Выбрать главу

— Uratujesz nas, Maighdin.

Ponad nimi czerwona chusta była ledwie widoczna przez szczelinę w splątanym drewnie. Od jakiegoś czasu zwisała bezwładnie, chyba że akurat wiał wiatr. Maighdin nie odrywała od niej oczu. Jej brudna twarz lśniła od potu, oddychała ciężko jak po biegu. Nagle chustka znowu się wyprężyła i zaczęła kołysać — raz, dwa, trzy razy. Potem wiatr nią załopotał, znów obwisła. Maighdin patrzyła jak przedtem.

— To było piękne — ochryple pochwaliła Faile. Kobieta wyraźnie się męczyła. Między kolejnymi zakończonymi sukcesem próbami mijało coraz więcej czasu, same sukcesy też były coraz bardziej żałosne. — To było...

Nagle obok chustki pojawiła się czyjaś twarz, a czyjaś dłoń schwyciła czerwoną materię. Przez chwilę sądziła, że wszystko jej się mami. Twarz Aravine spod białego kaptura.

— Widzę ją! — krzyknęła z podnieceniem tamta. — Widzę lady Faile i Maighdin! Żyją! — W tle rozległy się uradowane głosy, wkrótce zostały uciszone.

Maighdin zachwiała się, jakby zaraz miała upaść, niemniej na jej twarzy wykwitł przepiękny uśmiech. Z tyłu dobiegły Faile odgłosy płaczu, jej samej chciało się łkać z radości. Znaleźli ich przyjaciele, a nie Shaido. Ucieczka jeszcze mogła się powieść.

Podniosła się, podeszła bliżej do nachylonego stosu poczerniałego drewna. W ustach wciąż miała sucho i mimo wysiłków ślina się nie pojawiała.

— Żyjemy — udało jej się wyskrzeczeć. — Jak, na Światłość, nas znalazłyście?

— Dzięki Therilowi, moja pani — odrzekła Aravine. — Ten łotr poszedł za tobą mimo wyraźnych zakazów i niech go za to Światłość błogosławi. Widział, jak Galina wychodzi, jak budynek się wali, pomyślał, że nie żyjecie. Usiadł i zaczął płakać. — Jakiś głos z tyłu zaprotestował ciężkim amadiciańskim akcentem, Aravine na moment odwróciła głowę. Wiem, kiedy ktoś płacze, gdy zobaczę jego oczy, chłopcze. powinieneś być wdzięczny, że w końcu przestałeś płakać. Kiedy zobaczył, jak chustka się porusza, moja pani, pobiegł po pomoc.

— Powiedz mu, że łez nie ma co się wstydzić — poradziła Faile. — Powiedz mu, że widziałam, jak mój mąż płakał, kiedy łzy były konieczne.

— Moja pani — z wahaniem zaczęła Aravine — on mówił, że Galina po wyjściu z domu zawaliła za sobą belkę. Że była ułożona jak dźwignia. Powiedział, że budynek się zawalił.

— Dlaczego miałaby to zrobić? — zapytała Alliandre Pomogła Maighdin wstać, a potem wesprzeć się na Faile. Lacile i Arrela przyłączyły się do nich, wciąż śmiejąc się przez łzy, Czoło Alliandre było jak chmura gradowa.

Faile skrzywiła się. Ile razy w ciągu ostatnich kilku godzin żałowała tamtego policzka? Galina obiecała! Może ta kobietą* była Czarną Ajah?

— Teraz to nieistotne. Tak czy siak, zadbam, by za to zapłaciła. — W jaki sposób, to już odrębna sprawa. W końcu Galina była Aes Sedai. — Aravine, ilu ludzi przyprowadziłaś Czy możesz...?

Mocne dłonie schwyciły Aravine za ramiona i odsunęły na bok.

— Dość gadania. — W szczelinie pojawiła się twarz Rolana, shoufą miał udrapowaną wokół ramion, welon zwisał na pierś. Rolan! — Jeśli będziesz tam stać, Faile Bashere, nie damy rady usunąć wszystkiego. I tak wszystko może się zawalić, zaraz jak zaczniemy. Idźcie na tył i skulcie się pod ścianą.

— Co ty tu robisz? — zapytała.

Rolan zachichotał. Zachichotał!

— Wciąż nosisz biel, kobieto. Rób, co mówię, w przeciwnym razie, gdy cię wydostanę, porządnie spiorę ci tyłek. A potem może osuszę łzy grą w pocałunki.

