Wojskowy palec zaczął wolno sunąć w dół listy. Mężczyzna mamrotał pod nosem kolejne nazwy. Na szczęście nie był zbyt sprawny w czytaniu, więcchoć ja miałem tę tabelę dogóry nogami, dość łatwo wyprzedziłem jego palec i z pewnym niepokojem stwierdziłem, że Polski na tej liście nie ma.
Była trochę dalej – w oddzielnej tabeli – suplemencie obwiedzionym czerwoną kreską. Dlaczego kreska jest czerwona, wyjaśniał nagłówek o treści: „Kraje wrogie – komunistyczne i terrorystyczne''. Na początku była Albania, a na końcu wyraźna instrukcja, żeby obywateli powyższych państw pod żadnym pozorem nie wpuszczać na terytorium Hondurasu. PS. Nawet jeżeli przedstawią paszport dyplomatyczny.
– Seńor!!! - przerwałem żołnierzowi gwałtownie, kiedy jego palec był dopiero między Nową Gwineą a Nową Zelandią. – Czy opłata za wjazd wynosi tak samo jak w zeszłym roku, dziesięć dolarów, płatne GOTÓWKĄ?
Mój hiszpański, przedtem nienaganny z ładnym meksykańskim zaśpiewem, teraz nabrał ciężkiego amerykańskiego akcentu, który we wszystkich językach świata kojarzy się z pieniędzmi gotowymi zmienić właściciela.
Z kieszeni wyjąłem przygotowany na tę okazję plik jednodolarówek. (Taki plik zawsze robi większe wrażenie niż pojedynczy banknot o nominale będącym sumą jednodolarówek. Poza tym plik łatwiej podzielić, jeśli trzeba).
Wolno, z dramatyczną celebrą, odliczyłem: dziesięć… pojedynczych… zielonych… szeleszczących… banknotów. Dodałem jeszcze dwa. I ułożyłem starannie między Malezją a Mozambikiem.
Żołnierz zareagował prawidłowo: strzelił oczami na lewo i prawo w poszukiwaniu świadków. Kiedy upewnił się, że jesteśmy sami, Tekturowa Księga została zatrzaśnięta, z hukiem pochłaniając pieniądze.
– Witamy w Hondurasie, gringo.
W drodze powrotnej z Copan, powinienem był z wypiekami na twarzy wspominać fantastyczne ruiny i świeżo odkopane malowidła, które poza mną widziało jeszcze może z pięć, najwyżej dziesięć osób. (Osób żyjących współcześnie – bo kiedyś, wieki temu, oglądali je przecież Majowie). Tymczasem ja, z zimnym dreszczem na plecach, zamartwiałem się pewną przyziemną kwestią techniczną: czy aby na pewno zostanę wpuszczony z powrotem doGwatemali?
Wizę miałem przecież jednowjazdową i już „napoczętą”. Ponadto była to wiza w znacznym stopniu naciągana, a ujmując sprawę matematycznie, owo naciągnięcie wynosiło aż osiemset procent wartości początkowej.
Szczęśliwie, na takich leśnych przejściach granicznych bardzo mało się dzieje i każdy przechodzień stanowi przyjemne urozmaicenie.
Zostałem więc powitany jak stary dobry znajomy. Było klepanie po plecach, zimne przekąski (mocno uwędzone „coś” – za skarby nie chcieli zdradzić co, żeby im przypadkiem gringo z obrzydzenia nie zemdlał) a do tego miła pogawędka.
Rozciągałem ją maksymalnie, zabawiając żołnierzy najlepiej jak umiałem. Kiedy nadeszła pora rozstania nikt już nie myślał o kontroli paszportowej. A skoro, ani z okazji dzisiejszego powrotu, ani wcześniej – przy wyjeździe do Hondurasu – nie wbito mi żadnego stempelka, więc z formalnego punktu widzenia nigdy nie opuściłem terytorium Gwatemali. Ergo: moja 45 – dniowa wiza była nadal ważna!
Tym razem się udało, ale coby było gdyby mi odmówiono wjazdu?
Posłuchajcie…
NA ZIEMI NICZYJEJ
Coś takiego przytrafiło mi się kiedyś, w drodze z Gwatemali do Mexico City. Tę trasę pokonuje się zazwyczaj Autostradą Panamerykańską. Ja postanowiłem zboczyć z utartego szlaku i zahaczyć o południowe terytoria Lacandonów. Zamiast więc jechać, jak wszyscy, Panamericaną, wybrałem mało uczęszczaną drogę przez posterunek kontroli granicznej w La Mesilla.
