Byłem prosić ich ambasadę w Paryżu – nic. Perswadowałem w Wiedniu – nic. W Waszyngtonie – nic. Zeźlony tym biurokratycznym bezsensem postanowiłem z nich zadrwić. Okpić dziadów, tak jak jeszcze ich przedtem nie okpił nikt. Posłuchajcie…
Pojechałem na to samo przejście graniczne, co za pierwszym razem. Sceneria bez zmian: błoto, zardzewiały łańcuch w poprzek drogi i przechylona budka strażnicza. Tylko resztki flag narodowych Gwatemali i Hondurasu zmieniły się w resztki resztek.
Podałem żołnierzowi dokumenty. A konkretnie – przywiezioną z Polski specjalnie na tę okazję – książeczkę zdrowia.
(Wyglądała zupełnie jak paszport: twarde okładki z wytłoczonym napisem, w środku moje zdjęcie, pieczęć ZUS – u, seria, numer, dane osobowe i 32 strony pokryte rubrykami.)
Honduraski wojskowy zastukał palcem w napis „Legitymacja Ubezpieczeniowa” i zapytał:
– Co to za kraj?
– Republica de Ubezpieczalnia - odpowiadam bez chwili wahania, a on wyciąga spod stołu grubą księgę w tekturowej oprawie.
Na pierwszych stronach był, znany mi już, spis państw świata. Wojskowy palec, tak jak poprzednio, zaczął wolno sunąć w dół listy. Mężczyzna mamrotał kolejne nazwy. Mozolnie, jakby je lepił w ustach pełnych gęstego kitu. Miałem więc mnóstwo czasu, by się do syta nacieszyć zemstą.
Kiedy wreszcie dojechał do końca listy, stwierdził z niepokojem, że Ubezpieczalnia na niej nie figuruje. W suplemencie: „Kraje wrogie – komunistyczne i terrorystyczne” też jej nie było.
– Czy to państwo występuje może pod jakąś inną nazwą? – zapytał wreszcie.
– Czasami, ale rzadko. Ubezpieczalnia to Ubezpieczalnia – bawiłem się setnie. – Ale niech pan może jeszcze sprawdzi pod Suomi.
Oczywiście wkrótce znalazł to słowo w przypisach, jako wariantywną nazwę Finlandii. Wtedy już bez wahania wbił mi do książeczki zdrowia odpowiedni stempelek.
– Witamy w Hondurasie, gringo.
Przekroczenie granicy na książeczkę zdrowia uważani za swoisty rekord świata – godny Księgi rekordów Guinnessa. W każdym razie jest to mój największy osobisty wyczyn w kategorii pokonywania barier biurokratycznych.
HONDURAS CZWARTY RAZ
Legalnie wjechałem tam dopiero w roku 1994. Wprawdzie w polskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych zapewniono mnie, że wiz już nie trzeba, bo podpisaliśmy odpowiednią umowę, ale ja postanowiłem się zabezpieczyć na wypadek, gdyby w Hondurasie nikt o tej umowie nie słyszał.
. Wizę odebrałem w Paryżu (tym razem obsłużono mnie w białych rękawiczkach, a cala procedura trwała zaledwie kilka godzin) i bardzo z siebie zadowolony udałem się w moją czwartą podróż do Hondurasu.
Po przylocie na miejsce przeżyłem ogromne rozczarowanie: nikt mi nie chciał sprawdzić paszportu! Nawet pobieżnie. Kompletnie nic! Machali od niechcenia ręką, żeby przechodzić BEZ KONTROLI! A ja przecież mogłem być terrorystą z Albanii albo z Kuby.
Tyle zachodu poszło na marne!? Tyle kolejnych prób, forteli, wizyty we wszystkich możliwych konsulatach, a kiedy wreszcie mam wizęnikt jej nie chce oglądać? Byłem zdruzgotany.
Uspokoiłem się dopiero przy wyjeździe.
Urzędnik kontroli granicznej wywrzeszczał mi w twarz, że przez miesiąc przebywałem w Hondurasie nielegalnie! Mam wprawdzie wizę, ale brak stempli wjazdowych.
Natychmiast uruchomiono odpowiednią procedurę, w wyniku której zostałem aresztowany, a pięć minut potem DEPORTOWANY! [Przypis: Do samolotu, którym i rak miałem odlecieć]
– I żebym cię tu więcej nie widział, gringo!
