Выбрать главу

— Trzymam się, mój panie. — Głos dobywający się z pomarszczonej twarzy mówił o śmiertelnym zmęczeniu. Mimo łaskawości skrywającej mgły, wciąż wyglądał na starszego niż Tam.

— Cóż, kiedy już tu skończysz, dołącz do Mishimy. Chcę, żeby ktoś miał na niego oko. Pod czyimś spojrzeniem będzie na tyle nerwowy, żeby nie myśleć nawet o zmianie ustaleń. — Najchętniej kazałby Grady’emu podwiązać bramę. Najprościej byłoby zabrać Faile do Dwóch Rzek. Gdyby jednak wszystko poszło dziś źle, Shaido mieliby tam równie łatwą drogę.

— W moim obecnym stanie nie potrafiłbym pewnie zdenerwować kota, mój panie, ale zrobię, co mogę.

Spod zmarszczonych brwi Tam przyglądał się, jak Grady znika w szarej ćmie.

— Żałuję, że nie wybrałem innego sposobu na dotarcie tutaj — rzekł. — Jakiś czas temu podobni do niego ludzie odwiedzili Dwie Rzeki. Jeden nazywał się Mazrim Taim, a imię to wszyscy znaliśmy. Fałszywy Smok. Tylko, że teraz nosił czarny kaftan z fantazyjnymi haftami i kazał na siebie mówić M’Hael. Gadali na lewo i prawo o tym, że będą uczyć mężczyzn przenosić, o tej Czarnej Wieży — ostatnie słowa wymówił kwaśnym tonem. — Rada Wioski próbowała położyć temu kres, podobnie Koło Kobiet, ale skończyło się na tym, że uwiedli ze sobą ponad czterdziestu mężczyzn i chłopców. Dzięki Światłości, że pozostali posłuchali głosu rozsądku, ponieważ byłoby ich pewnie dziesięć razy tylu. — Spojrzał na Perrina. — Taim powiedział, że to Rand go wysłał. I że Rand jest Smokiem Odrodzonym. — W jego głosie brzmiała nuta niedowierzania może nadzieja, że to jednak nieprawda, może żądanie wyjaśnienia, dlaczego Perrin go o tym nie poinformował. Paleta barw zawirowała w głowie Perrina, ale odepchnął ją od siebie i udzielił odpowiedzi poprzez brak odpowiedzi. Co się stało, nie odstanie się.

— Nic tu nie można już zrobić, Tam. — Według Grady’ego i Nealda Czarna Wieża nie pozwalała odejść mężczyznom którzy raz stali się jej częścią.

W woni Tama pojawił się smutek, choć jego twarz nic nie zdradzała. Wiedział, jaki los czeka mężczyzn, którzy potrafili przenosić. Grady i Neald twierdzili wprawdzie, że męska połowa Źródła jest już czysta, lecz Perrin nie potrafił sobie wyobrazić, jak miało do tego dojść. Co było, przeszło. Trzeba było wykonywać robotę, jaką się otrzymało, podążać przeznaczoną sobie drogą i tyle. Nie ma sensu uskarżać się na pęcherze na rękach czy kamienie pod stopami.

Perrin kontynuował.

— To jest Bertain Gallenne, Lord Kapitan Skrzydlatej Gwardii, to Gerard Arganda, Pierwszy Kapitan Legionu Muru — Arganda niepewnie wzruszył ramionami. W Ghealdan to miano miało swoją wagę polityczną, a najwyraźniej Alliandre nie czuła się na tyle pewna swej pozycji, by ogłosić restytucję Legionu. Ale Balwer potrafił wyniuchać niejeden sekret. Dzięki temu akurat można było mieć pewność, że Arganda nie straci rozumu w szaleńczej próbie odbicia swej królowej.

— Gallenne, Arganda, to jest Tam al’Thor. Jest moim Pierwszym Kapitanem. Przyjrzałeś się mapie, Tam, znasz mój plan?

— Przyglądałem się jej, mój panie — odparł sucho Tam, — Oczywiście, przecież nie mógł postąpić inaczej. — Plan wygląda na dobry. Równie dobry jak każdy, do czasu, gdy zaczną fruwać strzały.

Arganda wsadził stopę w strzemię swojego deresza.

— Póki on jest twoim Pierwszym Kapitanem, mój panie, nie mam żadnych obiekcji. — Wcześniej miał ich mnóstwo. Ani on, ani Gallenne nie byli zadowoleni, że Perrin postawił kogoś nad nimi.

Na górze stoku rozległ się krzyk czarnoskrzydłego przedrzeźniacza. Alarm. Ponieważ krzyk był pojedynczy. W przypadku prawdziwego ptaka zostałby wielokrotnie powtórzony.

Perrin ruszył po stoku tak szybko, jak mógł. Arganda i Gallenne minęli go na swoich wierzchowcach, potem rozdzielili się — każdy kierował się do swoich ludzi — i zniknęli we mgle. Perrin dotarł na szczyt, zszedł po drugiej stronie. Dannil stał niemal na krawędzi mgły, patrzył w stronę obozu Shaido. Wskazał dłonią, niemniej powód alarmu był widoczny gołym okiem. Spora grupa algai’d’siswai wychodziła z obozu, jakieś cztery setki lub więcej. Shaido często wysyłali oddziały bojowe, a celem tego marszu było miejsce, gdzie stacjonował Perrin. Szli spokojnie, niedługo wszak dotrą na szczyt.

