Выбрать главу

Angreal — odrzekła Faile. — A może ter’angreal, Nie wiem na pewno, wiem tylko, że Galina bardzo chce to mieć, a więc musi chodzić o jedno i drugie.

Maighdin śmiało położyła dłoń na różdżce.

— To może być i jedno, i drugie — mruknęła. — Często pod dłonią ich powierzchnia sprawia dziwne wrażenie. Przynajmniej tak mi mówiono. — Twierdziła, że nigdy nie była w Białej Wieży, jednak Faile ostatnimi czasy coraz mniej dawała wiary jej słowom. Maighdin potrafiła przenosić, nie mniej tak słabo i kosztem tak ogromnego zmęczenia, że Mądre nie widziały niebezpieczeństwa w daniu jej całkowitej swobody. Cóż, swobody na tyle, na ile mogli się nią cieszyć gai’shain. Jej zaprzeczenia mogły być kwestią wstydu. Faile słyszała, że kobiety, które wygnano z Wieży, ponieważ nie mogły zostać Aes Sedai, często zaprzeczały, iż w ogóle w niej były, aby skryć przed światem swą niewątpliwą porażkę.

Arrela pokręciła głową i cofnęła się o krok. Była Tairenianką, więc mimo iż zdarzało się jej podróżować w towarzystwie Aes Sedai, wciąż czuła się nieswojo wobec Mocy i wszelkich przedmiotów z nią związanych. Spojrzała na gładką, białą różdżkę jak na czerwoną żmiję i oblizała wargi.

— Galina może już na nas czeka. Zdenerwuje się, jeśli każemy jej czekać zbyt długo.

— Droga wciąż wolna, Lacile? — zapytała Faile, wkładając różdżkę na dno koszyka. Arrela westchnęła ciężko, wyraźnie tak samo zadowolona, że nie musi już patrzeć na tę rzecz, co wcześniej z widoku Faile.

— Tak — odparła Cairhienianka. — Ale nie pojmuję dlaczego. — Wciąż stała tak, by jednym okiem zerkać przez krawędź framugi. — O tej porze już pierwsi gai’shain powinni iść po wodę.

— Może coś się stało w obozie — powiedziała Maighdin. Nagle twarz jej spochmurniała, w ręku błysnął nóż. Miał drewnianą rękojeść i poszczerbione, pokryte wgłębieniami od rdzy ostrze.

Faile powoli pokiwała głową. Może na przykład znaleziono już Dairaine. Tamta nie potrafiłaby powiedzieć, dokąd udała się Faile wraz z pozostałymi, ale mogła rozpoznać kogoś wśród zgromadzonych gai’shain. Jak długo wytrzymają na przesłuchaniu? Jak długo wytrzyma Alvon, gdy zaczną przesłuchiwać Therila?

— W tej sprawie i tak nic nie możemy zrobić. Galina nas stąd wyciągnie.

Mimo to po wyjściu z budynku gospody pobiegły, trzymając kosze przed sobą i zadzierając szaty, aby się nie potknąć. Nie tylko Faile często oglądała się przez ramię i traciła równowagę. Nie była nawet pewna, czy poczuła ulgę, gdy w końcu zobaczyła gai’shain z wiadrami na koromysłach w prześwicie i krzyżującej się głównej ulicy miasta. Z pewnością natomiast zwolniła kroku.

Nie musiały biec daleko. Po kilku chwilach zapach spalonego drewna, który już wywietrzał z reszty Malden, nasilił się. Południowa część miasta stanowiła kompletną ruinę. Zatrzymały się na jej skraju, a potem ostrożnie minęły róg ulicy tak, aby nie dostrzeżono ich z głównego prospektu. Miejsce, gdzie stały, dzieliło od południowych murów obronnych niecałe dwieście kroków — całą tę przestrzeń zajmowało pozbawione dachów gruzowisko poczerniałego kamienia, gdzieniegdzie przetykane stosami zwęglonych belek, które deszcze do czysta opłukały z popiołów. Tu i tam w więźbie budynków brakowało nawet najgrubszych legarów. Tylko po południowej stronie ulicy, na której się znajdowały, stały ściany choć trochę przypominające dawną zabudowę. Tu właśnie powstrzymano ogień, który rozszalał się po tym, jak Shaido zdobyli miasto. Sześć budynków było pozbawionych dachów, choć niższe piętra wydawały się nietknięte, kilkanaście składało się z pochylonych stosów kamienia i poczerniałych belek, wreszcie na wpół spalonych desek, które mogły zawalić się w każdej chwili.

