– Co mi po twoich pieniądzach teraz? Jak nas napadną albo zastrzelą to i tak wszystkie wyciągną, obojętnie czy z mojej, czy z twojej kieszeni. Ale ja wtedy przynajmniej będę miał zasługę w niebie, że cię wiozłem za darmo.
Dziwna to była logika i dziwny facet. No i czemu siedział na dachu swego auta?
– Nie wszystko trzeba wiedzieć, gringo – powiedział ni stąd ni zowąd, tak jakby usłyszał moje myśli. – Włóż plecak do bagażnika i jedziemy.
Kiedy bytem z tyłu samochodu, kątem oka spostrzegłem, jak zsuwa się z dachu i małpimi ruchami, przez okno, wciąga do wnętrza pojazdu. Nie zszedł na ziemię tylko jak orangutan wpełzł wprost z dachu przez okno. Dziwny facet.
Ruszył jak rajdowiec. Żwir spod kół bryznął w powietrze, pisk opon, wycie silnika, chwilę buksowaliśmy w miejscu, a potem wyrwaliśmy z kopyta i popędziliśmy w ciemność z prędkością… najwyżej 25 kilometrów na godzinę.
Mimo to jechaliśmy zdecydowanie zbyt szybko. Nie lubię rajdowców i brawury, a on stanowczo przekraczał granice wyznaczone przez oba te słowa. On je mnożył do potęgi zapierającej dech w piersiach.
Droga, po której jechaliśmy, nie nadawała się do tego. To znaczy do jazdy. Jakiejkolwiek jazdy, nie tylko rajdowej. Powiedzenie o niej „same dziury” byłoby komplementem. Tutaj dziur było więcej niż powierzchni drogi. Dziury w dziurach były na porządku dziennym. I on je wszystkie jakoś omijał,…aał… ale zawsze kosztem tego, że jednocześnie wpadał w inne.
– Złap się czegoś, gringo, bo sobie rozbijesz głowę – krzyknął jo – gin w kompletnej ciemności.
– Zapomniał pan zapalić światła – odkrzyknąłem, zastanawiając się jak on właściwie widzi cokolwiek przed nami.
– Nie zapomniałem. Ty zapomniałeś, gringo.
– Ze co?
– Weź latarkę i świeć. Jest pod twoim siedzeniem. Wymacałem duży plastikowy przedmiot z rączką, wyciągnąłem, potem odszukałem na nim włącznik i stała się jasność.
– Świeć na drogę, a nie na mnie!
– Przepraszani.
– A teraz wrzuć dwójkę, bo ja nie mam czym. Skonsternowany tym oświadczeniem znowu poświeciłem na niego i poczułem, jak ogarnia mnie przerażenie.
POŁOWY TEGO FACETA NIE BYŁO.
Jakaś choroba, a właściwie chyba cała ich seria uczyniła z tego człowieka przerażające monstrum. Jego prawa ręka była kawałkiem kikuta sterczącego z barku. Lewa dziwnie wykręcona i „uschnięta''. (Nie mam na to innego określenia poza tym potocznym.) Sylwetka z wyraźnymi objawami choroby Heine – Medina…
– TERAZ' Zmieniaj bieg, gringo – przywołał mnie do rzeczywistości.
Zmieniłem.
Przy okazji bezwiednie rzuciłem mu kolejne spojrzenie. Lewa ręka – ta, którą trzymał kierownicę – zamiast palców miała coś w rodzaju wydłużonego szpona, którym zahaczał za poprzeczki kierownicy i w ten sposób skręcał. Jego nogi…
Nie chciałem dalej patrzeć. Odwróciłem wzrok i w tym momencie kątem oka spostrzegłem, że na tylnym siedzeniu leży rozwalona wygodnie wielka kosmata panika. Rozparta, uśmiechnięta szyderczo, demonstracyjnie oglądała sobie paznokcie. Gwizdała przy tym przez szparę w przednich zębach. Od naszego ostatniego spotkania przytyła jeszcze bardziej, ale jakoś tym razem nie wydało mi się to śmieszne. Wcale. Gdyby na mnie teraz skoczyła, z całą tą swoją tuszą…
– ZMIENIAJ! – wrzasnął jogin – redukcja na jedynkę…
Wspomnienie tamtego kierowcy stało mi przed oczami przez wiele lat. Nie potrafiłem zrozumieć dlaczego on zamiast siedzieć w domu, czy w szpitalu, jeździł taksówką? W jego stanie???
Dzisiaj już wiem dlaczego.
