— Źle się dzieje, że wykorzystujesz te bluźniercze kobiety do czynów, które tylko Lord Smok, niech będzie błogosławione jego imię, może czynić — powiedział Masema, a w jego głosie brzmiał ten żar, którego płomień w oczach skrywała mgła.
Kolory zawirowały w głowie Perrina i na moment zestaliły się w obraz Randa, Min oraz wysokiego mężczyzny w czarnym kaftanie, Asha’mana... A potem dreszcz przeszył go od stóp do głów. Rand stracił lewą dłoń! Nieważne. Co się stało, nie odstanie się. A dzisiaj miał inne sprawy na głowie.
— ...ponieważ jeśli znają Uzdrawianie — kontynuował Masema — tym trudniej będzie ich, dzikusów, powybijać. Szkoda, że nie pozwoliłeś Seanchanom wziąć wszystkich na smycz.
Zerknął z ukosa na Annourę i Masuri, z czego należało wnosić, że je również ma na myśli, mimo iż obie w tajemnicy nieraz go odwiedzały. Potraktowały rzecz całą z typowym spokojem Aes Sedai, choć smukła dłoń Masuri poruszała się tak, jakby kobieta chciała wygładzić brązowe spódnice. Wcześniej twierdziła, że zmieniła zdanie i uważa, iż Masemę należy zabić, czemu więc spotykała się z nim potajemnie? Dlaczego robiła to Annoura? Dlaczego Masema im pozwalał? Przecież nie żywił do Aes Sedai nic, prócz bezgranicznej nienawiści. Może wkrótce się wszystko okaże, skoro Haviar i Nerion nie musieli się już kryć.
Wśród Mądrych stojących za Masemą zapanowało poruszenie. Płomiennowłosa Carelle, wyglądająca, jakby posiadała wielki temperament, co było zresztą zupełnie złudne, naprawdę sięgnęła do rękojeści noża za paskiem, a Nevarin, która mogłaby Nynaeve uczyć wściekłości, ścisnęła swoją z całej siły. Masema powinien czuć te spojrzenia na swoich plecach, ale jego woń nie zmieniła tonacji. Choć szalony, nigdy nie był tchórzem.
— Chciałeś mówić z lordem Perrinem, mój lordzie Proroku — łagodnie powiedziała Berelain, choć Perrin czuł, że uśmiech na jej twarzy jest wymuszony.
Masema popatrzył na nią.
— Jestem prostym Prorokiem Lorda Smoka, a nie lordem, Lord Smok jest jedynym panem. Jego przyjście zerwało wszystkie więzi i odebrało znaczenie wszystkim tytułom. Królowie i królowe, panowie i damy są tylko prochem u jego stóp.
Wirujące kolory zatańczyły znowu, ale Perrin przegnał je ze swych myśli.
— Co ty tu robisz? — zapytał ostro. Z Masemą nie wolno było postępować łagodnie. Był nie do zdarcia, jak dobry pilnik. — Miałeś być ze swoimi ludźmi. Przybywając tutaj, ryzykowałeś, że ktoś cię zobaczy, a wracając, będziesz ryzykować znowu. Nie ufam twoim ludziom, nie wierzę, że zachowają dyscyplinę, nie mając nad sobą twojego bata. Uciekną gdy tylko zobaczą Shaido idących na nich.
— To nie są moi ludzie, Aybara. To są ludzie Lorda Smoka, —
Światłości, podczas rozmowy z Masemą te kolory będą wirować bez przerwy! — Zostawiłem dowództwo Nengarowi. Walczył w większej ilości bitew, niż tobie się śniła. Włączywszy w to spotkania z dzikusami. Wydałem też kobietom rozkaz, żeby zabiły każdego mężczyznę, który spróbuje uciec, i podałem do wiadomości, że będę ścigał każdego, który wymknie się im spod ręki. Będą się trzymać do ostatniego człowieka, Aybara.
— Mówisz tak, jakbyś nie miał zamiaru do nich wracać — powiedział Perrin.
— Pozostanę blisko ciebie. — Mgła kryła żar oczu Masemy, ale Perrin niemalże namacalnie czuł go na sobie. — Niedobrze by się stało, gdyby miało cię spotkać nieszczęście po tym, jak uratujesz żonę.