— Tam — powiedziała Maighdin, wskazując na wschodni kraniec ulicy. Niedaleko na wietrze powiewał strzęp czerwonej materii. Zamocowany w ścianie jednego z domów grożących zawaleniem. Podeszły bliżej, postawiły kosze na bruku. Czerwona materia załopotała znowu.

— Dlaczego chciała się z nami spotkać właśnie tutaj? — mruknęła Alliandre. — Wystarczy, że któraś kichnie, a to się zawali. — Potarła nos, jakby właśnie jej się zachciało.

— Jest całkiem wytrzymały. Sprawdziłam. — Dobiegający zza pleców głos Galiny sprawił, że Faile aż podskoczyła. Kobieta podążała w ich kierunku, najwyraźniej wyszła z jednego z. budynków po przeciwnej, północnej stronie ulicy. Po tak długim czasie oglądania jej w pasku i naszyjniku ze złota oraz ognistych łez sprawiała bez nich dziwne wrażenie. Wciąż miała na sobie białe jedwabie, niemniej brak biżuterii był przekonujący. Galinie nie udało się jakimś sposobem odwrócić kota ogonem, mówiła prawdę. Dzisiaj wyjeżdżała.

— Dlaczego nie w jednym z lepiej zachowanych budynków? — dopytywała się Faile. — Albo tutaj?

— Ponieważ nie chcę, by ktoś widział to w moich rękach — powiedziała Galina, przechodząc obok. — Ponieważ nikt nie będzie zaglądał do wnętrza takiej ruiny. Ponieważ tak chciałam. — Przeszła przez otwór, który kiedyś był drzwiami, schylając się pod ciężką, poczerniałą belką stropu zagradzającą wejście. Zaraz skręciła w prawo i zeszła po schodach na dół. — Nie ociągajcie się.

Faile wymieniła spojrzenia z pozostałymi kobietami. To było co najmniej dziwne.

— Jeżeli ona ma nas stąd wydostać — warknęła Alliandre, chwytając swój kosz — mogę jej to dać w całkowitym odosobnieniu. — Mimo odważnych słów zaczekała, aż Faile weźmie swój koszyk i pójdzie pierwsza.

Nad wiodącymi w dół drewnianymi schodami nisko wisiały zwęglone belki i poczerniałe deski, ale swoboda Galiny ośmieliła również Faile. Ta kobieta nie ryzykowałaby przecież pogrzebania żywcem tudzież przygniecenia w momencie, gdy w końcu zdobędzie różdżkę. Przez szczeliny nad głowami, niektóre szerokie niczym okna, wpadały smugi światła, było dość jasno, żeby zobaczyć, iż mimo zdradzieckiego wyglądu tego, co nad głowami, piwnica jest w stosunkowo dobrym stanie. Pod jedną z kamiennych ścian stały wielkie beczki, większość była popalona, od żaru wyskoczyły im klepki, niemniej nietrudno się domyślić, iż wcześniej była to gospoda bądź tawerna. A może sklep winiarza. Tereny wokół Malden rodziły ogromne ilości średniej jakości wina.

Galina stała w małej kałuży światła na środku zasłanej drobnym gruzem podłogi. Na twarzy miała pogodę Aes Sedai, podniecenie poprzedniego dnia zupełnie gdzieś się zapodziało.

— Gdzie to jest? — zapytała chłodno. — Daj mi. — Faile postawiła koszyk na podłodze i sięgnęła głęboko ręką. Kiedy wydobyła białą różdżkę, dłonie Galiny zadrżały. Faile podała jej różdżkę, ona sięgnęła po nią niemal z wahaniem. Gdyby nie wiedziała lepiej, Faile doszłaby do wniosku, że tamta boi się wziąć ją do ręki. W końcu palce Galiny objęły różdżkę, wypuściła długo wstrzymywany oddech. Wyszarpnęła różdżkę z ręki Faile, zanim ta zdążyła rozluźnić uchwyt. Aes Sedai drżała, ale jej uśmiech był... triumfujący.

— Jak zamierzasz nas wyprowadzić z obozu? — zapytała Faile. — Czy powinnyśmy się już przebrać?

Galina otworzyła usta, potem znienacka uniosła wolną dłoń, wnętrzem w ich stronę. Głowę nachyliła w kierunku schodów, I jakby nasłuchując.

— Może to nic — powiedziała cicho. — Ale najlepiej będzie, jak sprawdzę. Zaczekajcie tutaj i bądźcie cicho. Bądźcie cicho — syknęła, kiedy Faile spróbowała się odezwać. Aes Sedai uniosła krawędź jedwabnych szat, pospieszyła ku schodom, a potem wstąpiła na nie, sprawiając wrażenie kogoś, kto nie wie, co go czeka na górze. Wkrótce jej stopy zniknęły za rumowiskiem pochylonych desek i belek.