Bain zerknęła na Chiad i lekki uśmiech pojawił się na jej ustach.
— Kiedy spotkasz Gaula, powiedz mu, że Chiad jest gai’shain u mężczyzny o silnych dłoniach, mężczyzny, którego serce to ogień. On zrozumie. Muszę pomóc zanieść jej ten ciężar w bezpieczne miejsce. Obyś zawsze znalazła wodę i cień, Faile Bashere. — Koniuszkami palców delikatnie musnęła policzek Faile. — Któregoś dnia znów się spotkamy.
Podeszła do Chiad, ujęła jeden z końców koca, a potem szybko odeszły z ciężarem. Gaul może i zrozumie, Faile nie pojmowała. Przynajmniej tego o ognistym sercu, wątpiła też, by dłonie Manderica w najmniejszym stopniu interesowały Chiad. Tamtemu brzydko pachniało z ust i kiedy nie udawał się na zbójeckie lub myśliwskie wyprawy, pił od samego rana. Natychmiast opamiętała się, przegnała z głowy myśli o Gaulu i Mandericu, zarzuciła kosz na ramię. Już zmarnowały zbyt dużo czasu.
Niebo powoli oblekało się w barwy i jasność dnia, wśród bezładnej pstrokacizny namiotów pod murami Malden spieszyli gai’shain — na miejsce zleconych obowiązków, z jakimiś ciężarami, które przynajmniej sprawiały wrażenie, że coś robią — nikt nie zwracał uwagi na trzy kobiety niosące ku bramom miasta kosze z praniem. Prania zawsze było dużo, nawet dla gai’shain Sevanny. Gai’shain z mokradeł było zbyt wielu, żeby Faile znała wszystkich, zrazu nikt znajomy nie wpadł jej w oko i tak było do czasu, aż dotarły na miejsce, gdzie przestępując z nogi na nogę, stały Arrela i Lacile z koszami na ramionach. Arrela była wyższa od większości kobiet Aielów, smagła, ciemne włosy strzygła krótko jak Panny i chodziła na męską modłę. Lacile była niska, blada, szczupła, we włosy wplatała czerwone wstążki, choć włosy te nie były dłuższe niż u towarzyszki niewoli. W sukniach chodziła wdzięcznie, a kiedy zakładała spodnie, jej chód nabierał wyuzdanego charakteru. Obie jak na komendę wydały z siebie autentyczne westchnienia ulgi.
— Myślałyśmy, że coś się stało — powiedziała Arrela.
— Nic, z czym byśmy sobie nie poradziły — uspokoiła ją Faile.
— Gdzie są Bain i Chiad? — nerwowo zapytała Lacile.
— Miały coś innego do załatwienia — odrzekła Faile. — Idziemy same.
Tamte wymieniły spojrzenia, a w ich westchnieniach tym razem nie było już ulgi. Oczywiście, że Rolan im nie przeszkodzi. Nie będzie się wtrącał do ich ucieczki. Oczywiście, że nie.
Nabijane żelazem bramy Malden stały rozwarte na oścież, ich skrzydła opierały się o granitowe mury — i tak było od upadku miasta. Rdza pobrązowiła żelazne sztaby, a zawiasy przeżarła do tego stopnia, że zamknięcie bram mogło się okazać niemożliwe. W szarych wieżach strzegących wjazdu wiły sobie gniazda gołębie.
Były pierwsze w mieście. A przynajmniej Faile nikogo nie widziała w głębi ulicy. Kiedy przeszły przez bramę, wydobyła sztylet z pochwy w rękawie i trzymała go w wyprostowanej ręce, ostrzem przyciśniętym do nadgarstka.
Pozostałe kobiety poszły za jej przykładem, choć brakowało im wprawy. Bez Bain i Chiad, z nadzieją, że Rolan i jego przyjaciele są zajęci czymś innym, musiały same zadbać o swoje bezpieczeństwo. Malden nie było aż tak niebezpieczne dla kobiety — dla kobiety gai’shain; ze Shaido, którzy próbowali polować na swoje, radzono sobie szybko za pomocą srogiej pokuty — nie było aż tak niebezpieczne dla kobiety jak ta część obozu, w której mieszkali Shaido, niemniej czasami zdarzały się tu napaści, bywało, że zbiorowe. Światłości, spraw, żeby, jeśli ich zaczepią, był to tylko jeden lub dwóch. Z jednym lub dwoma mogą sobie poradzić i zabić z zaskoczenia, zanim zorientują się, że te gai’shain mają zęby. Jeżeli będzie ich więcej, zrobią, na co je stać, ale w końcu garncarz czy tkacz Aielów był równie groźny, co wyszkolony żołnierz jakiegoś lorda. Nie dbając o ciężar koszy, wędrowały na paluszkach, oczy biegały im na wszystkie strony, w każdej chwili były gotowe uciekać w dowolnym kierunku.
