Выбрать главу

Pewnego razu nad ciepłymi falami Morza Karaibskiego zepsuł się samolot. Nieświadomy niczego siedziałem w środku i podziwiałem pejzaż za owalnym okienkiem. Jak okiem sięgnąć woda, zachodzące słońce i kilka maleńkich koralowych wysepek porośniętych palmami. A dookoła mnie wyje przeraźliwie i stęka rozklekotany Ił. Tego, że wyje ostatkiem sił, nie zauważałem. Robił to od chwili startu w Madrycie i wydawało mi się, że to po prostu normalny tryb pracy silnika.

Gdzieś tak w połowie drogi nad oceanem Atlantyckim spostrzegłem tylko, że pewna mała śrubka przytrzymująca płaty blachy na skrzydle wykręciła się lub obluzowała i lata nerwowo na wietrze. Istniało niebezpieczeństwo, że się jej w końcu łepek oderwie, a potem…

– Potem ten kawał blachy na skrzydle odfrunie – tłumaczyłem Stewardesie, którą wezwałem w trybie pilnym z prośbą, żeby o całej sprawie zawiadomiła pilota.

– Śrubka?… – popatrzyła przez bulaj, ale wcale nie byłem pewien, czy szukała wzrokiem śrubki, czy tylko udawała dla świętego spokoju.

– O, tam – pokazałem palcem.

– Aha! O rany, widzę – teraz była zaniepokojona, ale tylko przez moment. – No więc, jeśli chodzi o TĘ konkretną śrubkę, a nie o inne sąsiednie, to to jest taka konstrukcja. Ona zawsze lata. C e l o w o! – ucięła rozmowę i odeszła.

Postanowiłem myśleć o czymś innym…

* * *

Maszynę, którą leciałem (a może spadałem, ale w końcu spadanie to też rodzaj lotu) skonstruowano na początku lat sześćdziesiątych XX wieku. Dwadzieścia lat później Rosjanie uznali, że jest już kompletnie wyeksploatowana i musi iść na złom. Co dalej? Nic nadzwyczajnego – przekazali ją w darze Ukraińcom.

Ukraińcy latali kolejne kilka lat i po ponownym kompletnym wyeksploatowaniu oddali samolot narodowi kubańskiemu, który latał nim do chwili, którą właśnie zacząłem opisywać, czyli do trzeciego już kompletnego wyeksploatowania.

Dla porządku dodam, że „kompletne wyeksploatowanie” za każdym razem oznaczało, że maszyna ABSOLUTNIE nie kwalifikuje się do remontu i musi być złomowana. NATYCHMIAST!

Sposób złomowania przyjęto dość specyficzny, ale jednocześnie typowy dla gospodarki socjalistycznej tamtego okresu – Rosjanie złomowali na Ukrainie, Ukraińcy na Kubie, a Kubańczycy najwyraźniej postanowili złomować tam, gdzie akurat spadną. To, że siedziałem w środku, nie miało dla nich znaczenia.

* * *

Lewy silnik przestał wyć, zaklekotał niepokojąco, a potem cośz niego wypadło. I ZGASŁ.

Awaria nastąpiła w chwili, gdy pilot uprzejmie zawiadamiał, żeby zapiąć pasy i przygasić cygara -, bo właśnie podchodzimy do lądowania. Jakoś nie wspomniał, że odbędzie się ono dziobem w dół. W ciepłych falach mojego ulubionego morza.

Znowu postanowiłem myśleć o czymś innym… [Przypis: Próbowałem też NIE myśleć o tym, kto siedzi za moimi plecami. I dlaczego pachnie stamtąd przemoczonym futrem. Mimo wyjącego silnika słyszałem wyraźnie, jak ten ktoś nonszalancko gwiżdże przez szparę w przednich zębach.]

…ale o czym by tu? Może o cygarach, coto je mają poprzygaszać:

Najlepsze cygara na świecie są zwijane na spoconych udach kubańskich kobiet.

Wszyscy mówią, że to legenda.

A ja tę legendę widziałem na własne oczy. Mogę nawet pokazać, przy której uliczce w Hawanie. Ba, założęsię, że jedna z postaci – pewna spocona Murzynka – do dnia dzisiejszego siedzi pod tym samym spłowiałym szyldem z napisem: „Cygara PRAWDZIWE” wymalowanym na kawałku dykty, i nadal skręca. Powiedzcie jej, że to, cowłaśnie robi to tylko bujda, a już ona wam wybije z głowy słowo „legenda”.

