Выбрать главу

A kiedy guerrilla nie lubi się na coś natykać, to się nie natyka. A gdyby, mimo wszystko, jakimś zupełnym przypadkiem się natknęła, to będzie to z całą pewnością przypadek nieszczęśliwy. Nieszczęśliwy dla bledszej ze stron, bo druga, ta bardziej śniada i złowieszczo uśmiechnięta, nic sobie z takich przypadków nie robi – w końcu to tylko jedna więcej kulka w jeden więcej biały łeb.

Tak czy owak było to gdzieś między rzekami Napo a Putumayo. Posłuchajcie…

– Chcesz iść nocą przez dżunglę, gringo?! – twarz Pepe ozdobiło kompletne zaskoczenie, a stojący za nim dwaj Indianie wyglądali jakbym właśnie odwołał Boże Narodzenie.

– Człowieku, przecież ty jesteś… Biały1 Mieli conajmniej trzy powody, by się dziwić:

Biali nie chodzą po dżungli nocą, bo już za dnia sprawia im to niebywałe trudności, to po pierwsze. Po drugie, nawet Indianie unikają marszów po ciemku, ponieważ w warunkach tropikalnej puszczy „po ciemku” oznacza po omacku. Po trzecie lało i nie miało zamiaru przestać. W dodatku lało po amazońsku, co różni się od normalnego lama tym, czym różni się dyngus z użyciem wiader od kropelki perfum na kołnierzyku.

– Ruszamy – powtórzyłem spokojnie lecz stanowczo Indianie stanęli jak wryci. (Stali już wcześniej, ale nie aż tak twardo.) To był jeden z tych momentów, kiedy ludzie patrzą na siebie z pozycji dwóch obcych kultur i nijak nie potrafią zrozumieć sygnałów wysyłanych przez stronę przeciwną Pepe miał minę jak telegrafista, który odebrał przez radio głos tam – tamów – nie bardzo wiadomo, o co chodzi, ale z całą pewnością o nic dobrego.

* * *

Ja – gringo – byłem przybyszem ze świata, który mierzy i oblicza czas. Dlatego, mimo deszczu, chciałem spiesznie ruszać w drogę. Wiedziałem, ze jak nie wyruszymy natychmiast, to do rana nasz szlak zostanie zabarykadowany dziesiątkami strumieni. Teraz dawały się jeszcze przeskoczyć jednym susem albo przejść w bród. Jutro, wezbrane od całonocnej ulewy, będą szerokie na dziesięć metrów i wypełnione rwącą wodą i błotem. To, co nam miało zająć dwa dni spokojnego marszu, zamieni się w tydzień mozolnej udręki Dlatego lepiej było wyruszyć teraz – nocą i w deszczu.

Indianie myślą zupełnie inaczej – nie liczą czasu i nie godzą się płacić dzisiejszą niewygodą za jutrzejsze ułatwienia – żyją tą jedną niepowtarzalną chwilą, która właśnie trwa A ona może być albo przyjemna, albo przeciwnie Więc lepiej żeby była przyjemna, prawda? Dlatego bardzo trudno ich przekonać, ze mają porzucić suchy szałas i wyjść na deszcz.

W dodatku wszelkie planowanie przyszłości uważają za niedorzeczność – przecież nikt z nas nie wie co będzie, wymyślamy sobie tylko co być może. Lepiej więc teraz usiąść przy ciepłym ogniu i czekać aż deszcz się skończy, a potem, kiedy |uz słońce osuszy ziemię, ruszyć w drogę.

* * *

– Nie osuszy jeszcze przez tydzień! – tłumaczyłem uparcie.

– A co to właściwie jest „tydzień”? I po co?

– Co „po co”?

– No, do czego służy?

– Tydzień??? Do mierzenia czasu.

– A po co? – Pepe pytał zupełnie poważnie.

Indianie lubią sięgać sedna. Kiedy to robią, logika białego człowieka zazwyczaj traci grunt pod nogami i wszystko się wywraca.

