Ułożył sobie plany na wszelkie ewentualności, jakie potrafił przewidzieć, aż po całkowitą katastrofę, niemniej to nie była kowalska łamigłówka, niezależnie, jak by się chciało. Fantastycznie ukształtowane kawałki metalu kowalskiej łamigłówki mogły się poruszać tylko w jeden sposób. Wystarczyło go znaleźć i rozchodziły się — łamigłówka była ułożona. Ludzie potrafili zachowywać się na tysiąc rozmaitych sposobów, czasami niemożliwych do wyobrażenia, póki nie nastąpiły. Czy jego plany przydadzą się na cokolwiek, gdy Shaido zrobią coś nieprzewidzianego? A z niemalże całkowitą pewnością można było przyjąć, że tak będzie; wtedy pozostanie tylko nadzieja, iż wszystko nie zakończy się wzmiankowaną katastrofą. Z, ostatnim, tęsknym spojrzeniem na bramy Malden odwrócił się i wycofał na grzbiet wzgórza.
We mgle nie widział nawet na sto kroków, niemniej wśród drzew wkrótce znalazł Dannila Lewina. Szczupły, prawie chudy z wydatnym nosem i sumiastymi wąsiskami na tarabońską modłę, Dannil rzucał się w oczy nawet tam, gdzie ciemność utrudniała rozpoznanie czyjejkolwiek twarzy. Pozostali ludzie z. Dwóch Rzek skupili się za nim, sylwetki stojących dalej tonęły w mglistym tle. Większość przykucnęła lub usiadła na ziemi, korzystając z każdej chwili odpoczynku. Jori Congar próbował namówić kogoś na grę w kości, ale robił to dyskretnie, więc Perrin nie interweniował. I tak nikt nie chciał grać. Jori miał nadzwyczajne zupełnie szczęście.
Na widok Perrina Dannil spróbował się ceremonialnie ukłonić i mruknął:
— Mój panie. — Spędzał chyba zbyt dużo czasu z ludźmi Faile. Twierdził, że w ten sposób zdobywa ogładę, cokolwiek to miało znaczyć. Człowiek to nie kawałek drzewa, żeby go wygładzać.
— Upewnij się, że nikt się nie zachowa niczym wełnianogłowy idiota, jak ja przed chwilą. Bystre oko może z dołu wyłapać ruch pod szczytem i tamci wyślą ludzi na zwiady.
Dannil odkaszlnął dyskretnie, zasłaniając usta dłonią, Światłości, stawał się równie niemożliwy jak ci Cairhienianie i Tairenianie.
— Jak rozkażesz, mój panie. Nie pozwolę nikomu się wychylać.
— Mój panie? — z mgły dobiegł suchy głos Balwera.
— Ach, tutaj jesteś, mój panie. — Przed Perrinem zamajaczył cień chudy jak patyk, jego śladem podążały dwa nieco większa cienie, choć jeden z nich równie niski. Zatrzymał ich gestem uniesionej dłoni tak, że ich sylwetki nie zmaterializowały się do końca, sam podszedł bliżej.
— Masema urządził tam na dole niezłe przedstawienie, mój panie — oznajmił cicho, składając dłonie. — Uznałem, że mając na względzie okoliczności, najlepiej się stanie, jeżeli Haviar i Nerion nie będą się rzucać w oczy ani jemu, ani jego ludziom. Nie sądzę, aby ich podejrzewał. Ponieważ przekonany jestem, że wszystkich, których podejrzewał, dawno kazał pozabijać. Mimo to najlepiej postępować według zasady: Co z oczu, to z serca. Perrin poczuł, jak mu się zaciskają szczęki. Masema miał czekać za południowym wzgórzem razem ze swoją armią jeśli jego hałastra w ogóle zasługiwała na to miano. Porachował tych mężczyzn — oraz kilka kobiet, których też się doszukał — kiedy powłócząc nogami, przechodzili niespokojnie przez bramy stworzone przez dwóch Asha’manów i doliczył się dwudziestu tysięcy, co do człowieka. Masema zawsze dość enigmatycznie wyrażał się o liczebności swoich sił, a do ostatniego wieczoru Perrin nie miał okazji stwierdzić na własne oczy, jak się rzeczy mają. Obszarpani, brudni, nieliczni tylko w hełmach, o napierśnikach już nie wspominając — za to w każdej dłoni miecz, włócznia, topór, halabarda czy kusza i do kobiet się to też odnosiło. Wyznawczynie Masemy były znacznie gorsze niż jego wyznawcy, a to już coś o nich mówiło. Ta banda nadawała się zasadniczo tylko do terroryzowania ludzi i wymuszania na nich przysiąg wierności Smokowi Odrodzonemu — kolory zawirowały przed jego oczyma i pierzchły, przegnane gniewem — oraz mordowania ich, gdy odmówili. Dzisiejszy dzień przyniesie im szansę oddania życia w szlachetniejszym celu.
