Выбрать главу

— Czy któraś coś słyszała? — szepnęła Faile. Wszystkie pokręciły głowami. — Może ona dzierży Moc. Słyszałam, że dzięki temu...

— Nie dzierżyła Mocy — wtrąciła Maighdin. — Nigdy nie widziałam, żeby...

Nagle nad nimi zajęczało drewno, a potem z ogłuszającym łomotem zawaliły się belki i deski, wzniecając oślepiające tumany czarnego pyłu i piachu, od których Faile pochwyciły paroksyzmy kaszlu. W powietrzu znienacka zaciążył odór spalenizny, jak w dniu, gdy płonęło Malden. Coś zleciało z góry i uderzyło ją mocno w ramię, przykucnęła, starając się chronić głowę. Któraś z kobiet krzyknęła. Faile usłyszała stuk kolejnych fragmentów niepewnego sklepienia walących się na podłogę piwnicy. Ale to były tylko deski, fragmenty desek — nic nie załomotało tak ciężko i głośno, jak uczyniłaby to spadająca belka lub fragment legara.

W końcu — wydawało się, że trwa to całe godziny, a zapewne minęło kilka minut — deszcz gruzu przestał się sypać. Kurz zaczął powoli opadać. Szybko rozejrzała się dookoła — jej towarzyszki kuliły się na podłodze, głowy chowając w ramionach. Światła było jakby więcej niż przed katastrofą. Nieco więcej. Niektóre ze szczelin nad głową stały się szersze. Po twarzy Alliandre spod włosów spływała strużka krwi. Wszystkie od stóp do głów pokrywał czarny kurz.

— Żadnej nic się nie stało? — zapytała Faile i rozkaszlała się. Kurz nie opadł jeszcze do reszty, czuła jego smak na języku i w gardle. Smak węgla.

— Nie — odrzekła Alliandre, delikatnie macając czaszkę. — To tylko zadrapanie. — Pozostałe również zgodnie twierdziły, że z nimi wszystko w porządku, choć Arrela chyba z trudem poruszała prawą ręką. Bez wątpienia wszystkie zostały mocno poobijane, a Faile podejrzewała, że jej lewe ramię wkrótce zrobi się sinoczarne, niemniej trudno to było uznać za prawdziwą ranę.

Potem jej wzrok padł na klatkę schodową i poczuła łzy napływające do oczu. Spadający z góry gruz wypełnił całą przestrzeń w miejscu, gdzie niedawno były schody. Choć może uda się przecisnąć przez szersze szczeliny w suficie... Faile pomyślała, że gdyby stanęła na ramionach Arreli, mogłaby do nich sięgnąć... Z drugiej strony, pewnie nie da rady się przecisnąć, mając do dyspozycji tylko jedno zdrowe ramię. Arrela też pewnie sobie nie poradzi. A gdyby nawet którejś się udało, musiałaby dalej pełznąć przez gąszcz wypalonej ruiny, co zapewne doprowadzi do obsunięcia się reszty gruzowiska.

— Nie! — jęknęła Alliandre. — Nie teraz! Kiedy już byłyśmy tak blisko! — Wstała, podbiegła do stosu desek i belek, tak że prawie przywarła do nich całym ciałem, zaczęła krzyczeć: — Galina! Pomóż nam! Jesteśmy w pułapce! Przenieś Moc i usuń deski! Oczyść drogę, żebyśmy mogły wyjść! Galina! Galina! Galina! — Zawisła na plątaninie drewna, ramiona jej drżały. — Galina — płakała. — Galina, pomóż nam.

— Galiny już nie ma — gorzko oznajmiła Faile. Gdyby była na górze i chciała im pomóc, już dawno by się odezwała. — Fakt, że zostałyśmy tu uwięzione i być może nie żyjemy, daje znakomitą wymówkę, by nas zostawić. Poza tym, nie wiem, czy jakaś Aes Sedai poradziłaby sobie z tymi belkami, nawet gdyby spróbowała z całych sił. — Nie chciała wspominać możliwości, że Galina sama zaaranżowała sobie tę wymówkę. Światłości, nie powinna wówczas uderzyć tej kobiety. Lecz na obwinianie się też już było za późno.

— Co teraz zrobimy? — zapytała Arrela.

— Odkopiemy się — odpowiedziały równocześnie Faile i Maighdin. Faile zerknęła z zaskoczeniem. Na brudnej twarzy jej pokojówki zastygł grymas prawdziwie królewskiej determinacji.