Mimo iż pożar oszczędził tę część miasta, i tak przedstawiała sobą obraz ruiny. Skorupy zastawy stołowej i ceramiki chrzęściły pod miękkimi białymi butami. Strzępy odzieży zdartej z mężczyzn i kobiet obróconych w gai’shain wciąż zaściełały szare kamienie bruku. Na te żałosne, zetlałe łachy przez ponad miesiąc padał najpierw śnieg, a potem deszcz, Faile wątpiła, by teraz przyciągnęły wzrok najnędzniejszego łachmaniarza. Tu i tam poniewierały się dziecięce zabawki — drewniany koń czy lalka, z której już płatkami obłaziła farba — porzucone przez młodych, którym pozwolono uciec wraz z bardzo starymi, chorymi i słabymi. Kryte łupkiem drewniane czy kamienne domy przy ulicy ziały wybitymi otworami okien i drzwi. Wraz ze wszystkimi przedmiotami codziennego użytku, jakie wpadły w oko Shaido, miasto ogołocone zostało z każdego luźnego kawałka drewna i tylko fakt, że rozbiórka domów była mniej efektywna niż ścinanie drzew w otaczających lasach, oszczędził drewniane konstrukcje budynków. Ich fasady kojarzyły się Faile z pustymi oczodołami czaszki. Wędrowała tymi ulicami masę razy, ale dopiero teraz odniosła wrażenie, że jest obserwowana. Aż włosy jeżyły jej się na głowie.
W połowie drogi przez miasto obejrzała się ku bramom, od których dzieliło ją nie więcej niż sto pięćdziesiąt kroków. Ulica wciąż pozostawała pusta, ale wkrótce mieli się na niej pojawić pierwsi mężczyźni i kobiety z wiadrami na wodę. Czerpanie wody zaczynało się wcześnie i trwało cały dzień. Należało się pospieszyć. Skręciła w wąską, boczną uliczkę, przyspieszyła kroku, choć miała kłopoty z utrzymaniem kosza w równowadze. Pozostałe zapewne radziły sobie nie lepiej, lecz żadna się nie skarżyła. Muszą się gdzieś schować, zanim pojawią się tamci gai’shain. Nie było żadnych powodów, aby gai’shain wchodząc do miasta, plątali się po bocznych uliczkach, miast zmierzać prosto do cysterny pod fortecą. Czyjaś chęć zaskarbienia sobie drobnej łaski lub po prostu nieostrożne słowo mogą sprawić, że Shaido natychmiast zaczną ich ścigać po mieście, a stąd była tylko jedna droga wyjścia, nie licząc tej przez mury, która wszak wiązała się ze skokiem z wysokości dziesięciu kroków i ryzykiem połamania nóg.
Doszły do dwupiętrowego, kamiennego budynku pozbawionej obecnie szyldu i ziejącej wybitymi oknami gospody, tam Faile szybko weszła do wspólnej sali, pozostałe podążyły za nią. Lacile zdjęła z ramion kosz i oparła się o futrynę drzwi, aby obserwować ulicę. Sklepione belkami pomieszczenie było aż do zakurzonych desek podłogi odwarte ze wszystkiego, a w kamiennym kominku brakowało rusztów, pogrzebaczy i innych utensyliów. Z klatki schodowej na tyłach sali wyłamano poręcze, zniknęły też drzwi do kuchni. Kuchnia była w równie żałosnym stanie. Faile sprawdziła, ponieważ jakieś garnki noże lub łyżki mogły się przydać. Wreszcie postawiła kosz na podłodze i pospieszyła ku klatce schodowej. Był to nadzwyczajny okaz solidnej ciesielskiej roboty, grube belki przygotowano do tego, by przetrwały pokolenia wchodzących i schodzących. Rozbiórka tej klatki nastręczałaby tyleż kłopotów, co zdemolowanie całego budynku. Sięgnęła pod schody i na powierzchni belki nośnej wyczuła szeroką jak nadgarstek, nie całkiem szklaną różdżkę. W swoim czasie jakoś nie potrafiła wymyślić lepszej kryjówki, z drugiej strony, kto by zaglądał w takie miejsce — teraz poczuła, jak opuszcza ją napięcie.
Lacile wciąż trwała przyklejona do framugi drzwi, pozostałe podbiegły do Faile.
— W końcu — powiedziała Alliandre, ostrożnie gładząc różdżkę czubkami palców. — Cena naszej wolności. Co to jest?