Natomiast guerrilla to byli osobnicy ze stałym palącym problemem płynności finansowej – dlatego nigdy nie bawili się w ceregiele z częstowaniem – po prostu brali wszystko jak leci; czasami razem z ciężarówką. A pasażerowie? Zostawali na drodze. I mieli dużo szczęścia, jeśli byli potem w stanie podnieść się o własnych siłach, otrzepać z kurzu i ruszyć w dalszą drogę na piechotę. Większość już się nigdy nigdzie nie ruszała – leżeli tak; dopóki ich ktoś nie sprzątnął.
Znowu kontrola – ktoś z przodu mruga. Kierowca zwalnia, my wstajemy, ręce w górę i zaczynamy uprawiać dziki taniec, żeby na tych ostatnich metrach hamowania nie stracić równowagi. Zasadniczo moglibyśmy sięjeszcze trzymać za burtę, przynajmniej jedną ręką, ale po co ryzykować?
I nagle kierowca daje gaz do dechy. Widać zorientował się jakoś w ostatniej chwili, że to nie Armia i próbuje nam teraz ratować życie ucieczką. Wyrwał ostro do przodu i… Wtedy mnie wypadł z ręki paszport. Widzę jak szybuje sobie w tył, w tę gęstą ciemność. Zaraz zniknie…
…a w mojej głowie galopują myśli: Jestem w Gwatemali. Od kilku tygodni nielegalnie. Wiza już dwa razy przerabiana. Najbliższa polska ambasada 1000 kilometrów stąd – w Meksyku. Utrata paszportu to śmierć. A w najlepszym razie wiele miesięcy spędzonych w którymś z tutejszych więzień.
Jedno z nich oglądałem niedawno – z zewnątrz – i to mi w zupełności wystarczy. Za żadne skarby nie chcę iść do środkaaa…
…rzucam się więc w tył za paszportem – MUSZĘ GO ZŁAPAĆ!
Lecę.
Nie mam się czego chwycić – po prostu leeecę.
Ciężarówka pode mną przyspiesza i nie wiadomo, czy się na nią jeszcze załapię. Może wyjedzie spode mnie i rymnę na drogę. Zresztą, kto wie, colepsze – grunt jest dużo bardziej miękki niż te twarde bale, które wieziemy…
W tym momencie usłyszałem serię z karabinu. Potem wrzask faceta po mojej prawej stronie. W twarz sypią mi się kawałki rozprutej kulami drewnianej burty. Ciężarówka gwałtownie skręca, nie wiem czy celowo – z woli kierowcy – czy też wypada z koleiny i za chwilę się wywróci. To wszystko nieważne, ja tu mam swoje sprawy do załatwienia – ŁAPAĆ PASZPORT.
Złapałem!
Teraz będzie lądowanie…aaa a
.
.
aał…
– …ugh… – walnąłem z impetem w miękkie wory. – Noo, nie było aż tak źle… – myślę sobie.
Niestety zaraz potem dobiłem głową w cośtwardego…
……
…
– Noo gringo… – usłyszałem z bardzo daleka. Ktoś mówił do mnie przez blaszaną rynnę.
– Dudni ci w głowie? – zapytał ten sam ktoś trochę bliżej i tym razem chyba już bez rynny, albo z dużo krótszą.
– Wraca do siebie – stwierdził inny głos. – Dajcie mu aguardiente.
– Tylko nie to!…aał… Bardzo dziękuję! W żadnym wypadku! – mimo ostrego bólu z tyłu głowy, wstałem skutecznie otrzeźwiony samym wspomnieniem anyżówy.
Znowu byłem na ciężarówce. Jechała spokojnie, tak jak przedtem. Było tylko trochę jaśniej – dookoła zaczynał się dzień. Kolejny dzień mojego cennego życia.
– Pogniotłeś sobie documentos - mówi ten od rynny. – Tak żeś je mocno trzymał, żeśmy od razu wiedzieli, że żyjesz.
Żyłem. Żyliśmy wszyscy. Choć niewiele Brakowało.
Rano, po dotarciu doSayaxche oglądaliśmy ślady po kulach na obu burtach ciężarówki, mniej więcej na wysokości naszych pięt. Przestrzelone były także drzwi szoferki od strony pasażera.
