywił uśmiech, który wszakże nie rozświetlił oczu.
Czy patrzyli teraz na niego innym wzrokiem? Twarz Logaina była niczym rzeźbiona maska, nieodgadniona. Bashere spoglądał, jakby wciąż nie potrafił uwierzyć. Nynaeve zamarła z otwartymi ustami, jej oczy były szeroko rozwarte. Więź... Przez długą chwilę w więzi nie było nic prócz... oszołomienia. Nie wiedział, czy poradzi sobie, jeżeli Min się odeń odwróci. Najlepiej byłoby dla niej, gdyby się go wyparła. Wkrótce jednak oszołomienie zastąpiło współczucie i determinacja, mocne jak góry, a potem miłość tak świetlista, że wydało mu się, iż mógłby sobie przy niej grzać dłonie. Uścisk na jego ramieniu stał się silniejszy, spróbował przykryć jej dłoń swoją. Zbyt późno sobie przypomniał, że nie ma dłoni i szarpnięciem cofnął kikut, zdążyła wszak jej dotknąć. Uczucia w więzi nie zachwiały nic; nawet na jotę.
Cadsuane podeszła do wysokiej kobiety i zadzierając głowę, spojrzała jej w oczy. Twarzą w twarz z jedną z Przeklętych — wyraźnie nie była bardziej speszona, niż kiedy stawała twarzą w twarz ze Smokiem Odrodzonym.
— Zachowujesz wielki spokój jak na więźniarkę. Zamiast odpierać zarzuty, sama się obciążasz.
Semirhage uśmiechała się zimno to do Randa, to do Cadsuane.
— Dlaczego miałabym odpierać jakieś zarzuty? — Każde słowo ociekało dumą. — Jestem Semirhage. — Ktoś jęknął, a liczne sul’dam i damane zaczęły trząść się i płakać. Jedna z sul’dam, śliczna, słomianowłosa kobieta, znienacka zwymiotowała przed siebie, a inna, krępa i ciemna, wyglądała, jakby mogło się to jej zdarzyć w każdej chwili.
Cadsuane zaś tylko skinęła głową.
— Jestem Cadsuane Melaidhrin. Już nie mogę się doczekać długich rozmów z tobą. — Semirhage wyszczerzyła zęby.
Odwagi nigdy jej nie brakło.
— Myślałyśmy, że ona jest Wysoką Lady —- tłumaczyła Falendre pośpiesznie i jąkając się. Zęby jej szczękały, ale słowa jakoś się wydobywały. — Myślałyśmy, że to wielki dla nas zaszczyt. Wzięła nas z komnaty w Pałacu Tarasin, w której była... dziura w powietrzu... przez nią przedostałyśmy się tutaj. Przysięgam na me oczy! Myślałyśmy, że to jest Wysoka Lady.
— A więc nie idzie na nas żadna armia — skwitował Logain. Z tonu głosu nie sposób było wywnioskować, czy czuje ulgę, czy jest rozczarowany. Wysunął cal ostrza z pochwy, a potem mocno wcisnął je z powrotem. — Co z nimi zrobić — Ruchem głowy wskazał sul’dam i damane. — Odesłać do Caemlyn, jak pozostałe?
— Odeślemy je z powrotem do Ebou Dar — powiedział Rand. Cadsuane odwróciła się i spojrzała na niego. Jej twarz była idealną maską pogody ducha Aes Sedai, należało wszak wątpić, czy wewnątrz jest równie nieporuszona. Los damane na smyczy stanowił w oczach Aes Sedai wynaturzenie, wynaturzenie traktowane jak najbardziej osobiście. Nynaeve natomiast bynajmniej nie można było posądzać o spokój. Jej oczy płonęły, pokryta krwią pięść ściskała warkocz z całej siły, otworzyła usta... ale Rand nie pozwolił jej przemówić.
— Potrzebny mi jest rozejm, Nynaeve, a jeśli wezmę do niewoli te kobiety, mogę o nim zapomnieć. Nie kłóć się ze mną. One właściwie rzecz przedstawią, damane włączywszy, wiesz o tym równie dobrze jak ja. Zaniosą słowo, że chcę się spotkać z Córką Dziewięciu Księżyców. Dziedziczka tronu jest jedyną, która może zagwarantować trwałość rozejmu.
— Ale wciąż mi się to nie podoba — oznajmiła zdecydowanie. — Damane moglibyśmy uwolnić. Pozostałe zaniosą wiadomość. — Te damane, które jeszcze nie płakały, teraz zalały się łzami. Niektóre wzywały na pomoc sul’dam, jakby bały się o życie. Oblicze Nynaeve przybrało chorą barwę, ale podniosła ręce do góry i poddała się.