A więc już pewna część planów spełzła na niczym. No, może raczej nadzieja niźli część planów. Jeżeli wszystko pozostałe pójdzie zgodnie z przewidywaniami, wyrywający się z okrążenia Shaido przebiją się przez ludzi Masemy, nawet nie zwalniając kroku, Masema zaś, zamiast dostać włócznią Shaido pod żebra, będzie... miał na niego oko. Bez wątpienia straż przyboczną zostawił gdzieś niedaleko we mgle: dwustu zbirów lepiej uzbrojonych i na lepszych koniach niż reszta jego armii. Perrin nie patrzył na Berelain, ale woń jej niepokoju nasiliła się. Masema miał powody, żeby pragnąć śmierci ich obojga. Trzeba ostrzec Gallenne, że dziś jego główne zadanie będzie polegało na strzeżeniu Berelain przed ludźmi Masemy. A Perrin często będzie musiał oglądać się za siebie.
Daleko we mgle rozbłysło na moment srebrno-niebieskie światło, Perrin zmarszczył brwi. Na Grady’ego było jeszcze za wcześnie. Po chwili z mgły wyłoniły się dwie postacie. Jedną był Neald i choć raz nie kroczył niczym dumny paw. Po prawdzie utykał. Na twarzy gościł wyraz zmęczenia. Żeby sczezł, dlaczego marnuje w ten sposób siły? Towarzyszył mu młody Seanchanin w lakierowanej zbroi, z pojedynczym piórem na dziwacznym hełmie, który niósł pod pachą. Perrin rozpoznał w nim Gueye Arabaha, porucznika, o którym Tylee była jak najlepszego zdania. Dwie Aes Sedai zebrały suknie, jakby chciały się uchronić przed bodaj muśnięciem Asha’mana, choć w istocie tamci dwaj przeszli z dala od nich. Jeśli zaś o niego chodzi, zgubił krok, gdy znalazł się dostatecznie blisko, by ujrzeć wyraz ich twarzy. Perrin usłyszał, jak z wysiłkiem przełyka ślinę. Znienacka w jego woni pojawiła się nieśmiałość.
Arabah ukłonił się równocześnie Perrinowi i Berelain, na widok Masemy lekko zmarszczył brwi, jakby się zastanawiał, co taki obszarpaniec robi w porządnym towarzystwie. Masema wyszczerzył zęby i dłoń Seanchanina mimowolnie szarpnęła się do rękojeści miecza. Seanchanie byli naprawdę drażliwym narodem. Arabah nie tracił czasu:
— Generał sztandaru Khirgan przesyła pozdrowienia, mój panie, moja Lady Pierwsza. Morat’raken donoszą, że te oddziały Aielów przemieszczają się szybciej, niż oczekiwano, Dotrą tu dzisiaj, niewykluczone, że już w południe. Grupa zachodnia liczy może od dwudziestu pięciu do trzydziestu tysięcy, wschodnia jest o jedną trzecią większa. Mniej więcej połowa z nich nosi biel, poza tym muszą mieć ze sobą dzieci, niemniej to wciąż sporo włóczni, żeby mieć je za plecami. Generał sztandaru chce wiedzieć, czy nie czas, aby przedyskutować relokację sił. Zaproponowała wysłanie ci posiłków w sile kilku tysięcy altarańskich lansjerów.
Perrin skrzywił się. Przy każdym oddziale będzie przynajmniej trzy, cztery tysiące algai’d’siswai. Z pewnością sporo włóczni, których lepiej nie mieć za plecami. Neald ziewnął.
— Jak się czujesz, Neald?
— Och, jestem gotów zrobić, co będzie trzeba, tak właśnie, mój panie — odpowiedział tamten, a w jego głosie zabrzmiał cień dawnej energii.
Perrin pokręcił głową. Asha’mana nie można było prosić o stworzenie choć jednej bramy ponad rzeczywistą potrzebę. Już się modlił, żeby ich nie zabrakło.
— W południe będzie tu już po wszystkim. Powiedz generał sztandaru, że postępujemy zgodnie z planem. — I módl się, żeby wszystko zgodnie z planem poszło. Jednak nie dodał tego na głos.
Gdzieś we mgle zawyły wilki, niesamowitym głosem, który poniósł się wokół Malden. Właśnie się zaczęło.
— Idzie ci świetnie, Maighdin — wychrypiała Faile. Kręciło jej się w głowie, a gardło wyschło od nieustannego dodawania otuchy tamtej. Wszystkim to dokuczało. Wnosząc z kąta padania promieni słonecznych sączących się przez szczeliny nad głowami, był już późny ranek, przez większą część tego czasu bez przerwy mówiła. Spróbowały odszpuntować niezniszczone beczki, ale wino w środku okazało się tak kwaśne, że nie sposób było nawet umoczyć w nim ust. Od pewnego czasu zaczęły mówić na zmianę. Teraz ona siedziała obok złotowłosej pokojówki, a pozostałe odpoczywały pod tylną ścianą piwnicy tak daleko od pochylonego nawisu desek i belek, jak to tylko możliwe.