— Wracamy na Ziemię Trzech Sfer — oznajmiła Therava. — Wyślemy posłańców do wszystkich szczepów i nakażemy im porzucić gai’shain z mokradeł, porzucić wszystko, co trzeba, i wrócić ukradkiem na Ziemię Trzech Sfer. Odbudujemy nasz klan. I wtedy Shaido podniosą się z katastrofy, którą sprowadziła na nas Sevanna.
— To potrwa pokolenia! — protestowała Modarra. Szczupła i ładna, mimo iż wyższa od Theravy, wyższa od większości mężczyzn Aielów, bez zmrużenia oka stawiła czoło Theravie. Galina nie potrafiła pojąć, jak to możliwe. Ona sama pod jednym spojrzeniem tamtej kuliła się ze strachu.
— Niech potrwa pokolenia — zdecydowanie odrzekła, Therava. — Poczekamy tyle, ile będzie trzeba. I nigdy już nie opuścimy Ziemi Trzech Sfer. — Objęła spojrzeniem Galinę. A ta skuliła się w sobie. — Nigdy już tego nie dotkniesz oznajmiła Therava, unosząc na moment różdżkę. — I nigdy więcej nie spróbujesz ucieczki. Ma silny grzbiet. Obładujcie ją i ruszajmy. Mogą nas ścigać.
Obciążona workami z wodą naczyniami i garnkami, Galina czuła się niemal przyzwoicie odziana. Chwiejącym się krokiem szła przez las śladem Theravy. Nie myślała już o różdżce ani o ucieczce. Coś w niej pękło. Była Galiną Casban, Najwyższą z Czerwonych Ajah, która zasiadała w Najwyższej Radzie Czarnych Ajah, a teraz na resztę życia zostanie zabawką Theravy. Będzie jej małą Liną. Przez resztę życia. Wiedziała, że nic już nie odmieni jej losu. W całkowitej ciszy łzy spływały jej po twarzy.
31
Dom na ulicy Pełni Księżyca
Muszą się trzymać razem — oświadczyła stanowczo Elayne. — Wy dwie też nie możecie wychodzić samopas, jeśli o to idzie. W każdym miejscu Caemlyn zawsze muszą być trzy albo cztery razem. To jedyny sposób, żebyście były bezpieczne. — Świeciły się tylko dwie ze stojących lamp z odblaśnikami. Sześć płomieni wypełniało salon przyćmionym blaskiem i zapachem lilii. Jakość oliwy, którą napełnia się lampy, zdążyła się tak dalece pogorszyć, że obecnie zawsze już ją perfumowano, lecz ogień, trzaskający w kominku, właśnie zaczął przeganiać zimno wczesnej porannej godziny.
— Są chwile, kiedy kobieta potrzebuje odrobiny prywatności — odrzekła Sumeko ze spokojem, tak jakby dopiero jej kolejna Kuzynka nie umarła z potrzeby prywatności. Głos jej, oględnie mówiąc, był spokojny, jednak pulchne dłonie gładziły fałdy ciemnoniebieskich spódnic.
— Jeśli sama nie nauczysz ich lęku przed Światłością, Sumeko, ja to zrobię — powiedziała Alise, a jej łagodna zazwyczaj twarz przybrała wyraz zatroskania. Z obydwu ona wyglądała na starszą, jeśli porównać włosy przeplatane pasemkami siwizny z lśniącą czernią włosów sięgających poniżej masywnych ramion Sumeko, jednak była młodsza o dobre dwieście lat. Gdy padło Ebou Dar, nieustraszona Alise musiała uciekać przed Seanchanami, mimo to jej ręce równie nerwowo wygładzał y brązowe spódnice.
Dawno minęła pora pójścia na spoczynek, którą oznajmiła siostrzenica Melfane, Essande, lecz pomimo towarzyszącego jej bezustannie znużenia, Elayne, skoro raz się obudziła, nie mogła już zasnąć i nie pomagało gorące kozie mleko. Gorące smakowało gorzej niż zimne. Zamierzała zmusić przeklętego Randa al’Thora, aby pił ciepłe kozie mleko, aż zacznie wylewać mu się uszami! Zaraz po tym, jak przekona się, co tak mocno go zraniło, że odczuła niewielkie szarpnięcie bólu, mimo iż cała reszta tego, co było nim, czyli ten mały supeł w głębi głowy, pozostała niewzruszona niczym kamień. Od tamtej chwili był znowu tylko niewzruszonością kamienia, więc wszystko z nim w porządku, ale wcześniej odniósł poważną ranę, skoro cokolwiek poczuła. Dlaczego tak często Podróżował? Pewnego dnia był daleko na południowym wschodzie, następnego na północnym zachodzie, tylko jeszcze dalej, kolejnego zupełnie gdzie indziej. Może uciekał przed tym, kimkolwiek był, kto go zranił? Ale teraz miała wszak własne zmartwienia.
