Выбрать главу

Otworzył usta, żeby powiedzieć, że nie ma żadnych cholernych, przeklętych szans na to, ale Tuon zareagowała pierwsza.

— Ona nie może go mieć — rzekła ostro. Urwała, wzięła oddech i dalej mówiła już głosem raczej rozbawionym: — Zabaweczka należy do mnie. Póki ja nie skończę się nim bawić. Ale nawet wtedy nie oddam go marath’damane. Rozumiesz, Tessi? Powiedz o tym Rosi. Takie imię umyśliłam sobie jej nadać. To jej też możesz powiedzieć.

Ostre podmuchy wiatru nie wywierały wrażenia na Teslyn, ale zadrżała na dźwięk słowa damane. Niewzruszona pogoda ducha Aes Sedai zniknęła, twarz wykrzywił gniew.

— Rozumiem tyle, że...!

— Dość! — uciął Mat. — Obie macie zamilknąć. Nie jestem w nastroju, żeby się przyglądać, jak wsadzacie sobie nawzajem szpilki. — Teslyn zapatrzyła się na niego, przepełniająca ją obraza była widoczna nawet w świetle księżyca.

— Cóż, Zabaweczko — Tuon oznajmiła radośnie. — Znowu robisz się autorytatywny. — Nachyliła się ku Selucii i szepnęła coś, na co tamta zareagowała wybuchem śmiechu, aż jej obfity biust zafalował.

Mat zgarbił ramiona, otulił się płaszczem, wsparł dłonie na łęku siodła i wbił wzrok w noc, wypatrując Vanina. Kobiety! Oddałby całe swoje szczęście — no, dobrze, połowę — żeby móc je zrozumieć.

— Co chcesz osiągnąć rajdami i zasadzkami? — zapytała Teslyn, znowu nie po raz pierwszy. — Seanchanie po prostu będą wysyłać coraz więcej żołnierzy, żeby cię ścigali. — Ona i Joline wciąż próbowały wtykać swe nosy w jego strategię, podobnie jak w mniejszym nieco stopniu Edesina, póki im nie zabronił. Aes Sedai wydawało się, że zjadły wszystkie rozumy, i choć Joline przynajmniej wiedziała co nieco o wojnie, on nie potrzebował jej rady. Rady Aes Sedai brzmiały jak rozkazy. Tym razem jednak zdecydował się wyjaśnić.

— Liczę na to właśnie, że będą wysyłali tu coraz więcej żołnierzy, Teslyn — powiedział, wciąż wyglądając Vanina. — W istocie chodzi mi o całą armię, jaka stacjonuje na Przełęczy Molvaine. A przynajmniej jej istotną część. Doszedłem do wniosku, że znacznie bardziej prawdopodobne jest, że jej, a nie jakiejś innej użyją. Ze wszystkiego, czego się dowiedzieli Thom i Juilin, wynika, że celem następnej kampanii będzie Illian. Sądzę, że zadaniem armii stacjonującej w Przełęczy jest zabezpieczenie przed każdym ewentualnym atakiem od strony Murandy czy Andoru. Ale dla nas są jak korek w dzbanie. Mam zamiar usunąć ten korek, żebyśmy mogli spokojnie przejechać.

Po kilkuminutowym milczeniu obejrzał się przez ramię. Trzy kobiety siedziały na swoich wierzchowcach i przyglądały mu się. Żałował, że nie ma dość światła, aby odczytać wyrazy ich twarzy. Dlaczego, cholera, mu się tak przyglądały? Wrócili do wypatrywania Vanina, czuł jednak wciąż ich spojrzenia na swoim grzbiecie.

Minęły może dwie godziny, jeżeli wnioskować z powolnej wędrówki tłustego półksiężyca po nieboskłonie, wiatr dął coraz mocniej. Dostatecznie silnie, by nocny chłód nazwać zimnem. Od czasu do czasu próbował namówić kobiety, żeby schroniły się wśród drzew, ale za każdym razem uparcie odmawiały. On musiał zostać na miejscu, żeby przechwycić Vanina bez konieczności podnoszenia larum — lansjerzy będą niedaleko za nim; być może bardzo blisko, jeżeli dowódca okaże się głupcem — lecz one nie musiały. Podejrzewał, że Teslyn odmówiła, ponieważ tak postąpiły Tuon i Selucia. Nie było w tym większego sensu, ale co począć. Dlaczego zaś Tuon odmówiła? Nie potrafił podać innego powodu niż ten, że lubiła się z nim droczyć, póki nie ochrypł.

W końcu wiatr przyniósł odgłos tętentu końskich kopyt, Mat wyprostował się w siodle. Bułanek Vanina wypadł kłusem z nocy, pękata sylwetka sprawiała — jak zawsze — niesamowite wrażenie na końskim grzbiecie.

Vanin ściągnął wodze, splunął przez szczelinę w zębach.

— Są jakąś milę za mną, ale jest ich może tysiąc więcej, niż było dziś rano. Ktokolwiek dowodzi, zna się na robocie. Jadą ostro, ale uważają, żeby nie zmęczyć koni.