– Po co mierzysz czas, gringo? – nie ustępował Indianin.

– Eee… Żeby się nie zgubić – odpowiedziałem niepewnie.

– Nie zgubić gdzie?

– W czasie… – powoli sam przestawałem wierzyć w sensowność własnych słów.

– To ty potrafisz się zgubić nie ruszając z miejsca?[[przypis: Nie jestem pewien, czy Indianin pytał, czy raczej stwierdzał ten zaskakujący fenomen.]

* * *

Mój czas mija. Robi to na różne sposoby: goni, ucieka, przelatuje jak z bicza trząsł, albo zwyczajnie płynie i przecieka mi między palcami. Ale nigdy się nie zatrzymuje! Kiedy mówię, że czas stanął w miejscu, mam na myśli cośzupełnie innego.

Ich (indiański) czas – jest obecny - to wszystko. Nie rusza się w sposób spektakularny. Najczęściej trwa okręcony ciasną pętlą wokół miejsca, w którym akurat przebywają. Senny, jak syta anakonda zwinięta na gałęzi teraźniejszości – każda pętla to jedna chwila. Jego ruchy są tak powolne, że mało kto je zauważa i pewnie dlatego nikt nie zwraca na niego uwagi. Kazać Indianinowi gonić czas, to tak jakby komuś kazać gonić przesuwającą się płytę kontynentalną.

W puszczy nad Amazonką czasu nie widać. Zasłania go całkowicie monotonia trwania.

Każdy dzień trwa po 12 godzin – na równiku słońce zawsze wstaje o 6, a zachodzi o 18 – bez względu na porę roku. A pór roku właściwie nie ma. Wprawdzie przez kilka miesięcy deszcz pada bardziej, ale w pozostałych miesiącach też pada prawie codziennie. No i jak tutaj wpaść na koncepcję kalendarza, skoro słońce jest zawsze w zenicie, a nocą przez liście trudno obserwować ruchy gwiezdnych konstelacji?

W takich warunkach użyteczną miarą czasu nie może być ani rok, ani miesiąc, tylko dzień albo pora. Pora dnia, pora życia, pora wzrostu, pora umierania. A one układają się w cykle. Zamknięte i powtarzalne. Drzewa cyklicznie owocują. Kobiety cyklicznie rodzą dzieci. Mężczyźni cyklicznie idą na polowanie. Cyklicznie się je, śpi, wstaje rano i kładzie wieczorem – wciąż to samo, wciąż od nowa. Koło za kołem.

Oś czasu w świecie Białych jest jak nić, a chwile są na nią ponawlekane jedna za drugą i stanowią ciąg wydarzeń. Od „było” do „będzie”. Od „dawno dawno temu…” do „przewiduje się, że w roku przyszłym…”.

Indiańskie dni nie sumują się i nie odejmują tak jak nasze. Ich czas to koło – zamknięty cykl, który się powtarza w nieskończoność. Zatacza kręgi, podobnie jak dziecinna kolejka, i nie ma problemu, jeżeli nie zdążyłeś wskoczyć do wagonu – zawsze możesz spróbować następnym razem.

Żeby tak myśleć, wcale nie trzeba być Dzikim. Wysoko rozwinięte cywilizacje Mezoameryki – Majowie, Aztekowie – przedstawiali kalendarz w postaci kamiennego koła. Odmierzali czas w zamkniętych cyklach po 52 lata każdy. A potem wszystko zaczynało się od nowa – kolejne narodziny świata; kolejna szansa. Koło za kołem.

Nasz kalendarz to rubryki miesięcy, ułożone jedna za drugą – zerwałeś kartkę i nie ma powrotu. Nasz pociąg ucieka po prostej, więc jesteśmy zmuszeni gonić go, bez względu na pogodę.

Ich pociąg jeździ w kółko, więc spokojnie czekają pod dachem aż przestanie padać. Nie ma pośpiechu, przecież nawet jeżeli się spóźnią, to jednocześnie będą przed czasem. Oni zawsze mają następne okrążenie. Koło za kołem.