Выбрать главу

— Lepiej Shaido, niż umrzeć tu z pragnienia — odrzekła Faile, a jej słowa zabrzmiały ostrzej, niż zamierzała. Cóż, nigdy już nie zobaczy Perrina. Jeżeli Sevanna każe ją zakuć w łańcuchy, przynajmniej ostanie żywa i będzie mogła marzyć, że on ją uratuje. A uratuje ją w końcu, tego była pewna. Jej obowiązkiem było odtąd zachowanie towarzyszących jej kobiet przy życiu. A jeśli oznacza to niewolę, trudno. — Maighdin?

— Potrafię spędzić cały dzień na próbach objęcia Źródła — odpowiedziała złotowłosa kobieta obojętnym tonem. Zgarbiła ramiona, wzrok wbiła w pustkę. Z wyrazu twarzy można było wnosić, że właśnie przepaść rozwarła się pod jej stopami. — A gdy mi się nawet uda, rzadko kiedy wychodzi z tego jakiś splot.

Faile puściła ramię Maighdin i pogładziła ja po głowie.

— Wiem, że to trudne — rzekła uspokajająco. — Cóż, tak naprawdę jednak nie wiem. Nigdy tego nie czyniłam. Ale ty tak. I możesz to zrobić znowu. Nasze życie jest w twoich rękach, Maighdin. Znam siłę drzemiącą w tobie. Widywałam ją od czasu do czasu. Nigdy się nie poddasz. Wiem, że możesz sobie z tym dać radę, że dasz.

Powoli Maighdin wyprostowała się, a wyraz rozpaczy zniknął z jej twarzy. Ta przepaść wciąż pewnie ziała pod jej stopami, ale nawet jeśli będzie musiała w nią wpaść, wpadnie bez mrugnięcia okiem.

— Spróbuję — obiecała.

Przez dłuższy czas wpatrywała się w chustę, potem ze zniechęceniem pokręciła głową.

— Źródło jest, niczym słońce, tuż za krawędzią pola widzenia — szepnęła. — Ale za każdym razem, gdy próbuję je objąć, to jakbym nabierała w dłonie dym.

Faile pośpiesznie wyciągnęła szaty gai’shain z koszyka, potem opróżniła następny, nie dbając o lecące na kamienną podłogę złote paski i obroże.

— Usiądź — poleciła, robiąc z szat zaimprowizowaną poduszkę. — Usiądź wygodnie. Wiem, że potrafisz, Maighdin. — Posadziła tamtą, a potem podwinęła nogi i usiadła obok.

— Dasz radę — cicho zapewniała Alliandre, siadając przy drugim boku Maighdin.

— Tak, poradzisz sobie — szepnęła Lacile, dołączając do nich.

— Wiem, że tak — zakończyła Arrela, osuwając się na podłogę.

Czas mijał, Maighdin patrzyła na chustkę. Faile szeptem dodawała jej ducha, z całych sił trzymając się ostatniej nadziei. Nagle chustka wyprężyła się, jakby coś mocno nią szarpnęło. Cudowny uśmiech rozjaśnił oblicze Maighdin, a chustka zaczęła się kołysać w tył i w przód, niczym wahadło. Sześć, siedem, osiem razy. Potem zatrzepotała na wietrze i oklapła.

— To było cudowne — powiedziała Faile.

— Cudowne — powtórzyła Alliandre. — Uratujesz nas, Maighdin.

— Tak — mruknęła Ariela. — Uratujesz nas, Maighdin.

Są różne bitwy. Siedziały na podłodze, szeptem dodawały otuchy Maighdin, która zmagała się ze znalezieniem tego, co jakże rzadko dane jej było znaleźć, i walczyły o życie. A chustka raz wyprężała się, by następnie oklapnąć, wyprężyć się znowu i oklapnąć. Ale walczyły.

Galina starała się nie rzucać w oczy i przede wszystkim nie sprawiać wrażenia, że się spieszy, kiedy wędrowała przez Malden ku murom obronnym miasta, mijając szeregi odzianych na biało mężczyzn i kobiet, niosących puste wiadra w jedną stronę, a pełne w drugą. Nie chciała ściągać na siebie uwagi choćby dlatego, że była bez tego przeklętego paska i naszyjnika. Ubierała się w nocy, Therava jeszcze spała, i z początku założyła je na siebie, ale potem pragnienie ich zdjęcia stało się nieodparte i tym sposobem skończyły wraz z ubraniami oraz innymi rzeczami przygotowanymi do ucieczki. Poza tym, gdyby Therava się obudziła i stwierdziła, że jej nie ma, z pewnością by się rozgniewała. Kazałaby szukać swej „małej Liny”, a dzięki tym klejnotom wszyscy wiedzieli, o kogo chodzi. Cóż, te kobiety zapłacą teraz za pomoc okazaną jej, by mogła wrócić do Wieży, na swoje właściwe miejsce. Ta arogancka Faile i pozostałe idiotki już nie żyły albo, praktycznie rzecz biorąc, właśnie umierały, ona była wolna. Pogłaskała ukrytą w rękawie różdżkę i aż zadrżała z rozkoszy. Wolna!

