Mat odmruknął coś nieartykułowanego, a potem z irytacji nasadził znów kapelusz na głowę. Na każdy jeden raz, gdy chorągiew zgubiła się i przez pomyłkę trafiała w przeklął szczelinę w obronie wroga, przypadało dziesięć, gdy przeklętej nie było w czasie i miejscu, gdzie najbardziej cholernie była potrzebna. Taka była prawda na temat bitewnego szczęścia.
— Jeden zielony nocny kwiat — zawołał z góry męski głos. — Dwa! Oba zielone! — Z odgłosów szurania należało wnioskować, że jego właściciel w pośpiechu schodzi na ziemię.
Mat westchnął lekko, z ulgą. Raken dolatywał, zmierzając na zachód. Na to właśnie liczył — najbliższy garnizon żołnierzy lojalnych wobec Seanchan znajdował się na zachodzie — i nawet trochę oszukiwał, jadąc na zachód tak daleko, jak się ośmielił. Z samego przekonania, że wróg zareaguje tak, jak należy oczekiwać, nie wynikało jeszcze, że tak właśnie będzie. Reimon lada chwila zdobędzie obóz zaopatrzeniowy, dławiąc obronę dziesięciokrotną przewagą liczebną i zdobywając jakże potrzebny prowiant.
— Jedź, Vanin — powiedział, a grubas wbił obcasy w boki bułanka, ruszając kłusem w noc. Nie potrafi prześcignąć rakena, ale o ile zdąży przywieźć słowo na czas... — Czas ruszać, Mandevwin.
Chudy obserwator skoczył z najniższej gałęzi, pieczołowicie chroniąc szkło powiększające, które następnie oddał Cairhienianinowi.
— Wsiadaj na koń, Londraed — rozkazał Mandevwin, chowając szkło powiększające do cylindrycznego futerału przy siodle. — Connl, szyk kolumny czwórkowej.
Po krótkiej jeździe dotarli do wąskiej, ubitej drogi biegnącej zakosami wśród wzgórz, której Mat wcześniej unikał. Na tym obszarze niewiele było farm, jeszcze mniej wiosek, ale nie życzył sobie, by mimo to rozeszły się plotki o sporym oddziale zbrojnych. Przynajmniej dopóki sam nie będzie chciał, by się rozeszły. W tej chwili zależało mu na szybkiej jeździe, a plotka przez noc nie wyprzedzi pędzącego oddziału. Większość zabudowań farm, które mijali, była tylko ciemnymi kształtami wśród mroku, wszelkie lampy i świece zostały już wygaszone. Jedyne odgłosy nocy stanowił tętent kopyt i poskrzypywanie siodeł oraz sporadyczne, słabe, piskliwe krzyki nocnych ptaków czy pohukiwania sowy, niemniej dwa tysiące koni robiło spory hałas. Minęli maleńką wioskę, gdzie tylko w oknach paru domów i niewielkiej kamiennej gospody lśniło światło, ale ludzie wytykali nosy przez drzwi i okna, żeby się gapić. Bez wątpienia przekonani, że widzą żołnierzy lojalnych wobec Seanchan. Zasadniczo na terytorium Altary innych już nie było. Ktoś wzniósł radosny okrzyk, nikt mu jednak nie za wtórował.
Mat jechał obok Mandevwina, mając Tuon i Selucię za plecami, od czasu do czasu oglądał się przez ramię. Nie, żeby się upewnić, czy wciąż tam są. Jakkolwiek dziwne się to mogło wydawać, nie miał wątpliwości, że ona dotrzyma słowa i że nie ucieknie, nawet w tak dogodnej sytuacji. Nie wątpił też, że dotrzyma im kroku. Brzytwa lekko chodziła, a Tuon była dobrym jeźdźcem. Gdyby zechciała uciec, Oczko nie doścignąłby Akein. Nie, po prostu patrzył na nią, bo lubił, nawet w świetle księżyca. Być może zwłaszcza w świetle księżyca. Poprzedniego wieczoru znów spróbował ją pocałować i zarobił cios tak mocny, że bał się, czy mu nie połamała żeber. Ale tuż przed wyjazdem dzisiejszego wieczoru sama go pocałowała. Raz. I powiedziała, żeby nie był chciwy, kiedy spróbował się odwzajemnić. Kiedy ją całował, topniała w jego ramionach, a gdy przestawał, odsuwała się i zmieniała w lód. Jak miał to rozumieć? Wielka sowa przefrunęła ponad jego głową, skrzydła poruszały się w całkowitej ciszy. Czy dla niej będzie to znowu jakiś omen? Zapewne.