Dręczona bezsennością niespokojna, ubrała się w pierwszą rzecz, jaka wpadła jej w ręce — był a to ciemnoszara suknia do jazdy konnej — i wyszła na spacer, aby rozkoszować się ciszą pałacu o wczesnej porannej godzinie, kiedy nawet służba leżała w łóżkach, zaś migoczące płomienie stojących lamp były jedynym oprócz niej ruchem w korytarzach. Oczywiście nie należało zapominać o straży przybocznej, ale powoli przestawała zwracać uwagę na ich obecność. Cieszyła się samotnością, aż znalazły ją dwie kobiety i przekazały smutną wiadomość, z którą w przeciwnym razie musiałyby zaczekać aż do wschodu słońca. Zaprowadziła je do mniejszego salonu, aby przedyskutować tę kwestię za osłonami chroniącymi przed podsłuchem.
Sumeko poprawiła obfite ciało w fotelu i wlepiła wściekłe spojrzenie w Alise.
— Reanne pozwala ci posuwać się za daleko, niemniej jako Najstarsza oczekuję...
— Nie jesteś Najstarsza, Sumeko — oznajmiła chłodno drobniejsza z kobiet. — Cieszysz się tu poważaniem, lecz zgodnie z Regułą, Kółko Dziewiarskie składa się z trzynastu najstarszych w Ebou Dar. Nie jesteśmy już w Ebou Dar, więc nie ma żadnego Kółka Dziewiarskiego.
Krągła twarz Sumeko skrzepła w blok granitu.
— Przynajmniej przyznajesz, że cieszę się autorytetem.
— I spodziewam się, że go użyjesz, aby zapobiec zabójstwom kolejnych z nas. Same sugestie to nie wszystko, Sumeko, jakkolwiek silne by ci się wydawały. To nie wszystko.
— Spory zaprowadzą nas donikąd — rzekł a Elayne. Wiem, że powoli zaczynacie wychodzić z siebie. Ja też. Światłości, trzy kobiety zabite Jedną Mocą w przeciągu ostatnich dziesięciu dni i bardzo prawdopodobne, że wcześniej jeszcze siedem. Wystarczy, żeby kowadło wyszło z siebie. Ale wzajemne warczenie na siebie to najgorsze, co możemy zrobić. Sumeko, musisz tupnąć nogą. Nie obchodzi mnie, ile która potrzebuje prywatności, żadna ani na minutę nie może pozostać sama. Alise, wykorzystaj swoją siłę perswazji. — Perswazja nie była najwłaściwszym słowem. Alise nie posługiwała się perswazją. Po prostu oczekiwała, że ludzie wykonają to, co powiedziała, i niemal zawsze tak robili. — Przekonaj pozostałe, że Sumeko ma rację. Z was dwóch to ty musisz...
Drzwi się otworzyły, do środka weszła Deni, zamknęła je z powrotem, ukłoniła się. Jedna ręka spoczywał a na rękojeści miecza, druga trzymała długa pałkę. Pokryte czerwonym lakierem napierśniki oraz hełmy ozdobione bielą dotarły zaledwie wczoraj, masywna kobieta zaś śmiała się bezustannie od chwili, gdy wdziała na siebie własny hełm i napierśnik. Teraz jednak twarz wyglądająca spoza kratownicy hełmu przybrała poważny . wyraz.
— Wybacz mi, że przeszkadzam, moja pani, ale pewna Aes Sedai pragnie się z tobą widzieć. Czerwona, sądząc po jej szalu. Powiedziałam, że bardzo prawdopodobne, iż śpisz, gotowa była jednak wejść i sama cię zbudzić.
Czerwona. Od czasu do czasu nadchodziły raporty o Czerwonych w mieście, choć nie tak często jak niegdyś — większość Aes Sedai chodziła po mieście bez szali, ukrywając swe Ajah — jednak czego niby Czerwona mogła od niej chcieć? Chyba że któraś w końcu postanowiła zmusić ją do wzięcia na siebie odpowiedzialności za ten targ z Ludem Morza.
— Powiedz jej, że jestem...
Drzwi otworzyły się znowu, uderzając Deni w plecy tak mocno, że musiała ustąpić z drogi. Kobieta, która weszła do środka, odziana była w szal utkany w deseń winorośli, udrapowany wzdłuż ramion tak, iż odsłaniał się przepych długich, czerwonych frędzli; wysoka i szczupła, miała skórę miedzianej barwy. Mogła uchodzić za ładną, z tym wyjątkiem, że zaciskała usta, a pełne wargi wydawały się wąskie. Jej suknia do konnej jazdy była tak ciemna, że niemal czarna, mimo to blade światło lamp z odblaśnikami wyławiało czerwienie, spódnice zaś zdobiły czerwone rozcięcia. Duhara Basaheen nigdy nie czyniła ładnej tajemnicy ze swoich Ajah. Niegdyś Sumeko i Alise z miejsca skoczyłyby na równe nogi, błyskawicznie składając pokłon przed Aes Sedai, teraz jednak nie ruszyły się z miejsca, śledziły ją spojrzeniem. Deni, zazwyczaj łagodna, przynajmniej na pozór, rzuciła gniewne spojrzenie i zaczęła muskać palcami pałkę.