Выбрать главу

Mknące po niebie kule ogniste wciąż eksplodowały w górze, błyskawice mknęły ku wzgórzu, ale Shaido nie czekali. Na czyjś okrzyk cały wielki oddział pobiegł truchtem po zboczu. Śpiewali, co sił w płucach. Perrin wątpił, by ktokolwiek na górze był w stanie usłyszeć więcej niż tylko ogłuszające wycie, ale w jego uszach słowa brzmiały wyraźnie. — Tamci śpiewali na głosy: Czyśćmy włócznie... ...kiedy słońce wysoko stoi. Czyśćmy włócznie... ...i gdy zachodzi nam.

Czyśćmy włócznie... ...kto śmierci się boi? Czyśćmy włócznie... ...nikt, kogo znam!

Zamknął uszy na te słowa, spróbował je całkowicie zignorować, a równocześnie jego spojrzenie powędrowało poza nacierającą masę zamaskowanych postaci ku bramom Malden. Magnes i żelazne opiłki. Sylwetki nacierających jakby zwolniły, choć wiedział, że tylko mu się wydaje. W chwilach takich jak ta wszystko działo się jakby wolniej. Ile jeszcze, zanim dotrą w zasięg strzału? Nie pokonali nawet połowy dystansu do grzbietu.

— Długie łuki, cel! Na rozkaz! — krzyczał Tam. — Długie łuki, cel! Na rozkaz!

Perrin pokręcił głową. Zbyt szybko. Za jego plecami jęknęły tysiące cięciw. Strzały przeszyły powietrze. Niebo poczerniało, Kilka sekund później poszła druga salwa, potem trzecia. Kule ogniste wypalały bruzdy w powodzi drzew, lecz wciąż tysiące strzał sypało się śmiertelnym gradem na szeregi Shaido. Oczywiście. Zapomniał uwzględnić różnicę wzniesień. Dzięki niej zasięg się nieco zwiększył. Tam bez wątpienia dostrzegł to od razu. Rzecz jasna, nie każdy grot trafiał w ciało. Wiele wbiło się w ziemię. Może połowa poraziła algai’d’siswai, przebijając ręce i nogi, przyszpilając ciała. Ale ranni Shaido nie zwolnili, mimo iż wielu musiało się podnosić z ziemi. Na polu zostały setki znieruchomiałych, druga salwa powaliła kolejne setki, podobnie trzecia, a leciała już piąta i szósta. Shaido wciąż biegli pochylając się, jakby w twarze siekł im deszcz, a kule ogniste i błyskawice ich Mądrych eksplodowały ponad głowami. Już nie śpiewali. Niektórzy unieśli łuki i wystrzelili. Strzała drasnęła lewe ramię Perrina, pozostałych nie doniosło. Niemniej było blisko. Jeszcze dwadzieścia kroków i...

Nagle od północy i południa dobiegł przeszywający głos rogów Seanchan, dokładnie w chwili, gdy pod stopami oskrzydlających oddziałów fontannami eksplodowała ziemia. Na ich głowy runęły włócznie światła. Damane stały głęboko pod osłoną drzew, ale i tak wykonywały straszną robotę. Kolejne, zlewające się w jedną eksplozje ognia i światła kładły ludzi pokotem. Algai’d’siswai nie mieli pojęcia, skąd idzie atak. Pobiegli w kierunku drzew, zbliżając się do swych zabójców. Niektóre z kul ognistych Mądrych Shaido poleciały z obozu nad las, gdzie stacjonowały, damane, kilka błyskawic liznęło czubki drzew, ale z równie mizernym skutkiem, co wcześniej na zboczu. Tylee twierdziła wprawdzie, że damane wykorzystuje się do wszelkiego rodzaju zadań, faktem pozostawało, że przede wszystkim były bronią a w roli zawiadowców tą bronią sul’dam sprawiały się równie świetnie.

— Teraz — powiedziała Edarra i ku Shaido poleciał deszcz ognistych kul. Mądre i Aes Sedai obiema rękoma wykonywały ruchy imitujące rzucanie, tak szybko jak tylko mogły, a za każdym razem czubki palców roniły ogniste kule. Wiele, rzecz jasna, eksplodowało zbyt blisko. Mądre Shaido zabrały się za obronę swoich ludzi. Ale algai’d’siswai znajdowali się już znacznie bliżej grzbietu wzgórza, więc czasu na reakcję było mniej. Kule ogniste wybuchały w szeregach nacierających, odrzucając ludzi na bok, wyrzucając w powietrze oderwane ręce i nogi. Z nieba spłynęły zęby srebrno-niebieskich błyskawic, większość trafiła w cel. Perrin poczuł, jak włosy jeżą mu się na przedramionach. Na głowie stają dęba. Powietrze trzeszczało od wyładowań.