Nie powinien spędzać tyle czasu na myśleniu o niej, przynajmniej nie teraz. Faktem było, że do pewnego stopnia polegał na szczęściu. Trzy tysiące lansjerów, których znalazł dla niego Vanin, głównie Altaranie z garstką Seanchan, mogło — ale nie musiało — być tymi, których pan Roidelle zaznaczył na swojej mapie, choć nie stacjonowali szczególnie daleko od wskazywanego miejsca, z drugiej strony, nie było jak stwierdzić, dokąd pomaszerowali potem. Najbardziej prawdopodobnym kierunkiem był północny zachód, w stronę Przesmyku Malvide i znajdującej się za nim Przełęczy Molvaine. Wychodziło na to, że wyjąwszy ostatni odcinek, Seanchanie raczej nie używali Drogi Lugardzkiej do transportu wojsk, bez wątpienia chcąc zataić swą liczebność i kierunki marszruty bocznymi drogami. Ale subiektywna pewność nie oznaczała pewności absolutnej. Jeżeli nie oddalili się za bardzo, tą drogą dotrą do Obozu zaopatrzeniowego. Jeżeli. Ale jeśli oddalili się bardziej, mogą skorzystać z innej drogi. Nie groziło to żadnym niebezpieczeństwem, po prostu noc trzeba by uznać za zmarnowaną. Poza tym dowódca może zdecydować, by przebić się prosto przez teren wzgórz. I tu mogą zacząć się kłopoty — jeśli trafi na drogę w niewłaściwym miejscu.
Jakieś cztery mile za wioską dotarli do miejsca, gdzie drogę z dwóch stron ograniczały łagodne zbocza. Zatrzymał kolumnę, Mapy, które wyszły spod ręki pana Roidelle, były znakomite, niemniej tym, które zdobył u innych, też nic nie brakowało. Roidelle miał tylko najlepszy towar. Mat rozpoznał to miejsce, jakby je już kiedyś widział.
Mandevwin zawrócił konia.
— Admar, Eyndel, idźcie z ludźmi na północny stok. Madwin, Dongal, południowy. Jeden z każdej czwórki zajmuje się końmi.
— Spętać konie — dodał Mat. — I założyć worki z paszą, żeby nie rżały. — Mieli naprzeciwko siebie lansjerów. Jeśli wszystko pójdzie źle i spróbują ucieczki, lansjerzy będą ich ścigać, jakby polowali na dzikie świnie. Z końskiego grzbietu kusza na nic się zda, zwłaszcza podczas odwrotu. Tu trzeba było zwyciężyć.
Cairhienianin patrzył na niego, za kratą przyłbicy wyraz jego twarzy pozostawał nieodgadniony, ale nie wahał się ani przez moment.
— Spętać konie i obroczniaki na pyski — zarządził. — Wszyscy do szeregu.
— Postaw paru na pikiecie od północy i południa — rozkazał Mat. — Bitewne szczęście w równym stopniu może ci dopisywać, co zwrócić się przeciwko tobie. — Mandevwin skinął głową i wydał odpowiednie rozkazy.
Kusznicy rozdzielili się i pojechali po rzadko zalesionych stokach, ciemne kaftany i ciemnozielone zbroje łatwo wtopiły się w cienie. Lśniące napierśniki ładnie prezentowały się na paradach, ale światło księżyca odbijało się w nich podobnie jak słoneczne. Talmanes twierdził, że najtrudniejsze było przekonanie lansjerów, aby zrezygnowali z napierśników, i szlachtę aby zapomniała o srebrzeniach i złoceniach. Piechota od razu zrozumiała, o co chodzi. Przez jakiś czas wokół słychać było zgiełk ludzi i koni przedzierających się przez ściółkę, krzaki, w końcu zapadła cisza. Z drogi Mat nie był w stanie stwierdzić czy ktoś jest na każdym ze stoków. Teraz pozostawało oczekiwanie.
Tuon i Selucia dotrzymywały mu towarzystwa, podobnie jak Teslyn. Od zachodu zerwała się porywista bryza i szarpała płaszcze, ale oczywiście Aes Sedai potrafiły ignorować takie sprawy, a Teslyn tylko otuliła się połami swojego odzienia. Co dziwne, Selucia ignorowała powiewające poły płaszcza, Tuon natomiast ściskała swój jedną ręką.
— Wśród drzew może być nieco lepiej — poinformował je. — Wiatr rozbija się o ich pnie.
Przez chwilę trzęsła się od bezdźwięcznego śmiechu.
— Chętnie popatrzę, jak szukasz lepszego miejsca na szczycie wzgórza — powiedziała, zaciągając. Mat zamrugał. Szczyt wzgórza? Przecież siedział na Oczku pośrodku przeklętej drogi, a cholerny wiatr wydymał mu płaszcz, jakby wracała zima. O czym ona mówiła? Jaki szczyt wzgórza?
— Uważaj z Joline — powiedziała Teslyn, nagle i całkiem nieoczekiwanie. — Ona jest... dziecinna... pod pewnymi względami, a ty ją fascynujesz, jak błyszcząca, nowa zabawka fascynuje dziecko. Nałożyłaby ci więź zobowiązań, gdyby potrafiła wymyślić, jak cię przekonać, żebyś się zgodził. Być może nawet wie, jak to zrobić, abyś nie wiedział, że się zgodzisz.