— Może już czas, żeby Haviar i Nerion na dobre odłączyli się od ludzi Masemy — powiedział.
— Jeśli taka twoja wola, mój panie, ale w mojej opinii wciąż są bezpieczni, oczywiście na tyle, na ile może być bezpieczny człowiek parający się ich zajęciem, poza tym sami chcą. — Balwer przechylił głowę, przez co stał się podobny do ciekawskiego wróbla na gałęzi. — Nie ulegli jego wpływom, jeśli tego się obawiasz, mój panie. Zawsze istnieje takie niebezpieczeństwo, gdy człowiekowi każe się udawać kogoś, kim nie jest, ale w tym wypadku od początku byłem wyczulony na ewentualne oznaki.
— Niech się trzymają blisko ciebie, Balwer. — Jeżeli szczęście dziś dopisze, to po wszystkim być może nie będzie żadnej poważniejszej armii Masemy, wymagającej szpiegowania. A może zniknie nawet kłopot, jakim był sam Masema.
Perrin zszedł po porośniętym krzakami przeciwległym stoku do miejsca, gdzie wśród mgły mayeniańscy i ghealdańscy lansjerzy czekali obok koni; lance z proporcami wsparli na ramionach albo wbili grotami w ziemię. Pomalowane na czerwono hełmy i napierśniki Skrzydlatej Gwardii zapewne nie rzucałyby się w oczy na grzbiecie wzgórza, ale z lśniącymi zbrojami Ghealdan rzecz miała się na odwrót, a ponieważ Gallenne i Arganda uskarżali się, że drugi traktowany jest lepiej, obaj czekali w tym samym miejscu. Mgła pokrywała spory kawał terenu — Neald twierdził, że tak właśnie miało być, jednak pachniał zaskoczeniem i zadowoleniem, kiedy zmaterializował się efekt jego wysiłków — więc kiedy Perrin dotarł na dół stoku, gdzie czekał szereg bryczek na wysokich kołach z zaprzęgami, wciąż poruszał się w szarym tumanie. Wokół drżały cienie sylwetek cairhieniańskich woźniców, sprawdzali uprzęże, zaciągali taśmy mocujące płócienne budy.
Masema czekał na niego, ale Perrin, który najchętniej z marszu zrobiłby mu jakąś krzywdę, ruszył w stronę Basela Gilla, którego przysadzistą postać wypatrzył przed momentem obok jednego z wozów. Wkrótce dostrzegł i Lini, owiniętą w ciemny płaszcz, i Breane otaczającą ramieniem w pasie Lamgwina, niezgrabnego służącego Perrina. Pan Gili zerwał z głowy swój kapelusz z szerokim rondem, odsłaniając siwiejące włosy bez skutecznie zaczesywane tak, aby przykryły łysinę na czubku głowy. Lini parsknęła i demonstracyjnie unikała spoglądania na Perrina, udając zaabsorbowanie kapturem płaszcza. Pachniała gniewem i strachem. Pan Gili pachniał tylko strachem.
— Czas już ruszać na północ, panie Gili — powiedział Perrin. — Kiedy dotrzesz do gór, pojedziesz wzdłuż nich, aż dotrzesz do Drogi Jehannah. Przy odrobinie szczęścia dogonimy cię, zanim znajdziesz się u podnóża gór; jeśli nie, wyślesz służących Alliandre do Jehannah, a sam skierujesz się na wschód przez przełęcz, potem zaś znowu skręcisz na północ. Będziemy cię gonić tak szybko, jak będziemy mogli. — Pod warunkiem, że cały plan się nie rozsypie. Światłości, był kowalem, nie żołnierzem. Ale w końcu nawet Tylee zgodziła się, że to dobry plan.
— Nie ruszę się z miejsca, póki nie będę pewna, że Maighdin jest bezpieczna — odezwała się Lini, kierując swoje słowa w mgłę, a głos jej dźwięczał jak żelazo. — I oczywiście lady Faile.
Pan Gili przesunął dłonią po czaszce.