Posłuchajcie…
GDZIEŚ W DŻUNGLI
Jechałem dwa dni błotnistą drogą. Dla kilku tysięcy mieszkańców odległych wiosek to była jedyna droga łącząca ich ze światem… hm, nazwijmy go cywilizowanym. Musieli nią jeździć, mimo trudów i błota, bo innej drogi nie było. Ta, jedyna, powstała dzięki poszerzeniu ścieżki, którą dawniej Indianie chodzili pieszo. Teraz tym szlakiem kursują samochody terenowe oraz ciężarówki z demobilu.
Po każdym deszczu wiele odcinków drogi staje się nieprzejezdnych – maziste błoto, głębokie koleiny, a do tego bajora stojącej wody.
W takich miejscach pojawiają się zawsze ludzie z łopatami. Nie wzywani przez nikogo przychodzą z okolicznych domostw i godzinami wyrównują koleiny, odprowadzają wodę, a każdy kolejny pojazd niweczy ich robotę. Nie jest to jednak praca syzyfowa. Kierowcy chętnie płacą po kilka groszy za to, że nie grzęzną w błocie. Albo za to, że kiedy już ugrzęźli, ktoś ich sprawnie wyciąga.
Biedni, bezrobotni ludzie mieszkający wzdłuż tej drogi, po każdym deszczu biorą łopaty i sami sobie organizują roboty publiczne.
Dlaczego?
Słuchajcie dalej…
GDZIEŚ W GÓRACH
Porwały mi się sandały.
Naprawił mi je przydrożny szewc. Zrobił to tanio, szybko (na poczekaniu) i wyjątkowo sprawnie, chociaż nawet nie miał warsztatu tylko skrzynkę z narzędziami i dwa krzesełka ustawione w cleniu rozłożystego fikusa. A ponadto nie miał lewej ręki!
Mimo to pracował i był bardzo sprawnym szewcem. Pomagał sobie kolanami, brodą, zębami, kilka razy poprosił mnie, żebym mu coś przytrzymał – zawsze z pogodnym uśmiechem.
W kraju cywilizowanym, europejskim, tam, gdzie są Fundusze dla niepełnosprawnych, zasiłki i państwowe programy opieki, ów człowiek całe życie wegetowałby na marginesie społeczeństwa. Czułby się ciężarem, pobierając rentę (zawsze za niską), byłby sfrustrowany, zgorzkniały i nieszczęśliwy ze swoim inwalidztwem.
W Republice Bananowej, nie miał na to wszystko czasu, bo tak jak inni, pełnosprawni, musiał pracować, by zarobić na chleb. W jego kraju, kto nie pracuje, ten nie je! Bieda wyzwala tam w ludziach nadzwyczajną aktywność – kiedy człowiek musi sobie znaleźć robotę, wówczas nie czeka bezczynnie, nie wybrzydza, tylko podejmuje się k a ż d e g o zajęcia, jakie mu się trafi.
Posłuchajcie jeszcze tego…
W STOLICY KRAJU
Wszędzie zamiast pojemników na śmiecie widziałem zbieraczy odpadków z czarnymi workami z plastiku. Większość z nich nie była opłacana przez miasto, tylko pracowała na własny rachunek, zbierając surowce wtórne i sprzedając je potem w punktach skupu. Dzięki nim z ulic znikało szkło (nawet potłuczone), plastikowe odpadki, puszki i papiery. Całą resztę, raz dziennie, uprzątały służby miejskie. Tyle że tej reszty prawie nie było.
Z okien mojego pokoju obserwowałem porzucony wrak samochodu z umieszczoną na nim kartką „Na złom” – został rozmontowany i wyniesiony w ciągu kilku godzin! Na ulicy pozostała jedynie zawartość popielniczki, którą wkrótce porwał wiatr.
Gdyby tym wszystkim śmieciarzom ktoś przyznał zasiłki dla bezrobotnych, usiedliby przed telewizorem popijając piwo, a po ulicach ich miasta walałyby się sterty śmieci. Brak zasiłków zmusił ich do aktywności.
MORAŁ:
To okrutne, powiecie?
Nie jestem pewien. Wydaje mi się,
że dzięki pracy ich życie nabiera sensu.
HONDURAS TRZECI RAZ
Minęło kilka miesięcy i znów stanąłem na granicy Hondurasu. Bez wizy. Władze tego kraju najwyraźniej uparły się widzieć we mnie wroga. Ponadto całkowicie zignorowały fakt, że na moim nowym paszporcie nie było już słówka „Ludowa”, a orzeł odzyskał koronę.