Nienawidziła myśli, że musi zostawić Theravę przy życiu, ale gdyby ktokolwiek wszedł do namiotu kobiet i znalazł tamtą z nożem w sercu, Galina byłaby pierwszą podejrzaną. Poza tym... Przed oczyma rozwinęła się wizja: oto z nożem w dłoni pochyla się ukradkiem nad śpiącą Theravą, oczy Theravy otwierają się, spotykają jej wzrok w ciemności, Galina krzyczy, palce rozwierają się w ataku paniki, upuszcza nóż, potem błaga Theravę... Nie. Nie! To nie byłoby tak. Z pewnością nie! Zostawiła Theravę przy życiu motywowana koniecznością, a nie dlatego... Nie, z żadnego innego powodu.

Nagle z oddali, ze wszystkich stron naraz dobiegło ją wycie wilków, co najmniej tuzin lub więcej. Zatrzymała się jak wryta. Otaczało ją bezładne zbiorowisko namiotów, ściana cyrkowych, niskich namiotów Aielów. Nie zdając sobie sprawy, przeszła prosto przez część obozu przeznaczoną dla gai’shain. Uniosła wzrok, spojrzała na grzbiet wzgórza górującego nad Malden od zachodu i zamrugała. Wokół całej długości jak okiem sięgnąć, kłębiła się mgła, skrywając drzewa. Wzgórza od wschodu nie widziała, ponieważ kryło się za murami miasta, ale pewna była, że tam też zobaczyłaby gęstą mgłę. On przybył! Wielki Władco, zdążyła akurat na czas! Cóż, jakkolwiek by się starał, nie znajdzie swej głupiej żony, a nawet gdyby ona przeżyła, nie znajdzie Galiny Casban.

Dziękując Wielkiemu Władcy za to, że Therava nie zabroniła jej jeździć konno — wolała zostawić sobie w odwodzie ewentualność takiego zakazu, by w ten sposób zmusić ją do jeszcze głębszego ukorzenia się — Galina pośpieszyła do miejsca, gdzie ukryła swój ekwipunek. Niech giną głupcy, którzy tego chcą. Ona była wolna. Wolna!

29

Ostatni węzeł

Perrin stał nieco poniżej grzbietu wzgórza, tuż za krawędzią mgły i przyglądał się obozowi oraz ufortyfikowanemu miastu poniżej. Dwieście kroków raczej stromego stoku z rzadka porośniętego niskimi krzakami, potem równy teren, może jakieś siedemset kroków, aż do pierwszych namiotów, wreszcie ponad mila do miasta. Wydawało się tak bliskie. Nie potrzebował używać szkła powiększającego. Błysk słońca w soczewkach, słońca, które właśnie zerkało znad horyzontu cienkim na paznokieć skrawkiem złotoczerwonej tarczy, mógłby zniszczyć wszystko. Wokół niego kłębiła się szarość, której wszakże nie poruszał wiatr, nawet gdy dmuchał mocno i szarpał poły płaszcza. Gęsta mgła na odległym szczycie, w której kryły się tamtejsze wiatraki, również zdawała się jakaś zbyt nieruchoma , gdy się dokładniej przyjrzeć. Ile czasu minie, nim ktoś w namiotach się zorientuje? Nic nie można na to poradzić. Z bezpośredniej bliskości mgła była jak każda mgła: mokra i nieco chłodna, ale jakimś sposobem Neald zdołał zakotwiczyć i ją i tę drugą w miejscu, zanim udał się do innych zadań. Słońce nawet do południa nie wypali tych mgieł, twierdził Asha’man. A do południa wszystko się już rozstrzygnie tak czy inaczej niemniej Perrin wolał wierzyć, że tamten ma rację. Niebo było jasne, dzień zapowiadał się ciepły jak na wczesną wiosnę.

W obozie można było dostrzec stosunkowo niewielu Shaido, natomiast wśród namiotów kręciły się tysiące odzianych w biel postaci. Dziesiątki tysięcy. Wytężał oczy, próbując wypatrzeć wśród nich Faile, do bólu tęskniło za nią jego serce.

Równie dobrze mógłby szukać igły w stogu siana. Zrezygnował, więc, przeniósł wzrok na bramy miasta, szeroko rozwarte jak zawsze. Zapraszająco rozwarte. Wzywały go. Wkrótce, Faile i jej towarzyszki dowiedzą się, że już czas skierować się ku tym bramom i górującym nad północną częścią miasta basztom fortecy. Może zajmowała się właśnie jakimiś obowiązkami, jeżeli Panny miały rację i więźniów traktowano tak jak gai’shain, ale dowie się i znajdzie sposób wymknięcia się do fortecy. Wraz z przyjaciółkami i Alyse zapewne również. Jakiekolwiek prowadziła intrygi wśród Shaido, Aes Sedai z pewnością nie zechce pozostać na polu bitwy. Przydałaby się druga siostra w fortecy. Światłości, spraw, żeby do tego nie doszło.