Выбрать главу

Trzy maszty oznaczały namiot dowodzenia. Wysoki, na modłę cyrkową, z jasnego płótna i z otworami wentylacyjnymi przy szczycie, które mogły służyć za dymniki. Teraz nie wydobywał się z nich żaden dym, ponieważ poranek był jedynie umiarkowanie chłodny, choć słońce wisiało jeszcze nisko nad horyzontem. Z jednego masztu zwisał smętnie Sztandar Imperialny, kryjąc w swych fałdach złotego jastrzębia w locie, ściskającego w szponach błyskawicę. Zdarzali się dowódcy, którzy zawieszali go na poprzeczce, żeby zawsze prezentował się okazale, ale w opinii Furyka była to nadmierna ostentacja. Pozostałe sztandary na niższych masztach z pewnością były godłami regimentów żołnierzy.

Przed frontem namiotu Karede zsiadł z konia i zdjął hełm. Kapitan Musenge poszedł za jego przykładem, spod hełmu ukazała się zacięta twarz. Pozostali również zsiedli, żeby dać koniom odpocząć, i zostali przy zwierzętach. Ogirscy Ogrodnicy wsparli się na długich drzewcach toporów z czarnymi chwostami. Wszyscy wiedzieli, że nie zabawią tu długo.

— Nie dopuść, żeby ludzie wpakowali się w jakieś kłopoty — poinstruował Musengego. — Jeżeli wiąże się to ze ścierpieniem zniewagi, niech tak będzie.

— Zniewag byłoby mniej, gdybyśmy paru usiekli — mruknął Musenge. W Straży Skazańców służył dłużej nawet niż Karede, choć w jego czarnych włosach nie było jeszcze śladu siwizny, a zniewagi pod adresem Imperatorowej, oby żyła wiecznie, znosił nie bardziej cierpliwie niż te pod adresem Straży.

Palcem grubym jak kiełbaska Hartha podwinął długie siwe wąsiska. Pierwszy Ogrodnik, dowódca wszystkich Ogirów w straży przybocznej Wysokiej Lady Tuon, wzrostem prawie dorównywał człowiekowi siedzącemu w siodle, a i barczysty też był strasznie. W jego czerwono-złotej lakierowanej zbroi było dość żelaza na trzy lub cztery ludzkie zbroje. Wyraz twarzy miał równie ponury jak Musenge, niemniej głęboki głód napawał całkowitą ufnością. Ogirowie zawsze zachowywali spokój, ogień bitwy był jedynym wyjątkiem. Wtedy stawali się spokojni jak sroga zima w Jeranem.

— Gdy już uratujemy Wysoką Lady, będziemy mogli zabić, ilu nam się spodoba, Musenge.

Przywołany do porządku Musenge zarumienił się, wstydząc, że go poniosło.

— Gdy już ją uratujemy... — zgodził się.

Karede przeszedł przez te wszystkie lata zbyt surową szkołę dyscypliny — zarówno z ręki własnej, jak swych nauczycieli — żeby pozwolić sobie na westchnienie, ale gdyby nie należał do Straży Skazańców, z pewnością by westchnął. Nie dlatego, że Musenge miał ochotę kogoś zabić i było mu właściwie wszystko jedno kogo. Raczej dlatego, że zniewagi, jakie bez słowa znosił przez ostatnie tygodnie, zmęczyły go w równym stopniu, co Musengego i Harthę. Ale Straż robiła wszystko, co konieczne, żeby wypełnić zadanie, a jeśli to oznaczało cierpli, we znoszenie ludzi, którzy pluli na widok zbroi w barwach czerwieni i ciemnych zieleni (przez większość zresztą mylnie postrzeganej jako czerń) lub ośmielali się w jego obecności mruczeć o spuszczonych oczach, to trzeba było to znosić. Liczyło się tylko odnalezienie i uratowanie Wysokiej Lady Tuon. Wszystko inne miało, wobec tego zadania, charakter nieważnego drobiazgu.

