Выбрать главу

Po dwóch tygodniach doszedłem do wniosku, że bardzo mi sięw Gwatemali podoba i nie chcę jeszcze wyjeżdżać. Dlatego po raz drugi podrasowałem sobie wizę przeprawiając „15” na „45”. Łatwizna.

– to w końcu tylko dodatkowe kreseczki pod odpowiednim kątem.

Liczne patrole wojskowe, wielokrotnie bardzo skrupulatnie wertowały potem mój paszport, ale zawsze puszczały mnie wolno

– przekalibrowana wiza u nikogo nie budziła zastrzeżeń. Do czasu.

Czekał mnie jeszcze przecież powrót do domu, związany nieodwołalnie z przejściem granicznym na lotnisku w stolicy kraju, a tam pracowali urzędnicy dokładnie obeznani z procedurami. Wiedzieli świetnie, że wiz na 45 dni się nie wydaje (albo 3(1, albo od razu 90). Poza tym mieli zawsze pod ręką pomoc – rodzaj ściągawki – w postaci grubej Granatowej Księgi w tekturowej oprawie, do której wpisywano wszystkich nietypowych przyjezdnych. Amerykanie, Niemcy, Francuzi niepodlegali wpisowi, ale ja, obywatel państwa komunistycznego, owszem.

* * *

Przy wjeździe spędziłem dwie godziny oczekując na ostateczną decyzję, czy moja wiza (wydana w Austrii) zostanie uznana. Był w tej sprawie telefon do Ministerstwa Spraw Zagranicznych (na mój koszt), potem do Spraw Wewnętrznych (na mój koszt), potem faks z ambasady w Wiedniu (na mój koszt) i wreszcie bardzo szczegółowy wpis do Granatowej Księgi, obciążony opłatą skarbową (na mój koszt rzecz jasna).

Nie miałem wątpliwości, że przy wyjeździe Księga znów się pojawi – a w niej było bardzo jasno napisane, do kiedy mam opuścić terytorium Gwatemali – dlatego skrupulatnie się na tę okoliczność przygotowałem:

Najpierw rozgiąłem paszport w taki sposób, by zawsze sam otwierał się na stronie z wizą. Następnie, pod kartką na której była wstemplowana, umieściłem nowiutki banknot dwudziestodolarowy złożony w pół. Przytwierdziłem go tam maleńką kropelką kleju (żeby się niechcący nie wysunął). Dodatkowo skleiłem także strony, między którymi się znajdował – po to, by nie został przedwcześnie odkryty. Łatwizna.

* * *

Urzędnik spojrzał na wizę, a potem pytająco uniósł brwi stukając jednocześnie paznokciem w fałszywą liczbę „45”.

Uśmiechnąłem się do niego niewinnie i powiedziałem:

– Na następnej stronie znajdzie Pan dodatkowe informacje, seńor. Odwrócił kartkę i nic nie znalazł – dwudziestodolarówki nie było.

– Co to, głupie żarty?

– Nie, nie, pewnie się kartki skleiły. Proszę ostrożnie rozdzielać, bo się podrą.

Wetknął paznokieć między strony, podważył, klej puścił, „dodatkowe informacje” okazały się wystarczające, a potem już tylko szeroki uśmiech, mokry stempel (celowo trochę rozmazany na liczbie „45”) i…

– Przechodzić! Następny proszę!

* * *

Wyprawa, której początek i koniec opisałem przed chwilą, była bardzo owocna i bogata we wrażenia. Powinienem z niej zapamiętać wspaniałe ruiny oraz spotkania z Indianami, tymczasem ja pamiętam głównie stronę, że tak powiem, techniczną. Na przykład to, jak pewnej nocy – i nie zapomnę jej do końca życia – jechałem na pace terenowej ciężarówki. Obok mnie kilka innych osób, wszyscy w półśnie, bobyło bardzo późno, a my już tak jechaliśmy dobre dziesięć godzin. Droga wiodła – a jakże – wzdłuż znanej mi granicy między Gwatemalą a Meksykiem.

