Chciał to wyrzucić, ale zmienił decyzję… – pomyślał Gavein.
Haigh pisał niewyraźnie. Gavein naigrawał się, że ten bazgrze, bo jest mańkutem. Mówił to tylko wtedy, gdy Ra Mahleine nie było w pobliżu. Ra Mahleine też była leworęczna, choć nie bazgrała.
Liczba zagnieżdżonych światów musi być skończona również z innego powodu – pisał Haigh. – W każdej Krainie jest mniej więcej tyle samo ludzi, gdyż rodzą się średnio z tą samą częstością, a w świecie numer około 173204 jest trzydzieści miliardów Krain, więc pojedynczy człowiek przebywa w co piątej, co dziesiątej z nich. A to, że spotkają się kobieta i mężczyzna, zdarza się w co pięćdziesiątej do co dwusetnej Krainie; z tego jasno wynika, że ludzkość w takim świecie wymrze.
Na dodatek, poród trwa około godziny, więc nie mogą istnieć światy tak wysokich rzędów, że mieszkaniec przebywa w nich krócej.
Te argumenty brzmiały bardziej przekonująco.
90.
Lepco co wieczór przesiadywał u wezgłowia Jaspersa, czekając aż Krivyj uśnie. Bał się prowokować go pyłem sypiącym się z siennika. Jaspers nie mogąc wtedy czytać, zaczął wypytywać Lepco o zasady rachunkowości, identyczne w Darah jak i w Taayh.
Wkrótce awansował, nie tkwił już przy taśmie. Snuł się godzinami po halach produkcyjnych z notatnikiem w dłoniach i spisywał, podsumowywał, przekazywał. Żmudne, wymagające zajęcie. Musiał co godzinę zgromadzić komplet liczb opisujących obecną produkcję, stan zapasów i wprowadzić do maszyny planującej. W odpowiedzi dostawał rozpis produkcji na następną godzinę. Roznosił te polecenia, wdrażał otrzymane wskazówki, zmieniał reżym pracy urządzeń.
Potem było piętnaście do dwudziestu minut wolnego czasu na gazetę. Ledwie przejrzał informacje o wyprodukowanej żywności, odzieży, obuwiu; rozważania o przewidywanych przydziałach dóbr dla pracowników młodszych i starszych, a już cykl jego pracy zaczynał się od nowa.
Zaglądał na oddziały, gdzie pracowały kobiety. Zwykle plątał się w pobliżu stanowiska jednej z nich. W zwykłym, szarym stroju pracownicy i szarej chustce spinającej włosy, wyróżniała się nieoczekiwaną subtelnością. Może to, jak zwieszała głowę, pracując; może to, że w przeciwieństwie do większości innych kobiet przy taśmie, była szczupła i zgrabna; dość, że trasa Jaspersa wiodła obok jej stanowiska. Dziewczyna miała smukłą białą szyję o delikatnej, świeżej cerze. Sądził, że była bardzo młoda, tylko poważna nad wiek. Oczywiście, szybko dowiedział się, jak ona ma na imię. Heather podobała mu się coraz bardziej.
Książkę czytywał wieczorami przed snem lub nastawiał budzik na wpół do piątej i zaczynał od bladego świtu. Przedstawiała świat tak odmienny od rzeczywistości zakładu, że niosła wytchnienie. Losy dwóch staruszek, których życie upływało na nieskrępowanym wędrowaniu, były niezwykłe jak sen.
Dwukrotnie przez to spóźnił się do pracy. Strażnicy potraktowali jego spóźnienia pobłażliwie, ponieważ radził sobie z obliczeniami produkcji bieżącej zakładu i wyznaczaniem współczynników statystycznych. Mało kto umiał liczyć tak akuratnie.
Lepco nie zniósł trudów pracy fizycznej: zmarł na zawał serca. Jaspers bardzo go żałował.
Krivyj stał się spokojniejszy, ostrożny, w baraku nie znęcał się nad innymi. Bił ich na terenie zakładu, ofiary wracały już opatrzone. Jaspers pozbawił go zwykłej, cowieczornej przyjemności, za którą przepadał, jak inni za spacerem. Znienawidził za to Jaspersa jeszcze bardziej.
Po dwóch tygodniach nadeszły wyniki testów Jaspersa. Lasaille wyciągnął go wczesnym rankiem z sali. Oderwał od lektury. Na korytarzu serdecznie poklepał go po plecach i uścisnął dłoń, ściągnąwszy skórzaną rękawiczkę.
– Gratuluję – powiedział ciepło. Jaspers napęczniał z dumy, pomimo że ręka Lasaille była zbyt miękka, nieprzyjemna w dotyku.