— Tak — przyznała Alliandre, prostując się. Odwróciła się, a w śladach łez wyrzeźbionych w warstwie kurzu pokrywającej twarz nie zalśniła świeża wilgoć. Naprawdę była królową i zapewne zawstydziła ją odwaga okazana przez zwykłą pokojówkę damy. — Wykopiemy się. A jeśli nam się nie uda... Jeśli nam się nie uda, nie umrę, mając to na sobie! — Odpięła złoty pasek, cisnęła pogardliwie w kąt piwnicy. Wkrótce jego śladem poleciała złota obroża.

— Będą nam potrzebne, żeby przedostać się przez obóz Shaido — łagodnie napominała ją Faile. — O pomocy Galiny zapewne możemy zapomnieć, mimo to mam zamiar dziś się stąd wydostać. — Chodziło o Dairaine. Bain i Chiad nie mogły jej ukrywać w nieskończoność. — A przynajmniej zaraz po tym, jak się wydostaniemy. Będziemy udawać, że nas wysłano na jagody. — Nie chciała jednak wzgardzić śmiałym gestem lenniczki. — Na razie nikt nie każe nam ich nosić. — Zdjęła pasek i obrożę, postawiła prosto kosz i położyła je na brudnej odzieży gai’shain. Pozostałe poszły za jej przykładem. Alliandre wzięła własny pasek i obrożę, śmiejąc się żałośnie. Dobrze, że choć potrafiła się śmiać. Faile jakoś nie było do śmiechu.

Gmatwanina poczerniałych belek i na poły spalonych desek przypominała jedną z tych zagadek kowalskich, które tak lubił jej Perrin: na cokolwiek się nie spojrzało, zahaczało o coś innego. Gorzej, z najcięższymi belkami prawdopodobnie nie poradzą sobie nawet wspólnymi siłami. Gdyby wszak udało się częściowo oczyścić drogę, a potem prześlizgnąć się między najgrubszymi legarami... To mogłoby być dość niebezpieczne. Ale kiedy z opresji wiedzie tylko niebezpieczna droga, wybiera się ją.

Kilka desek dało się całkiem łatwo wyjąć. Położyły je na stosie w głębi piwnicy. Potem każdą trzeba było wybierać z najwyższą ostrożnością, stwierdziwszy najpierw, co może się zawalić, gdy zostanie usunięta. Sięgały dłońmi najdalej, jak mogły w głąb drewnianego galimatiasu, macały gwoździe, które mogły o coś zaczepić, przez cały czas starając się nie myśleć, że wszystko może runąć i zmiażdżyć ręce. W następnej dopiero kolejności przystępowały do usuwania kolejnych elementów — czasami ciągnęły po dwie, coraz mocniej, póki kolejna deska nie wyszła. Praca postępowała powoli, wielki stos od czasu do czasu wydawał niepokojące odgłosy, przesuwając się nieznacznie. Kiedy tak się działo, wszystkie odskakiwały do tyłu, wstrzymując oddech. I nie ruszały się, póki nie były pewne, że drewniany potrzask nie runie. Mozolna robota stała się całym ich światem. Raz Faile zdało się, że słyszy wycie wilków. Zazwyczaj wilki wzbudzały w jej głowie myśli o Perrinie, ale nie tym razem. Robota była wszystkim.

Wtedy Alliandre wyszarpnęła kolejną zwęgloną deskę, a cała masa z żałosnym jęczeniem zaczęła się chwiać. I chylić w ich stronę. Wszystkie pobiegły w głąb piwnicy, stos drewna zawalił się z ogłuszającym łomotem, wzniecając tumany pyłu. Kiedy przestały kaszleć i przejrzały na oczy — ledwie, ledwie zresztą, ponieważ w powietrzu wciąż było pełno kurzu — przekonały się, że piwnica została zasypana w jakiejś jednej czwartej. Cała ich robota na nic, a co gorsza, reszta złowieszczego rumowiska wyraźnie nachylała się w ich stronę. Zajęczała raz jeszcze, pochyliła się bardziej, wreszcie zamarła. Na pierwszy rzut oka było widać, że pierwsza wyciągnięta deska spowoduje, iż reszta zwali im się na głowy. Arrela zaczęła cicho płakać. Zwodnicze szczeliny wpuszczały do środka jeszcze więcej światła, widać było przez nie nawet ulicę i niebo, o przeciśnięciu się wszak nie było mowy, nawet w przypadku najszczuplejszej z nich, Lacile. Faile zobaczyła też czerwoną; chustkę, którą Galina oznaczyła budynek. Przez chwilę drgała lekko na wietrze.

Patrzyła na chustę i w pewnym momencie schwyciła Maighdin za ramię.

— Chciałabym, żebyś spróbowała zmusić tę chustę do poruszania się w taki sposób, w jaki na wietrze nigdy by się nie mogła poruszać.

— Chcesz ściągnąć na nas uwagę? — zapytała ochrypłym głosem Alliandre. — Któż prócz Shaido mógłby to zobaczyć?