Wyszczerzyła zęby, mając równocześnie nadzieję, że weźmie to za uśmiech. Ale w kwestii konieczności odsunięcia się miał rację, więc poprowadziła towarzyszki po zasłanej drewnem podłodze na sam koniec piwnicy, gdzie przykucnęły pod ścianą. Z zewnątrz dobiegały przytłumione głosy, zapewne dyskutujące, jak zabrać się do usuwania ruin, nie zwalając sobie na głowy reszty budynku.

— Wszystko na nic — gorzko oznajmiła Alliandre. — jak sądzisz, ilu Shaido jest tam na górze?

Drewno zazgrzytało głośno, a potem z przeraźliwym jękiem nawis gruzu pochylił się jeszcze odrobinę. Głosy znowu wszczęły dyskurs.

— Nie mam pojęcia — odpowiedziała Faile. — Ale to z pewnością są wyłącznie Mera’din, a nie Shaido. — Shaido nie mieszali się z Pozbawionymi Braci. — W tym cała nasza nadzieja. — Rolan na pewno pozwoli jej odejść, gdy się dowie o Dairaine. Jasne, że pozwoli. A gdyby się upierał... W takim razie ona zrobi wszystko, co konieczne, żeby go przekonać. Perrin o niczym nie musi się dowiedzieć.

Drewno znowu zazgrzytało o drewno, po raz kolejny stos poczerniałych belek i desek pochylił się odrobinę.

Mgła całkowicie zakrywała słońce, ale Perrin oceniał, że musi być już późny ranek. Grady wkrótce tu będzie. Już powinien być. Jeżeli zmęczył się tak, że nie jest w stanie stworzyć następnej bramy... Nie, Grady przybędzie. Wkrótce. Ale w ramionach czuł takie napięcie, jakby przez cały dzień — dłużej! — pracował w kuźni.

— Mówię ci, wcale mi się to nie podoba — mamrotał Gallenne. W gęstej mgle czerwona przepaska na oko była tylko jeszcze jednym cieniem. Jego gniadosz o szerokiej piersi szturchnął go pyskiem w plecy, wyraźnie zniecierpliwiony, on w roztargnieniu poklepał go po karku. — Jeżeli Masema na prawdę chce zabić Lady Pierwszą, trzeba na miejscu się z nim rozprawić. Mamy przewagę liczebną. Pokonamy jego straż przyboczną w kilka minut.

— Głupiec — warknął Arganda, zerkając w prawo, jakby za zasłoną kłębiącej się szarości mógł dostrzec Masemę i jego ludzi.

W przeciwieństwie do Mayenianina włożył posrebrzany hełm z trzema grubymi, białymi piórami. I hełm, i napierśnik, odrabiany złotem oraz srebrem, lśniły od wilgoci kondensacji, Choć mgła dławiła światło, jego zbroja omalże świeciła. — Wydaje ci się, że możesz zabić dwustu mężczyzn bez żadnego odgłosu? Krzyki będzie słychać na przeciwległym wzgórzu Trzymaj swoją władczynię w otoczeniu dziewięciuset ludzi albo w ogóle ją stąd wyprowadź. Alliandre wciąż jest w tym przeklętym mieście, otoczona przez Shaido.

Gallenne zjeżył się, dłoń szukała rękojeści miecza, jakby chciał najpierw poćwiczyć na Argandzie, nim na koniec zajmie się Masemą.

— Dziś nie będziemy zabijać nikogo, tylko Shaido — zdecydowanie oznajmił Perrin. Gallenne odmruknął coś pod nosem, ale nie kłócił się. Wszakże pachniał niezadowoleniem, Konieczność ochrony Berelain nie pozwoli Skrzydlatej Gwardii wziąć udziału w bitwie.

Po lewej stronie pojawiła się pręga błękitnawego światła, również nieco przygaszona wszechobecną szarością, a napięcie w ramionach Perrina zelżało. Potem wśród mgły zamajaczyła sylwetka Grady’ego, szukał Perrina. Na jego widok przyspieszył kroku, widać jednak było, że idzie jak pijany. Za nim szedł Jeszcze ktoś, prowadząc za uzdę wysokiego karego ogiera. Perrin uśmiechnął się, po raz pierwszy od dawna.

— Dobrze cię widzieć, Tam — powiedział.

— Ciebie też dobrze widzieć, mój panie. — Tam al’Thor wciąż trzymał prosto szerokie ramiona, wydawał się gotów pracować od świtu do zmierzchu bez przerwy i tylko włosy posiwiały mu całkiem od czasu, gdy Perrin widział go po raz ostatni, a na szczerym obliczu przybyło kilka zmarszczek. Spokojnym wzrokiem objął Argandę i Gallenne. Ekstrawaganckie zbroje nie robiły na nim wrażenia.

— Jak ci idzie, Grady? — zapytał Perrin.