— Czas, żeby nas zobaczyli, Dannil — powiedział, odpinając płaszcz i odrzucając go na niski krzak. Później po niego wróci. Jeżeli będzie w stanie. Teraz tylko by mu zawadzał. Dannil ukłonił się nieznacznie, potem ruszył ku drzewom i w tym momencie pojawił się Aram, z mieczem w dłoni. Pachniał żądzą. Broszę spinającą płaszcz Perrin pieczołowicie schował do kieszeni. Dostał ją od Faile. Nie chciał zgubić. Jego palce natrafiły na skórzany rzemień, na którym zaznaczał węzłami każdy dzień jej niewoli. Wyciągnął go i nie patrząc, upuścił na ziemię. Tego ranka zawiązał ostatni węzeł.

Wsadził kciuki za szeroki pas, przy którym wisiał nóż i młot, żwawym krokiem wyszedł za barierę mgły. Aram kocim krokiem ruszył za nim, od razu przyjmując jedną z figur szermierczych. Perrin szedł swobodnym krokiem. Zaświeciło mu w oczy poranne słońce, faktycznie już w połowie drogi do południowego szczytu swej wędrówki przez nieboskłon. Wcześniej rozważał pomysł, by samemu wziąć wschodnie wzgórze, a ludźmi Masemy obsadzić to, w efekcie znalazłby się jednak dalej od bram miasta. Głupi powód, niemniej bramy wabiły go, jak magnes przyciąga żelazne opiłki. Poluzował ciężki młot w pętli przy pasie, potem nóż. Nóż miał klingę długą jak jego dłoń.

Widok dwóch mężczyzn, którzy z pozoru całkiem spokojnie szli w ich stronę, wystarczył, żeby zatrzymać Shaido. Cóż, może aż tak spokojnie nie szli, mając na względzie miecz Arama. Musieliby być ślepi, żeby nie dostrzec słońca błyszczącego w klindze. Pewnie zastanawiali się, czy nie mają przeciwko sobie szaleńców. Perrin przystanął w połowie drogi w dół stoku.

— Spokojnie — poinstruował Arama. — W ten sposób tylko się zmęczysz.

Tamten skinął głową mocno stanął na ziemi, nie odrywając wzroku od Shaido. Rozsiewał wokół woń łowcy, ścigającego niebezpieczną zwierzynę i zdecydowanego ją dopaść.

Po chwili kilku Shaido wolno ruszyło w ich stronę. Twarze mieli odsłonięte. Pewnie zakładali, że Perrina i Arama da się, przestraszyć. Wśród namiotów ręce już wskazywały dwóch głupców na stoku.

Odgłosy żołnierskich buciorów, parskania koni i stuku końskich kopyt sprawiły, że obejrzał się przez ramię. Najpierw z mgły wychynęli Ghealdanie Argandy w lśniących napierśnikach i hełmach, pod falującym sztandarem z trzema sześcioramiennymi srebrnymi gwiazdami Ghealdan, po nich Skrzydlata Gwardia w czerwonych zbrojach, prowadzona przez mayeńskiego złotego jastrzębia na polu białym. Między nimi Dannil ustawiał w potrójnym szeregu ludzi z Dwóch Rzek. Każdy miał przy pasie po dwa najeżone strzałami kołczany i wiązkę strzał, które po rozcięciu rzemieni wbili przed sobą w ziemię. Poza tym uzbrojeni byli tylko w miecze i krótkie miecze, ponieważ halabardy i inna broń drzewcowa zostały tego ranka na wozach, jeden z nich przyniósł też czerwony sztandar z wilczym łbem, który wszakże sterczał teraz zatknięty krzywo w ziemię za nimi. Nikt nie mógł sobie pozwolić, by być wyłącznie chorążym. Dannil też miał łuk.

Masema i lansjerzy jego straży przybocznej zajęli pozycję na prawej flance Skrzydlatej Gwardii, konie pod kiepskimi Jeźdźcami wyrywały się z szyku i przysiadały na zadach. Ich zbroje znaczyły brązowe plamki w miejscach, gdzie rdza została po prostu zeskrobana, zamiast odczyszczona porządnie. Masema znajdował się przed szykiem swoich żołnierzy, z mieczem przy boku, ale bez hełmu czy napierśnika. Nie, odwagi mu nie brakowało. Teraz wodził płonącym wzrokiem po szeregach Mayenian, gdzie Perrin ledwie potrafił dostrzec Berelain wśród lasu lanc. Wyrazu twarzy zobaczyć nie potrafił, ale wyobrażał sobie jej wciąż lodowatą minę. Gwałtownie protestowała przeciwko temu, że jej żołnierze mieli nie brać udziału w bitwie, musiał odwołać się do całych swych zapasów determinacji, by ją przekonać. Światłości, ta kobieta posunęła się prawie do sugestii, że sama chętnie poprowadziłaby szarżę!