Udali się do samego komendanta. Hullic niknął za masywnym biurkiem z surowych płyt paździerzowych. Na apelach produkcyjnych wydawał się zwalisty, masywny i stary; w rzeczywistości był drobny i znacznie młodszy. Na powitanie uścisnął im obu dłonie i wskazał fotele.
Jaspersowi wydawało się, że pofrunie. Przecież rozmawiał z komendantem.
– Więc to jest największe odkrycie roku – zagaił Hullic, życzliwie przyglądając się Jaspersowi. – Uzyskał pan znakomity wynik, Jaspers. Winszuję – powiedział. Fakt, że zwrócił się do Jaspersa przez pan, oznaczał awans. – Bardzo się cieszę z nowego kolegi, brakuje nam strażników… Rozumie pan… Stałe, wysokie wymagania. Mało kto może im podołać. – To było wyjaśnienie obecnej pozycji Jaspersa.
– Pan, Lasaille, też awansuje za to trafienie – Hullic uśmiechnął się. – Proszę zaopiekować się wprowadzanym kolegą. Rozumie pan… Wyfasować mundur. Kurs strażników. Zapoznać ze wszystkim. Zapoznać z załogą – Hullic wykonał gest, który miał wyjaśnić, że Lasaille wie, co ma zrobić, a także, że temat został już wyczerpany i on, Hullic, ma dużo roboty, więc najlepiej będzie, jeśli Jaspers i Lasaille dadzą mu święty spokój.
92.
Jaspersa przeniesiono do pokoju strażników, czteroosobowego. Oprócz niego pokój zajmowali: Lasaille, chudy i mrukliwy Dub oraz Tyang, gadatliwy staruszek, od którego nieraz oberwał pałką po plecach.
Mundur wyfasowano na miarę. Najpierw Jaspersa w formierni wysmarowano syntetycznym tłuszczem, a modelarz nałożył nań bryły pianki tężejącej na powietrzu i uformował ją w sploty muskułów i szerokie ramiona, następnie tak otrzymane elastyczne poduszki umiejętnie wszyto do munduru, by sprawiały wrażenie normalnej sylwetki.
Po założeniu munduru Jaspers wyglądał jak masywny osiłek, kopia Krivyja. Twarz skryto za siatkową, przezroczystą maską, by utwardzić rysy oblicza. W czasie pracy munduru nawet rozpinać nie było wolno.
To dlatego strażnicy wydawali się nieprzeciętnie muskularni, a ich zacięte, zdecydowane twarze budziły respekt. Przetworzenie postaci było niezbędne dla zachowania posłuchu u pracowników. By uniknąć przypadkowego rozpoznania przez dawnych kolegów, każdy nowo mianowany pełnił służbę w odległych wydziałach fabryki.
Jaspers uczęszczał na kurs przez trzy miesiące. Wykłady prowadził wysoki, ponury strażnik, Koleh. Na jego turnusie były jeszcze trzy osoby: dwie starsze, tęgie kobiety – Gabbie i Josa oraz drobny, szarawy osobnik – Porz. Treść wykładów dziwiła Jaspersa, podobnie jak wcześniej zdumiał go sposób ubierania się strażników. Najpierw uczono musztry i noszenia munduru. Codziennie kilka godzin przed lustrem: jakie ruchy należy wykonywać, a jakich nie wolno dla własnego bezpieczeństwa, aby poduszki pod mundurem wyglądały jak mięśnie, a nie jak atrapy. Strażnik pod żadnym pozorem nie mógł zdradzić, że jego sylwetka nie różni się niczym od sylwetki zwykłego pracownika, i nie jest on w lepszej formie fizycznej niż zwykły robotnik. Nie wolno było zdemaskować się nawet w przypadku bezpośredniej napaści. Na tę okoliczność przewidziano płaski mikrofon wklejony w maskę. Natychmiast sprowadzał pomoc grupy uderzeniowej złożonej z osiłków pokroju Krivyja. Nigdy dotąd nie zdarzył się przypadek czynnej napaści na strażnika. A przecież było ich bardzo niewielu, i to dobieranych według walorów intelektualnych, a nie siły fizycznej.
Gdy Jaspers opanował już umiejętność prawidłowego noszenia munduru i poruszania się, zaczęto wykłady poświęcone pilnowaniu pracowników. Kursanci poznawali strukturę i organizację wydziałów fabryki, na których mieli pełnić służbę. Starannie omawiano, w jakich godzinach którzy pracownicy odczuwają szczególne zmęczenie (lub przeciwnie: znudzenie). Już dawno to zbadali i opisali strażnicy-naukowcy. Zgromadzono olbrzymią wiedzę, ale dalsze, dobrze umotywowane wnioski zwierzchnictwo premiowało jednym, a czasem dwoma dniami urlopu, który można było spędzić w czytelni. Później Jaspers zauważył, że meldunki giną bez śladu w czeluściach biurek zwierzchników.