Nie ustając w sianiu śmierci wśród atakujących, Edarra i pozostałe parowały ataki Mądrych Shaido, a przez cały ten czas luki z Dwu Rzek pracowały bez chwili przerwy. Wyszkolony łucznik potrafił wystrzelić dwanaście drzewców na minutę, teraz dystans był mniejszy. Shaido brakowało nie więcej niż dwieście kroków do dolnych partii grzbietu. Ich strzały wciąż padały przed Perrinem, z drugiej strony, łuki Dwóch Rzek na ten dystans już nie chybiały. Każdy łucznik na własną rękę wybierał cel, więc Perrin widział algai’d’siswai naszpikowanych dwiema, trzema, a nawet czterema strzałami.

Żywe ciało ma ograniczoną wytrzymałość. Atak Shaido zaczął się załamywać. Nie wycofali się. Nie miało to też nic wspólnego z bezładną ucieczką. Wielu wciąż strzelało w góra stoku, mimo iż wiedzieli, że strzały nie doniosą. W pewnym momencie odwrócili się jak na komendę i pobiegli, próbując prześcignąć strzały Dwóch Rzek — gonił za nimi deszcz ognia i błyskawic. Na widok wyjeżdżającej spośród drzew tysięcznej tyraliery lansjerów oddziały oskrzydlające też zrezygnowały z ataku. Kawaleria postępowała wolno naprzód a ogień i błyskawice dręczyły Shaido.

— Szeregami! — krzyknął Tam. — Trzy kroki naprzód i salwa!

— Naprzód stępa — wrzasnął Arganda.

— Za mną! — wydarł się Masema.

Perrin miał iść na czele atakujących w ich tempie, ale nie potrafił się powstrzymać i szedł coraz szybciej. Bramy go wzywały. Krew zawrzała mu w żyłach. Elyas twierdził, że to naturalne uczucie, gdy życie jest zagrożone, ale jakoś trudno mu było zrozumieć. Pewnego razu o mało nie utopił się w Wodnym Lesie i nie czuł nic porównywalnego z dreszczem, który przeszywał go obecnie. Za plecami ktoś wykrzyknął jego imię, ale on już biegł, przyspieszając. Dobył młot z pętli przy pasie, lewą dłonią ujął nóż. Zdał sobie sprawę, że Aram jest tuż za nim, nie zastanawiał się nad tym długo, bo myślał już o bramach miasta i Shaido, stojących między nim a Faile. Ogień, błyskawice i strzały sypały się na nich jak grad, już nie odpowiadali własnymi strzałami, choć często oglądali się przez ramię. Wielu prowadziło rannych, powłóczących nogami, ściskających ranione boki, z których sterczały drzewce strzał Dwóch Rzek, więc powoli ich doganiał.

Znienacka sześciu zamaskowanych mężczyzn odwróciło się, schwyciło włócznie i ruszyło biegiem na niego i Arama. Nie użyli łuków, więc zapewne nie mieli już strzał. Słyszał opowieści o czempionach, ludziach, którzy w pojedynczej walce decydowali o wyniku bitwy między dwiema armiami, umawiającymi się wcześniej zastosować do wyniku walki. Aielowie nie znali takich opowieści. Mimo to nie zwolnił. Jego krew była ogniem. On był ogniem.

Drzewce strzały Dwóch Rzek trafiło jednego z Shaido w pierś, a gdy padał, trzech następnych otrzymało po co najmniej tuzinie strzał. W jednej chwili wszakże on i Aram znaleźli się zbyt blisko pozostałej dwójki. Tylko najlepsi mistrzowie mogli się pokusić o tego rodzaju strzał, nie ryzykując trafienia jego lub Arama. Aram pobiegł ku jednemu z Shaido krokiem lekkim, jakby tańczył, klinga wirowała w powietrzu zamazaną smugą... nie było czasu, by przyglądać się cudzej walce. Zamaskowany mężczyzna o głowę wyższy od Perrina pchnął krótką włócznią trzymaną prawie tuż u podstawy ostrza. Perrin zablokował cios ostrzem noża, zamachnął się młotem. Shaido próbował wziąć cios na tarczę, ale Perrin zdążył nieco zmienić trajektorię uderzenia i usłyszał, jak kości przedramienia tamtego pękają pod ciosem dziesięciu funtów stali z wymachu kowalskiego ramienia. Był już wewnątrz strefy operowania włóczni, więc nie zwalniając, podciął nożem gardło przeciwnika. Trysnęła krew, Aiel upadł, a on znowu biegł, nie oglądając się. Musiał dotrzeć do Faile. Ogień w żyłach, ogień w sercu. Ogień w głowie. Nikt i nic nie stanie między nim a Faile.