Mądre i dwie Aes Sedai w towarzystwie Panien przejechały między formacjami Ghealdan i ludzi z Dwóch Rzek; wszystkie Panny miały długie paski czerwonej materii, obwiązane wokół ramion i nadgarstków. Nie dostrzegł oblicza Aviellin, ale wnioskując z ich liczby, musiała tam być, niezależnie, czy Uzdrawianie powiodło się do końca, czy nie. Zza czarnych welonów wyzierały tylko oczy, jednak niepotrzebny był mu widok twarzy ani ich woń, żeby wiedzieć, iż czują się urażone. Czerwone chustki potrzebne były po to, aby uniknąć pomyłek w ogniu bitwy, niemniej Edarra musiała mocno się napracować, żeby je zmusić do ich włożenia.
Zastukały bransolety ze złota i kości słoniowej, kiedy Edarra poprawiła ciemny szal na ramionach. Gładkie, ogorzałe od słońca policzki, które wyglądały na jeszcze ciemniejsze w kontraście z jasnymi włosami, nadawały jej pozór rówieśnicy Perrina i tylko błękitne oczy patrzyły z nieziemskim spokojem. Podejrzewał, że jest znacznie starsza, niż wygląda. Te oczy widziały niemało.
— Myślę, że wkrótce zaczniemy, Perrinie Aybara — oznajmiła.
Perrin pokiwał głową. Bramy miasta wzywały.
Nagłe pojawienie się prawie dwóch tysięcy lanc i ponad dwustu łuczników wystarczyło, by Shaido podnieśli zasłony i rozproszyli się po stoku; tymczasem z obozu nadciągały szerokim, nierównym szeregiem dalsze posiłki. Shaido wskazywali palcami, wskazywali włóczniami, co sprawiło, że znów obejrzał się za siebie.
Na stok wyszedł Tam na czele następnego zastępu ludzi z Dwóch Rzek z długimi łukami w dłoniach. Część rwała się do ludzi, którzy pierwotnie poszli za Perrinem — porozmawiać z braćmi, synami, kuzynami, przyjaciółmi — ale Tam im nie pozwolił, na karym wałachu truchtał wzdłuż czoła oddziału, póki nie ustawił go w potrójnym szyku na obu flankach kawalerii. Perrin dostrzegł Hu Barrana i jego równie chudego brata Tada, stajennych z gospody Winna Jagoda; Bara Dowtry’ego o kwadratowej twarzy, tylko o parę lat odeń starszego, który już. zdobył niejaką reputację wytwórcy szaf; wreszcie żylastego Thada Torfinna, który nadzwyczaj rzadko ruszał się ze swojej farmy, by odwiedzić Pole Emonda. Oren Dautry, chudy i wysoki, stał ramię w ramię z Jonem Ayellinem, który był przysadzisty i łysiejący, oraz Kevem Barstere; ten w końcu musiał się pewnie oderwać od matczynej spódnicy. Byli Marwinowie i al’Daisowie, al’Seenowie i Cole’owie, Thanowie i al’Caarowie, wreszcie Crawowie, mężczyźni ze wszystkich rodzin, jakie znał, mężczyźni, których nie znał, z całej okolicy Dwóch Rzek od Devon Ride aż po Wzgórze Czat i Taren Feny każdy o srogiej twarzy, obciążony dwoma kołczanami i garścią dodatkowych strzał. A wśród nich byli jeszcze inni ludzie, ludzie o miedzianej skórze, ludzie z półprzezroczystymi woalami, zasłaniającymi dolne partie twarzy, ludzie o jasnej karnacji, którzy w niczym nie przypominali mieszkańców Dwóch Rzek. Uzbrojeni byli oczywiście w krótsze łuki — całego życia ćwiczeń wymagało nauczenie się posługiwania długim łukiem z Dwóch Rzek — ale każde oblicze, które widział, nosiło ten sam wyraz determinacji co u jego rodaków. Cóż, na Światłość, robili tu ci cudzoziemcy? Wciąż z mgły wyłaniali się następni, aż w końcu formacja trzech długich szeregów liczyła ponad trzy tysiące ludzi, może nawet cztery.
Tam zjechał po stoku, zatrzymał się obok Perrina i przyjrzał puchnącym zastępom Shaido w dole. Potem odpowiedział na niezadane pytanie:
— Ogłosiłem zaciąg ochotników w Dwóch Rzekach, a potem wybrałem spośród nich najlepszych strzelców, w końcu zaczęli się zgłaszać również ci, którym udzieliłeś schronienia W wiosce. Mówili, że dałeś domy im i ich rodzinom i że teraz też są ludźmi z Dwóch Rzek. Niektóre z ich łuków nie niosą wiele dalej niż na dwieście kroków, ale wybrani przeze mnie trafiają w cel.
