— Napijesz się kaf Karede? — Niechęć Loune’a była wyraźna, ale zaproponować musiał. Za zniewagę Karede musiałby go zabić. Albo przynajmniej tak się tamtemu wydawało.
— Z przyjemnością — odparł Karede. Położył hełm obok tacy, zdjął nabijane żelazem rękawice i ułożył przy hełmie.
Służący napełnił drugą czarkę, potem ruszył w kierunku rogu namiotu, ale zatrzymał go głos Loune’a:
— To wszystko. Dziękuję, Mantual.
Krępy mężczyzna zawahał się, spojrzał na Karedego, lecz w końcu ukłonił się Loune’owi, dotknął czubkami palców oczu i warg, wreszcie wyszedł.
— Mantual zachowuje się wobec mnie nadopiekuńczo — wyjaśnił Loune. Wyraźnie nie miał ochoty na żadne wyjaśnienia, ale znowu chciał uniknąć czegoś, co mogłoby wyglądać na otwartą zniewagę. — Dziwny człowiek. Całe lata temu przykleił się do mnie w Pujili, a potem intrygował, póki nie został moim ordynansem. Sądzę, że pozostałby u mnie, nawet gdybym przestał mu płacić. — Tak, zaiste, to ktoś jak Ajimbura.
Przez jakiś czas tylko popijali kaf, balansując czarkami na czubkach palców i ciesząc się cierpką goryczą. Smakowała jak napar z prawdziwych ziaren z Gór Ijaz, co znaczyłoby, że jest bardzo droga. Własny zapas czarnych ziaren Karedego, z pewnością nie mających nic wspólnego z Górami Ijaz, skończył się tydzień temu i sam był zaskoczony, jak mu brakowało kaf. Zawsze uważał, że w potrzebie jest w stanie obyć się właściwie bez wszystkiego. Po wypiciu pierwszych czarek Loune napełnił następne.
— Miałeś mi opowiedzieć o tych trudnościach. — Karede przeszedł od razu do rzeczy, ponieważ po poczęstunku rozmowa o konkretach nie była już niegrzecznością. Zawsze starał się być grzeczny wobec tych, których zamierzał zabić, poza tym grubiaństwo mogłoby zasupłać tamtemu język.
Loune odstawił czarkę i wsparł się pięściami o stół, spod zmarszczonych brwi patrząc w mapę. Na obszarze całej mapy znajdowały się czerwone trójkąty z wbitymi w nie małymi papierowymi flagami — maszerujące oddziały Seanchan; czerwone gwiazdki oznaczały garnizony. Po całym obszarze rozsiano małe, czarne kręgi oznaczające miejsca starć, co jednak było dziwne, nigdzie nie było białych kręgów znamionujących siły wroga. Nigdzie.
— W ciągu ostatniego tygodnia — powiedział Loune — mieliśmy do czynienia z czterema poważnymi starciami i ponad sześćdziesięcioma zasadzkami, potyczkami i rajdami, spośród których parę było też dość poważnych, a wszystko to na obszarze trzystu mil. — Czyli obejmującym prawie całą mapę, Loune mówił z niejakim trudem. Wyraźnie było słychać, że gdyby miał wybór, nie powiedziałby nic. Starszeństwo o pół stopnia nie pozostawiało mu wszakże żadnego wyboru. — Po stronie przeciwnika musi uczestniczyć w tej operacji od sześciu do ośmiu odrębnych armii. W nocy po pierwszym poważnym starciu miało miejsce osiem rajdów przeprowadzonych znacznymi siłami, a wszystkie w promieniu czterdziestu do pięćdziesięciu mil od miejsca bitwy. Nie są to też małe armie, przynajmniej razem wzięte, ale nie potrafimy ich znaleźć i nikt nie ma bladego pojęcia, skąd się wzięły. Kimkolwiek są, mają ze sobą damane, to znaczy te ich Aes Sedai, a może nawet tych przeklętych Asha’manów. Ludzi rozrywały eksplozje, które według naszych damane nie były wywołane Mocą.
Karede upił łyk kaf. Tamten nie myślał. Jeżeli wróg miał Aes Sedai i Asha’manów, wówczas mógł jednym krokiem pokonać takie odległości, jakie chciał, dzięki tej ich sztuczce, zwanej Podróżowaniem. Z drugiej strony, jeśli było ich na to stać, dlaczego jednym krokiem nie znaleźli się w bezpiecznym miejscu wraz ze swoją ofiarą? Może nie wszystkie Aes Sedai i nie wszyscy Asha’mani potrafili Podróżować, to jednak natychmiast rodziło następne pytanie. Dlaczego wysłali tych, którzy nie potrafią? Może jedynymi Aes Sedai były damane ukradzione z Pałacu Tarasin. Wedle doniesień żadna z nich nie słyszała nawet o Podróżowaniu. To miało sens.