— Skoro masz przeciwko sobie przewagę liczebną dwa do jednego — zaczęła swoje Teslyn — może weźmiesz pod uwagę...

— Nie mam zamiaru walczyć z nimi w otwartym boju — wszedł jej w słowo Mat. — I nie mogę sobie pozwolić na to, by po okolicy pałętało się cztery tysiące lansjerów, gotowych sprawiać mi kłopoty. Dołączmy do Mandevwina.

Klęczący na stoku północnego wzgórza kusznicy nie odezwali się ani słowem, gdy wraz z kobietami i Vaninem przejeżdżał przez ich szereg, tylko rozstąpili się, robiąc im miejsce. Wolałby ustawić ich w dwuszeregu, ale musiał pokryć szerokie pole ostrzału. Rzadko rosnące drzewa rzeczywiście rozbijały wiatr, jednak w niewielkim stopniu, większość żołnierzy kuliła się pod płaszczami. Mimo to wszystkie kusze były naciągnięte, a bełty leżały w łożyskach. Mandevwin zobaczył nadjeżdżającego Vanina i wiedział, co oznacza jego obecność.

Cairhienianin maszerował tuż za szeregiem, póki nie pojawił się Mat, który zeskoczył z Oczka. Mandevwin ucieszył się, że już nie musi obserwować tyłów. Słysząc o tysiącu dodatkowych lansjerów ponad oczekiwania, tylko skinął głową wysłał gońca do obserwatorów na szczycie wzgórza z rozkazem zasilenia szeregu. Jeżeli Mat Cauthon potraktował rzecz bez zmrużenia oka, on też mógł. Mat zdążył już zapomnieć, jaki był pod tym względem Legion. Ufali mu absolutnie. Kiedyś Z tego powodu omal nie uciekł od nich. Dziś w nocy był zadowolony. Gdzieś za nim rozległo się podwójne hukanie sowy, a Tuon westchnęła.

— To jakiś omen? — zapytał po to tylko, by coś powiedzieć

— Cieszę się, że w końcu interesujesz się tymi sprawami Zabaweczko. Być może jeszcze uda mi się czegoś ciebie nauczyć. — Jej oczy były wilgotne w księżycowej poświacie. — Dwukrotne pohukiwanie sowy znaczy, że ktoś wkrótce umrze, — Cóż, na tym przeklęta rozmowa się skończyła.

Wkrótce pojawili się Seanchanie, jechali kłusem, kolumna czwórkową, z lancami w dłoniach. Vanin miał rację, ich dowódca znał się na swojej robocie. Przez czas jakiś cwałem, potem kłusem, w ten sposób konie mogły szybko pokonać sporą odległość. Tylko głupcy próbowali galopować na długich dystansach, co zazwyczaj kończyło się zajeżdżonymi i ochwaconymi końmi. Tylko jakichś pierwszych czterdziestu w kolumnie miało płytowe zbroje i dziwne hełmy Seanchan. Szkoda. Nie miał pojęcia, jak Seanchanie zareagują na ofiary wśród swych altarańskich sprzymierzeńców. Straty wśród własnych żołnierzy z pewnością ściągnęłyby ich uwagę.

Kiedy środek kolumny znalazł się na wysokości miejsca gdzie stał, na drodze głęboki głos znienacka zawołał:

— Chorągiew! Stać! — Te dwa słowa zostały wypowiedziane znajomym już mu rozwlekłym akcentem Seanchan, Żołnierze w płytowych zbrojach zatrzymali się natychmiast Pozostali zareagowali nieco wolniej.

Mat wciągnął głęboki oddech. To musiało być dzieło ta’veren. Gdyby sam wydał im rozkaz, nie mogliby się zatrzymać w lepszym miejscu. Oparł dłoń na ramieniu Teslyn. Drgnęły lekko, ale w ten sposób najłatwiej mógł przyciągnąć jej uwagą, 1

— Chorągiew! — krzyknął ten sam głęboki głos. — W koń! — Poniżej żołnierze poruszyli się, żeby posłuchać rozkazu.

— Teraz — powiedział cicho Mat.

Lisi łeb na jego piersi stał się zimny, a chwilę później wysoko ponad drogą popłynęła kula czerwonego światła, zalewając żołnierzy nieziemską poświatą. Ale mieli tylko mgnienie na podziwianie niesamowitego widowiska. Wzdłuż szeregu poniżej Mata zwolniono tysiąc cięciw kuszy, co zlało się w jedno Ogłuszające trzaśnięcie z bata i tysiąc bełtów uderzyło w szyk wroga, z bliska przebijając napierśniki, zbijając ludzi z nóg, powodując głośną panikę wśród koni — a równocześnie następny tysiąc bełtów uderzył z drugiej strony. Oczywiście nie każdy grot trafił celnie, ale w przypadku ciężkiej kuszy nie miało to Większego znaczenia. Żołnierze padali ze zmiażdżonymi nogami, z nogami właściwie odstrzelonymi od ciała. Inni ściskali kikuty strzaskanych rąk, próbując zatamować krew. Wrzask ludzi rozlegał się równie głośno, co kwik koni.