Jakie to szczęście, że kierowca był nieużyty i nie chciał wieźć nikogo obok siebie – teraz ten ktoś byłby dziurawy. [Przypis: A zgadnijcie KTO mu proponował za to miejsce pięć dolarów? [przyp. Autora]]
Tylko jednego z nas trafiła kula. Właściwie drasnęła – w piętę – i wcale nie było pewne czy kula. Równie dobrze mógł to być jakiś odprysk, lub drzazga, ale niech mu będzie, że kula. Ranę miał zawiniętą w kawał starej brudnej szmaty i czuł się wspaniale – w swojej wiosce odegra rolę bohatera wojennego. Latynosi to uwielbiają.
DO HONDURASU
Z gazety znalezionej przypadkiem (zawinięto mi w nią owoce mango, które kupiłem na targu) dowiaduję się, że amerykańscy archeolodzy, którzy kopią pod jedną z piramid w ruinach Copan, odkryli właśnie jakieś nowe tajemnicze korytarze. Sensacja! Freski, reliefy i wszystko podobno świetnie zachowane. Pełne kolory,…
Więcej nie udało mi się przeczytać, bo notatka była niewielka, farba drukarska podła, a mango wspaniale dojrzałe i puściło sok. To zaledwie jeden, no może dwa dni drogi od miejsca w którym właśnie jestem. W tej sytuacji po prostu MUSZĘ tam pojechać! Tyle, że Copan leży w Hondurasie, a ja oczywiście nie mam wizy. Mimo to pojechałem. Posłuchajcie…
Wybrałem najmniejsze przejście graniczne, jakie udało mi się znaleźć. Zagubione pośród tropikalnego lasu. Wiodła doń dziurawa, błotnista droga, która istniała bardziej na mapach niż w terenie. Międzypaństwową linię graniczną zaznaczał idący w poprzek drogi zardzewiały łańcuch. Na jego końcach dwie wbite w ziemię żerdzie z resztkami flag narodowych Hondurasu i Gwatemali. Obok, chyląca się ku upadkowi budka z desek – „Strażnica”, jak głosił napis wymalowany krzywo, ale za to oficjalnie.
„Strażnica” była tylko jedna, choć przecież państwa dwa. To najprawdopodobniej z oszczędności – tym przejściem mało kto przechodził i właśnie dlatego je wybrałem. Było, bo było. Władze raczej się nim nie interesowały. Może zsyłano tu wojskowych za karę? Albo przeciwnie – żeby sobie odpoczęli pośród sennego pustkowia.
Pukam w okienko. W środku zaspany żołnierzyna (też tylko jeden – Honduranin – widocznie brali dyżury na zmianę) przeciera na mój widok zdziwione oko.
– A ty gringo co, zgubiłeś się?
– Nie seńor, jadę do Copan. Rzecz jasna tylko w przypadku, gdy łaskawy Pan zechce mnie jeszcze dzisiaj odprawić.
Małe przejścia w Ameryce Łacińskiej są często zamykane – na niedziele i święta, na noc, na sjestę, na „zaraz wracam” itp. Nie oznacza to wcale, że kiedy są zamknięte to nie są czynne. Przeciwnie – wtedy odprawy odbywają się dużo sprawniej, bo ludzie pracują chętniej, gdy jakieś, nawet bardzo drobne, pieniądze trafiają wprost do ich kieszeni i nikt nie prosi o pokwitowanie.
Podałem paszport.
Żołnierz popatrzył na smętnego orła bez korony, a następnie, stukając palcem w słowo „Ludowa” zapytał:
– Co to za kraj?
Był życzliwy i uśmiechnięty. U wojskowych na służbie to takie rzadkie, że choć podejrzewałem czym to się dla mnie skończy, nie potrafiłem gookłamać:
– Polonia – mówię tonem sugerującym, że chodzi mi o cośw rodzaju Szwajcarii.
Na to on niedbałym mchem wyciąga spod stołu grubą księgę w tekturowej oprawie. (Była to honduraska wersja Granatowej Księgi znanej mi z lotniska w Ciudad de Guatemala. Na kilku pierwszych stronach alfabetyczny spis państw świata ujęty w tabelę z rubrykami: „nazwa potoczna”, „nazwa pełna” oraz „przepisy dotyczące wizowania”.)