Prawdziwe cygaro to dzieło sztuki. Coś takiego zbrodnia gasić i wyrzucać w połowie długości – dlatego prawdziwe się jedynie przygasza, a potem zapala ponownie. [Przypis: Są jeszcze półprawdziwe, które zwija się spoconą dłonią na drewnianym stoliku, oraz zupełnie nieprawdziwe, czyli podrabiane – powstają w sterylnych warunkach produkcji masowej. Te ostatnie bywają bardzo… udatne. Ale dla znawcy są jak koncert na skrzypcach elektrycznych kontra stary dobry stradivarius.]

Nie jestem palaczem i nigdy nie byłem, a jednak cygar w moim życiu wypaliłem całe setki. To ze względu na specyficzne zasady obowiązujące na pokładach kubańskich linii lotniczych…

Zamiast posadzić palaczy z tyłu, a resztę ludzi z przodu i oddzielić te dwie grupy jakąś zasłonką, Kubańczycy stosowali (może jeszcze stosują, ale ja już ich liniami nie podróżuję) podział wzdłuż osi samolotu – lewa strona dla palących, prawa dla niepalących. A dym oczywiście miał to wszystko w nosie i leciał gdzie mu się żywnie podobało. Zresztą, on nie bardzo miał gdzie latać, bo było go tyle, że się raczej tłoczył w każdym dostępnym miejscu.

Jednej ze stewardes zadałem uszczypliwe pytanie: cobędzie, gdy otworzę drzwi do toalety?

– Czy przypadkiem nie zostanę obsikany wodą przez automat przeciwpożarowy?

– Spokojnie, compańero, wszystkie detektory dymu zostały odłączone.

– A gdyby wybuchł prawdziwy pożar, to co?!

– Na naszych pokładach nie może wybuchnąć.

– Są całkowicie niepalne – dodała rzeczowo i oddaliła się bokiem, to znaczy odwrócona pupą do palaczy, a przodem do mnie.

Dlaczego szła bokiem?

Bo widzicie, Kubanki bywają grube i chude, piękne i brzydkie, białe i czarne, ale wszystkie mają bardzo szerokie kości miednicy. Tak szerokie, że nie mieszczą się w normalnym przejściu między fotelami samolotu. To znaczy może by się zmieściły w Boeingu, ale mają do dyspozycji wyłącznie ruskie Iły, a Iły projektowano bez uwzględnienia takiego parametru jak „komfort”.

(Fizyczny przymus poruszania się bokiem miał swoje konsekwencje przy serwowaniu posiłków: najpierw karmiono pasażerów siedzących po jednej stronie samolotu, bo dopiero gdy stewardesy doszły do ogona, mogły się odwrócić przodem do pozostałych. Zawsze, gdy podziwiałem te manewry, kusiło mnie, żeby im rozdać stroje do krakowiaka.)

* * *

Wkrótce po tym, jak jeden silnik zgasł, stewardesy z uśmiechami na twarzach zaczęły roznosić butelki rumu. (Te ich uśmiechy wydały mi się mocno podejrzane, bo pojawiły się po raz pierwszy odkąd wystartowaliśmy.)

Dziwne – myślę sobie – zazwyczaj, kiedy samolot podchodzi do lądowania z b i e r a się napoje. Zazwyczaj też rum ścibią człowiekowi po kropelce, a nie rozdają flaszkami.

Nagle zaczęło jakoś tak inaczej rzęzić. I jakby trochę kiwać… Przypominało to desperackie próby unoszenia dziobu samolotu do góry, podczas gdy dziób zdecydowanie chce zacząćpikować.

Pasażerowie zaczęli się nerwowo wiercić. Tylko kilku zajęło się rumem, reszta była coraz bardziej…

– UWAGA – wrzasnęła jedna ze stewardes skupiając na sobie naszą uwagę. – Dzisiaj święto Fidela Castro, Wodza Naszej Rewolucji. Z tej okazji linie lotnicze Cubana de Aviación pragną wznieść toast: VIVA FIDEL! y CUBA LIBRE!

– VIVA! – odpowiedział zgodny chór pasażerskich głosów. Butelki poszły w ruch i wszyscy zaczęli myśleć o czym innym… Ktoś siedzący za moimi plecami przysunął się nagle i szepnął mi prosto w ucho! lądowanie na dnie morza to też lądowanie.

LĄDOWANIE

Wylądowaliśmy.

Z łomotem i bardzo twardo. Aż nam wszystkim żołądki grzmotnęły o pięty. Najwyraźniej resory pod nami właśnie przeszły w stan wiecznego spoczynku.