W dole stoku Shaido zaczęli rytmicznie uderzać włóczniami w tarcze z byczej skóry. Dum – dum – dum — dum! Dum – dum – dum — dum! Dum – dum – dum — dum! Odgłos niósł się jak grzmot. Strumień zamaskowanych postaci wybiegających z namiotów skurczył się do szeregu pojedynczych sylwetek, potem wojowników najwyraźniej zabrakło. Wychodziło na to, że do bitwy wyruszyli wszyscy algai’d’siswai. Przynajmniej taki był plan. Musiało ich być jakieś dwadzieścia tysięcy, albo prawie, a wszyscy łomotali w tarcze. Dum – dum – dum — dum! Dum – dum – dum — dum! Dum – dum – dum — dum!
— Po Wojnach z Aielami miałem nadzieję już nigdy nie usłyszeć tego dźwięku — powiedział Tam głośno, przekrzykując zgiełk. Faktycznie to mogło zagrać mężczyźnie na nerwach. — Wydasz komendę, lordzie Perrinie?
— Ty to zrób. — Perrin znowu poluzował młot w pętli, potem nóż. Jego spojrzenie uciekało od szeregów Shaido ku bramom miasta i ciemnemu masywowi fortecy. Tam była Faile.
— Wkrótce się okaże — rzekła Edarra. Chodzi oczywiście o napar. Jeżeli nie zaczekali dostatecznie długo, już po nich. Jej głos brzmiał wszakże całkowicie spokojnie. Wciąż przyczajony Aram zmienił pozycję, teraz obiema dłońmi trzymał uniesiony miecz.
Perrin słyszał okrzyki Tama, jadącego wzdłuż szeregu łuczników.
— Długie łuki, nasadzić strzały na cięciwy! Krótkie łuki, czekać, póki nie podejdą bliżej! Długie łuki, nasadzić strzały nu cięciwy! Krótkie łuki, czekać, póki nie podejdą bliżej! Nie naciągaj, głupcze! Sam wiesz najlepiej! Długie łuki...!
Poniżej jakaś czwarta część formacji Shaido zawróciła i truchtem pobiegła na północ równolegle do grzbietu, wciąż łomocząc w tarcze. Zamierzali okrążyć, a potem zaatakować z obu stron ludzi na stoku. Tylee nazwała to „manewrem oskrzydlającym”. Rytmiczne poruszenie przeszło przez pozostałych — Aielowie zatykali włócznie za uprzęże mocujące na plecach futerał łuku, przypinali tarcze do pasów, wyciągali łuki.
— Już wkrótce — mruknęła Edarra.
Spomiędzy namiotów poleciała w kierunku stoku kula ognista większa od głowy mężczyzny, potem kolejna, dwakroć taka, dalsze — cała salwa. Pierwsza leciała wysoko, by po chwili runąć w dół i eksplodować z wyciem sto kroków nad głowami. Jedna po drugiej pozostałe też eksplodowały, nie czyniąc nikomu krzywdy, za nimi jednak frunęły już następne płomienne pociski mknęły ku wzgórzu stałym strumieniem. Rozwidlone srebrne błyskawice spadały na ziemię z bezchmurnego nieba, wybuchając z ogłuszającym grzmotem wśród kaskad iskier tuż nad powierzchnią stoku.
— Jakichś piętnastu czy dwudziestu Mądrych nie wypiło twojego naparu — powiedziała Edarra. — W przeciwnym razie pozostałe już dołączyłyby do tamtych. Widzę, że przenosi tylko dziewięć kobiet. A wiem, że reszta musi być w namiotach. — Treść jego paktu z Seanchanami nie podobała jej się w takim samym stopniu, jak nie podobała się Aes Sedai, niemniej mówiła spokojnym głosem. Zgodnie z jej sumieniem, Shaido pogwałcili ji’e’toh do tego stopnia, że nie było pewne, czy dalej można ich zwać Aielami. W jej oczach pewnie stali się czymś, co należy wyciąć z ciała narodu, a ich Mądre stanowiły ognisko choroby, ponieważ na wszystko się godziły. Masuri odrzuciła rękę do tyłu, ale Edarra położyła jej dłoń na ramieniu.
— Jeszcze nie, Masuri Sokawa. Powiemy ci, kiedy. — Masuri posłusznie pokiwała głową, choć pachniała niecierpliwością.
— Cóż, ja osobiście czuję, że moje życie jest zagrożone — Zdecydowanym głosem oznajmiła Annoura, odchylając ramię do tyłu. Edarra popatrzyła na nią spokojnie, po chwili Aes Sedai opuściła rękę. Paciorki w licznych warkoczykach zastukały, kiedy odwróciła głowę pod spojrzeniem Mądrej. W jej woni pojawił się wyraźny niepokój. — Mogę jeszcze chwilę poczekać — wymamrotała.