Posłuchajcie…

SERIA PO PIĘTACH

Jeśli spojrzycie na mapę departamentu Peten, znajdziecie tam zaznaczone tylko dwie miejscowości – niewiele jak na obszar przypominający Holandię – miasteczko Flores i leżące nieopodal, sławne na cały świat, ruiny Tikal, które trudno uważać za miejscowość z prawdziwego zdarzenia, skoro od wielu stuleci są wymarłe. Z centrum kraju prowadzi w tamte strony tylko jedna droga, długości ponad 300 kilometrów.

Chyba że ktoś ma dostęp do map sztabowych i porządnej lupy – wówczas, przesuwając się prawie prosto na zachód od Tikal, może wypatrzeć drugą drogę. Na jej końcu, nad brzegiem Rio San Pedro leży wioseczka o nazwie La Florida. (Wioseczka, która sama siebie uważa za miasteczko.)

– Znaleźliście?

………

* * *

– Noo?…Cóż, wcale się Wam nie dziwię.

Odszukać to miejsce w terenie jest niewiele łatwiej niż na mapie, a ja bardzo chciałem tam dotrzeć, bo w pobliżu La Florida walało się trochę interesującego gruzu, który jeszcze około tysiąca lat temu był miastem Majów. (Fotografowanie gruzu to była w tamtych latach moja specjalność.)

* * *

Jakoś dotarłem – sam byłem zdziwiony. Obfotografowałem co trzeba i chcę wracać do cywilizacji, a tu oczywiście, nie ma czym – najbliższy autobus za kilka dni. Jeśli w ogóle dojedzie, bo mogą spaść deszcze, a wówczas droga zamienia się w grząskie błocko i trzeba czekać aż obeschnie i stężeje.

Miałem jednak trochę szczęścia – załapałem się na pewną rozklekotaną ciężarówkę, która dzień wcześniej dowiozła do La Florida żywność. Potem, w ramach zapłaty, załadowała grube bale z cennego tropikalnego drewna oraz wory pełne czegoś miękkiego. Teraz zaś, ze mną i kilkoma innymi osobami, telepała się w tumanach kurzu z powrotem na południe – do miejscowości Sayaxche. Koło Sayaxche były następne ruiny i zaczynał się asfalt, ale to dopiero nad ranem, a na razie jest noc – ciemność taka, że można ją zupełnie swobodnie kroić maczetą – i my na pace. (Kierowca był wredny – nikomu, nawet za dodatkową opłatą, nie pozwolił jechać w szoferce.)

* * *

Próbujemy zasnąć, ale nie bardzo się daje, bo strasznie telepie.

Poza tym, cochwilę trzeba wstawać i ręce do góry -!Armia! – coczłowiek przyśnie, to oni wyskakują z ciemności, mrugają latarką, zatrzymują i kontrolują.

W czasie takiej kontroli trzeba trzymać obie dłonie uniesione wysoko nad głową, a w jednej dodatkowo dokumenty. W moim przypadku paszport otwarty na wizie. Jeżeli ktokolwiek opuści rączki – Armia zaczyna do niego strzelać. Bez ceregieli, za to z przyjemnością. Takie tu panują zasady. T nikogo to nie bulwersuje, w końcu w lasach Peten kryją się liczne zbrojne kupy – guerrilla.

No i na tym właśnie polegał problem: jak w tej gęstej ciemności kierowca ciężarówki ma rozpoznać, kto to mruga? Armia to, czy może raczej zbrojna kupa?

Z naszego punktu widzenia różnica była zasadnicza:

Armia kontrolowała ludzi po żołdacku, czyli częstowała się papierosami oraz flaszkami aguardiente, których kierowca miał przygotowane dwa kartony i rozdawał bardzo chętnie. [Przypis: aguardiente – Najbardziej popularny w Ameryce Łacińskiej rodzaj wódki. Odpowiednik naszej „Czystej”. Jest mocno zaprawiona anyżkiem. Oni tam chyba uważają, że anyżek orzeźwia, tymczasem smakuje toto jak lakier do włosów i Białych częściej mdli niż orzeźwia, [przyp. tłumacza]]. (Byle tylko nie zaglądali mu do tych miękkich worów.) Po kontroli Armia puszczała wszystkich wolno, a sama przechodziła do konsumpcji.