NOTA OD WYDAWCY:
Zgodnie z informacjami, które dotarły do nas wchwiliskładania tej książki do druku, Wojciech Cejrowski znowu przebywa w Hondurasie, Nie jest co jednak oficjalna wersja zdarzeń.
Wyjechał z Polski, to prawda – istnieje na co dowód w postaci pieczęci w paszporcie – ale, od kilku tygodni, nigdzie oficjalnie nie wjechał. Tak więc, z formalnego punktu widzenia, cały czas przebywa na linii granicznej. Po lekturze kilku poprzednich rozdziałów, z pełnym spokojem czekamy na deportację.
/ – / Wydawca
CZĘŚĆ 5 WYPRAWY DOOKOŁA KARAIBÓW
Morze Karaibskie – najpiękniejsze na świecie. A dookoła niego bardzo ciekawe lądy: od zachodu Ameryka Środkowa i jej Republiki Bananowe; od północy Kuba, Jamajka i Haiti; od wschodu łańcuszek tropikalnych wysp – Małe Antyle; a od południa ujście Orinoko i porośnięte dżunglą wybrzeża Ameryki Południowej.
Woda na Karaibach ma niespotykany nigdzie indziej odcień turkusu. Piasek bywa biały i miękki jak mąka, bywa też czarny – wulkaniczny – i szorstki jak pumeks, ale najczęściej jest złoty. Plaże ocieniają klasyczne palmy kokosowe, szeleszczące zielonymi pióropuszami liści.
Tuż przy ziemi palmowe pnie skradają się wytrwale w stronę morza – w pogoni za słońcem. Wyżej zaś, bliżej korony, tropikalne wiatry odginają je z powrotem w stronę lądu. Taki kształt pozwala bardzo wygodnie zawiesić hamak – najbardziej popularny na Karaibach rodzaj łóżka.
(Dla wielu osób hamak pod palmą to jednocześnie ich jedyny dom, ale mało kto z tego powodu narzeka ponieważ zwykle jest to świadomy w y b ó r, a nie przymus ekonomiczny.)
Ludzie żyjącynad tym morzem nigdy się nie śpieszą.
W żadnej sprawie.
A już szczególnie nie uprawiają pogoni za pieniądzem.
I zawsze są pogodni.
Nawet bieda jest tutaj uśmiechnięta, bo kiedy na Karaibach nie masz zupełnie nic, to i tak masz sporo: klimat, który nie wymaga butów, ani ubrań; tropikalne owoce, które rosną same, więc nie ma konieczności ich uprawiać, ba, nie trzeba nawet mieć własnego ogrodu ni pola – wystarczy pójść do lasu i rwać; a na obiad zawsze znajdzie się jakaś ryba, którą można sobie upiec na patyku przy ognisku z wyschniętych łupin kokosa.
Bardzo często zamiast ryby pożywieniem codziennym tutejszego biedaka bywa langusta albo ostrygi – zależy co się udało złapać jako pierwsze. Jeszcze tylko kilka kropel limony albo dzikiej pomarańczy, układamy jedzenie na liściu bananowca i gotowe – romantyczna kolacja, w romantycznym miejscu, za którą biedak nie płaci nic, a zagraniczny turysta chętnie odda bardzo wiele (i jeszcze dołoży napiwek).
Dlatego właśnie lata emerytury planuję spędzić na Karaibach. Ale to dopiero za wiele lat, tymczasem dziś odwiedzam je regularnie. Tak organizuję wszystkie moje wyprawy, żeby choć na kilka dni, zatrzymać się nad Morzem Karaibskim. Byłem tam już dziesiątki razy i zawsze wracałem szczęśliwy.
A poza tym, że pięknie, tam jest także… ciekawie.
Aha, i dobrze jest mieć ze sobą Tupet jak taran. [Przypis: Tupet jak taran, to rodzaj narzędzia psychicznego. Jego zastosowanie zostanie wkrótce zilustrowanie kilkoma przykładami. Generalnie służy on do pokonywania niebezpieczeństw i biurokratycznych utrudnień w podróży.
Autor opisał wcześniej użycie w podobnym celu tupetu zwykłego (przekroczenie granicy na książeczkę zdrowia, poprawianie wizy długopisem itp.). Tupet zwykły różni się jednak bardzo od tupetu jak taran. W przybliżeniu tak bardzo, jak pukanie w drzwi za pomocą ołówka różni się od pukania klasycznym taranem oblężniczym. [przyp. tłumacza]]
Posłuchajcie…
LOT NA KUBĘ