— Co mówią jeńcy o swoich mocodawcach?
Loune zaśmiał się gorzko.
— Zanim zdobędziesz ślepych jeńców, musisz odnieść ślepe zwycięstwo. A my tu mamy szereg ślepych porażek. — Wziął ze stołu czarkę kaf upił łyczek. W słowach zabrzmiały normalne uczucia, jakby zapomniał o barwach zbroi Karedego. Teraz był tylko żołnierzem rozmawiającym o sprawach zawodowych. — Dwa dni temu Guratowi już się wydawało, że ich ma. Stracił cztery chorągwie kawalerii i pięć piechoty, prawie go wybili do nogi. Nie wszyscy polegli, ale większość rannych jest w stanie bliskim śmierci. Naszpikowani jak jeże bełtami kusz. W większości Tarabonianie i Amadicianie, ale to nie powinno mieć większego znaczenia, nieprawdaż? Takie straty może zadać tylko dwadzieścia lub więcej tysięcy kuszników. Może trzydzieści. A jednak morat’raken nie udało się ich znaleźć. Wiem, że trochę ich zabiliśmy... przynajmniej tak donoszą raporty... ale oni nawet swoich poległych nie zostawiają na placu boju. Już jacyś głupcy zaczęli szeptać, że walczymy z duchami. — Może i miał ich za głupców, niemniej mimowolnie zagiął palce lewej dłoni w uroku chroniącym od złego. — Jedną rzecz ci powiem, Karede. Ich dowódcy są bardzo dobrzy. Bardzo, bardzo dobrzy. Każdy, kogo przeciwko nim wystawiłem, został całkowicie zmylony, wymanewrowany i pobity ze szczętem.
Karede w namyśle pokiwał głową. Brał pod uwagę, że Biała Wieża musiała zlecić porwanie Wysokiej Lady Tuon swoim najlepszym ludziom, ale jakoś nie wyciągnął konsekwencji z tej hipotezy i pomyślał o tych, którzy po tej stronie oceanu uważani byli za najlepszych dowódców. Może prawdziwe imię Thoma Merrilina brzmiało Agelmar Jagad lub Gareth Bryne. Nie mógł się doczekać spotkania z tym człowiekiem, choćby po to, żeby go wypytać, skąd wiedział, iż ona pojawi się w Ebou Dar. Może wyjdzie na jaw udział w operacji lady Suroth, a może nie. Na szczytach władzy dzisiejszy sprzymierzeniec mógł być jutrzejszym wrogiem. Nie licząc Ogrodników, cała Straż Skazańców była da’covale samej Imperatorowej, oby żyła wiecznie, niemniej i oni żyli na szczytach.
— Musi być jakaś strategia odnalezienia ich i przygwożdżenia. Jesteś tu głównodowodzącym?
— Nie, chwała Światłości! — zapalczywie zareagował Loune. Pił długimi łykami, jakby żałując, że to nie brandy. Generał Chisen prowadzi swą armię przez Przesmyk Malvide. Najwyraźniej Pałac Tarasin zdecydował, że sprawa jest na tyle istotna, by zaryzykować atak ze strony Murandy lub Andoru, choć z tego, co słyszałem, żaden z tych krajów nie ma w tej chwili potencjału uderzeniowego. Mnie pozostaje tylko czekać, aż Chisen przybędzie. Sądzę, że wtedy możemy oczekiwać lepszych wyników. Ludzie Chisena to weterani z ojczyzny.
Nagle Loune jakby sobie przypomniał, z kim rozmawia, Jego twarz znieruchomiała, zmieniła się w drewnianą maskę, Nieważne. Karede już był pewien, że to robota tego Merrilina, czy jak tam się nazywał. I rozumiał, dlaczego tamten robi to, co robi. W innych okolicznościach zapoznałby Loune’a ze swoim rozumowaniem, ale Wysoka Lady nie będzie bezpieczna, póki nie znajdzie się w Pałacu Tarasin, wśród tych, którzy znają jej twarz. Gdyby tamten nie dał wiary zasadniczemu nerwowi argumentu, to znaczy, że chodzi o Wysoką Lady, tylko powiększyłby wiszące nad nią niebezpieczeństwo, nie zyskując nic.