Gwatemalski żołnierz przystawił mi w paszporcie pieczęć z napisem SALIDA – WYJAZD. To definitywnie zamknęło mój trzeci pobyt w tym kraju. Ruszyłem w stronę Meksyku. Na piechotę.
Miałem do przejścia szeroki pas ziemi niczyjej. Na jego powierzchni pozwalano rosnąć tylko niskiej trawie – resztę starannie karczowano, tak jak się to robi pod trakcjami wysokiego napięcia. Pas ciągnął się na lewo i prawo za horyzont – długa wstęga niskiej trawy biegnąca przez środek gęstej puszczy. Każdego dnia setki kontraktowych macheteros przycinały tę trawę za pomocą rnaczet. Dzień i noc tę graniczną aleję przemierzały konne i piesze patrole uzbrojone w lornetki, latarki i amerykańskie karabiny M – 16.
Nie oznacza to wcale, że nie można się było przemknąć – robiły tonagminnie grupy zawodowych przemytników – contrabandistas, partyzanci, Indianie, dla których granice państwowe nie istnieją, oraz zwykłe chłopstwo, któremu bliżej było przejść na skuśkę niż nadkładać drogi do oficjalnego przejścia granicznego.
Robiłem to także ja, kiedy jeszcze nie miałem gwatemalskiej wizy. Teraz jednak szedłem sobie rozluźniony, w biały dzień, bez ryzyka, bez nerwowego rozglądania się na boki. W ten sposób dotarłem do meksykańskiego posterunku.
Po obejrzeniu mego paszportu kapitan pograniczników zapytał dlaczego próbuję przekroczyć granicę w takim niebezpiecznym miejscu?
Wyjaśniłem, że właśnie na tym polega moja wyprawa – podróżuję bocznymi drogami, fotografuję ruiny zagubione w dżungli, Indian żyjących po staremu itd.
Kapitan na to, że mnie do Meksyku nie wpuści, bo mu się wydaję podejrzany. Potem wyjął odpowiedni stempel i gwałtownym uderzeniem ANULOWAŁ wizę w moim paszporcie.
– Była wielowjazdowa i ważna jeszcze przez rok!
– Masz rację, gringo, BYŁA.
– I co ja mam teraz robić?!
– Nie wiem, ale tu już na pewno nie masz czego szukać. Zawracaj do Gwatemali.
Zawróciłem.
Ale tam też mnie nie chcieli wpuścić, bo nie miałem już przecież wizy – poprzednią unieważnił ostatecznie i definitywnie stempel „SALIDA”.
W ten sposób utknąłem na ziemi niczyjej.
Z formalnego punktu widzenia byłem… nigdzie. Albo jak kto woli nigdzie mnie nie było. No bo z Polski wyjechałem już dość dawno temu i miałem na to odpowiednie stemple w paszporcie. Potem przyjechałem do Gwatemali (przez Kubę i Meksyk), ale opuściłem już jej terytorium i nie pojawiłem się w żadnym innym państwie.
W podobnej sytuacji znajduje się wiele tysięcy osób na całym świecie, tylko., że wszystkie one właśnie dokądś lecą samolotem, albo płyną statkiem – słowem opuściły jeden kraj i zmierzają do celu podróży w innym – a ja nigdzie nie zmierzałem, tylko tkwiłem w miejscu.
Prawie dwadzieścia godzin koczowałem zawieszony w międzypaństwowej próżni – bez jedzenia i picia3 bez możliwości ruchu, bez sensu…
W końcu Gwatemalczycy okazali odrobinę zdrowego rozsądku i zdecydowali, że mogę jednak wrócić do stolicy ich kraju, aby tam interweniować w ambasadzie Meksyku, albo kupić sobie bilet lotniczy wprost do Polski.
Dzień później w dyplomatycznej dzielnicy Ciudad de Guatemala zmęczony i brudny pozowałem do zdjęć o przepisowym formacie 3/5, wypełniałem sążniste formularze i próbowałem na nikogo nie nawrzeszczeć; co w mojej sytuacji nie było łatwe. [Przypis: Czy był pan/pani karany(a)? Nie byłem. Za co? Nie byłem.