Z hełmem pod pachą wszedł do namiotu, gdzie nad wielką mapą rozłożoną na składanym stole polowym zastał zapewne większość oficerskiego korpusu obozu. Połowa miała płytowe napierśniki polakierowane w pionowe, czerwone i niebieskie pasy, druga połowa w czerwone i żółte. Kiedy wszedł, wyprostowali się i wgapili w niego wszyscy — ludzie z Khoweal i Dalenshar o skórze czarniejszej niż węgiel, złotobrązowi ludzie z N’Kon, jasnoskórzy ludzie z Mechoacan, jasnoocy ludzie z Alqam, ludzie ze wszystkich stron Imperium. W ich oczach nie było śladu ostrożności, często zabarwionej podziwem, do której przywykł, tylko coś, co pewnie należało określić mianem spojrzeń rzucających wyzywanie. Wychodziło na to, że wszyscy wierzyli w haniebne plotki o udziale Straży w aferze z dziewczyną podszywającą się pod Wysoką Lady Tuon i dokonującą przymusowego zajęcia złota oraz klejnotów kupców. Zapewne wierzyli też w tę drugą, szeptem tylko opowiadaną historię o dziewczynie, historię, która nie tylko była haniebna, ale naprawdę przerażająca. Nie. Gdyby Wysokiej Lady groziło cokolwiek ze strony Zawsze Zwycięskiej Armii, byłoby to bardziej niż przerażające. Należałoby uznać, że świat oszalał.

— Furyk Karede — przedstawił się chłodno. Ręka sama się rwała do rękojeści miecza. Tylko dyscyplinie zawdzięczał, że spokojnie zwisała przy boku. Dyscyplinie i poczuciu obowiązku. Z poczucia obowiązku nadstawiał się na ciosy miecza. Zniesie również zniewagi. — Chcę mówić z dowódcą obozu.

Przez dłuższą chwilę panowała niczym niezmącona cisza.

— Wyjdźcie wszyscy — jakiś wysoki chudzielec warknął ostrym akcentem z Dalenshar. Pozostali zasalutowali, porwali hełmy z drugiego stołu i pojedynczo zaczęli wychodzić z namiotu. Jemu nikt nie zasalutował. Prawa dłoń zadrgała raz, czując wręcz w swym wnętrzu fantomową rękojeść miecza, mimo to pozostała nieruchoma. — Gamel Loune — przedstawił się tamten. Brakowało mu górnej części prawego ucha, spod kręconych, czarnych włosów prześwitywała gruba, biała blizna, tu i tam na czerepie można było domyślać się innych blizn. — Czego chcesz? — W słowach ledwie pobrzmiewało zaniepokojenie. Twardy człowiek, panujący nad sobą. Nie mógł być inny, skoro miał trzy czerwone pióra na hełmie wiszącym na stojaku z bronią. Słabi, nie panujący nad sobą ludzie nie osiągali rangi generała sztandaru. Karede podejrzewał, że Loune w ogóle chce z nim rozmawiać tylko z powodu trzech czarnych piór na jego hełmie.

— Nie mam zamiaru ingerować w proces dowodzenia. — Loune miał powody obawiać się tego. Stopnie Straży Skazańców liczyły się odrobinę wyżej w starszeństwie nad odpowiednikami w innych formacjach. Mógłby przejąć dowództwo od tamtego, gdyby było trzeba, choć później musiałby się tłumaczyć. I podać naprawdę dobre powody, ponieważ w przeciwnym razie dałby głowę.

— Jak rozumiem, w tej części Altary zdarzały się ostatnio.., pewne trudności. Chcę wiedzieć, co mnie czeka po drodze.

Loune odmruknął:

— Trudności. To jak najbardziej właściwe słowo.

Do namiotu wszedł krępy mężczyzna w prostym, brązowym kaftanie z wąską, wystrzyżoną w szpic brodą, niosąc ciężką, mocno rzeźbioną drewnianą tacę, na której stał srebrny dzbanek i dwie solidne, białe czarki z rodzaju tych, które nie tłuką się łatwo podczas transportu wozem. Powietrze wypełnił zapach świeżo sparzonej kaf.

— Pańska kaf, generale sztandaru. — Postawił tacę na skraju stołu z mapą, ostrożnie napełnił jedną czarkę ciemną cieczą, równocześnie kątem oka obserwując Karede. Sporo już posunięty w latach jak na czynną służbę, przy pasie miał dwa długie noże, a na dłoniach odciski nożownika. Karede wyczul w nim powinowatego Ajimbury, choć duchem, nie krwią. Te ciemne, brązowe oczy nigdy tak naprawdę nie zapomniały widoku Wzgórz Kaensada. — Czekałem, aż pozostali wyjdą, ponieważ prawie nic już nie zostało. Nie wiem, skąd mam zdobyć więcej, naprawdę nie wiem.