Msza trwała dużo dłużej niż zwykle – była wielokrotnie przerywana kwileniem nowo narodzonego dziecięcia. Wówczas kapłan odkładał liturgię, a wierni intonowali kolejną kołysankę.
Tak jak na wstępie huczeli pełnymi głosami, tak teraz śpiewali szeptem – Lulajże Jezuniu… Oj Maluśki, Maluśki, Maluśki… Matka kołysała dziecko albo karmiła je piersią, a oni śpiewali małemu do białego rana. [Przypis: Dla jaśniejszego obrazu, w miejsce hiszpańskich, daję tu polskie tytuły o charakterze kołysanek, [przyp. tłumacza]].
MORAŁ:
Czegoś takiego nie widziałem, nigdzie indziej na świecie. Najpiękniejsza Pasterka w moim życiu. Najpiękniejsze Jasełka. Najpiękniejsza szopka.
Niestety nie da się tego dobrze opowiedzieć – trzeba pojechać i zobaczyć, przeżyć na własnej skórze. A ona jest wtedy gęsia od wzruszenia.
TROPIKALNE NOCE
Wyprawa to wyprawa – nie można wybrzydzać – sypia się tam, gdzie można. Gdzie akurat człowieka zastanie noc. Sypiałem więc na dnie łodzi (conad ranem zawsze oznacza, że w kałuży wody), sypiałem na plaży (co nad ranem oznacza., że robi się człowiekowi przeraźliwie zimno), w hamaku zawieszonym pod ciężarówką (zawsze skądś kapie olej, i zawsze trafia w oko), w wagonie towarowym (wszystko zależy od rodzaju towaru, ale w praktyce jedyne nieplombowane wagony wożą albo węgiel, rudę i boksyty, czyli kamienie, albo bydło – rogate i kopytne). Spałem też na ulicach Mexico City – największego miasta świata (tamtejsza biedota, jako miejscowa, miała pierwszeństwo do ciepłych kratek metra, a mnie zostawał karton na betonie), spałem nawet w łóżku Sylwestra Stallone (bez Sylwestra!, było to w luksusowej restauracji Mauna Loa, w karaibskim kurorcie Cancun – Sylwek już wyjechał, Arnold (Schwarzenegger, jakbyście nie wiedzieli) przyjeżdżał dopiero za dwa dni, a kierowniczką była moja… koleżanka [Przypis: Zbieżność ze słowem leżankawystępuje jedynie w języku polskim – w oryginale Autor napisał amiga. Ale zaraz, zaraz… amiga pochodzi od amar, no wiecie amorozo i te rzeczy… [przyp. tłumacza]* * Ha, ha, ha. Baaardzo śmieszne, [przyp. Autora])].
Jednak najbardziej egzotycznym miejscem noclegowym był dom publiczny w porcie Colón, w Panamie.
Posłuchajcie…
Do portu przybiliśmy nocą. Jacht, którym płynąłem, nie mógł czekać do rana, więc mnie wysadził na brzeg i musiałem sobie poszukać jakiegoś noclegu. Mógłbym rzecz jasna spać na molo, ale Colón to miasto biedoty – bardzo niebezpieczne – i nie wiadomo, czy bym się jeszcze obudził.
Ponieważ w najbliższej okolicy nie było innych, normalnych hoteli, wynająłem pokój w domu z czerwonymi firankami, czerwonymi lampkami, czerwoną pościelą i damską obsługą mocno wy – szminkowaną na czerwono.
Ta obsługa miała na sobie więcej szminki niż ubrania. To przyciągało wzrok. Właściwie nie tylko wzrok – przykuwało całą uwagę. Szczególnie tę jej część, która mieści się w okolicy lędźwiów. Ale…
ale… ale w końcu jakoś się człowiek otrząsał, uświadamiał sobie, że to tylko szminka i trochę gołej skóry…
A potem obsługa bardzo się dziwiła, że stanowczo odmawiam wpuszczenia którejś panienki do pokoju.
Ostatecznie jednak uznano, że klient ma zawsze rację, nawet jeżeli zachowuje się jak wariat, więc skoro płacę za wszystko, choć z części usług nie korzystam, to już moja osobista sprawa. I tak byłem tu najlepszym klientem od niepamiętnych czasów – pozostali wynajmowali pokoje na godzinę, maksimum dwie, a ja zapłaciłem za całą noc z góry!
Następnego ranka wszystkie panie (z lekko rozmazaną szminką) dygały na mój widok grzecznie i zwracały się do mnie proszę księdza.
POKÓJ Z PRYSZNICEM
Kilka lat później wylądowałem w stolicy Gujany, Georgetown.
To też miasto portowe i raczej niebezpieczne. W najbardziej eleganckiej restauracji w centrum, wisiały na ścianach następujące tabliczki:
ZARZĄDZENIE DYREKCJI:
Za potłuczone butelki i szklanki pobiera się opłaty.
ZARZĄDZENIE DYREKCJI:
Zabrania się tańczyć po stołach.
ZARZĄDZENIE DYREKCJI:
Surowy zakaz bijatyk!
Przypominam: to wisiało w najbardziej eleganckiej restauracji! (O innych opowiem następnym razem, I na pewno nie przy dzieciach.)
Po przeczytaniu powyższych ogłoszeń, zrozumiałem, gdzie jestem: miasto – mordownia. A więc w trybie pilnym muszę poszukać noclegu – spanie w hamaku w parku odpada.
Pokoje do wynajęcia znalazłem w sympatycznym drewnianym domu, który zbudowano jeszcze w okresie kolonii brytyjskiej, w stylu znanym z Indii czasów Królowej Wiktorii. Miał liczne przewiewne werandy i balkony, fruwające firany itd.
Ściany i podłogi też były przewiewne – wszystkie deski tak rozeschnięte, że przez szpary można było bez większego trudu obserwować życie po drugiej stronie. (Na upartego przez taką ścianę można by pożyczyć gazetę od sąsiada.) Mimo to całość wyglądała przyjemnie – trochę jak klasyczny statek parowy na Missisipi.
Ale tylko od środka. Od zewnątrz hotelik wyglądał jak warownia – wszędzie solidne kraty, druty kolczaste, a nad recepcją informacja, że dookoła pełno złodziei, za co hotel nie ponosi żadnej odpowiedzialności, i że w mieście często nie ma prądu ani wody, za co hotel tym bardziej nie ponosi odpowiedzialności. Generalnie proszę się więc dobrze pilnować, conajłatwiej robić w ogóle nie wychodząc z hotelu.
Zapytano mnie, czy chcę mieszkać na pierwszym piętrze, czy na ostatnim, to znaczy drugim?
Wybrałem pierwsze. Drugie było wprawdzie bardziej przewiewne, ale leżało bezpośrednio pod rozgrzanym do czerwoności blaszanym dachem. (Ponadto na pierwsze łatwiej dojść – w Georgetown temperatura nie lubi spadać poniżej 30 stopni Celsjusza, a wilgotność zawsze trochę przypomina pralnię.)
Wchodzę do mojego pokoju i cowidzę? Kolejne ogłoszenie:
Prosimy nie pluć na podłogę
– pod spodem też mieszkają ludzie,
/ – /DYREKCJA
Biegiem poleciałem z powrotem do recepcji z prośbą o przeniesienie pod sam dach.
– Tak żeby nade mną już nikt niemieszkał. Bardzo proszę żadnych pomieszczeń w stylu sypialenka dla kucharki, albo suszarnia na pościel. Nade mną ma być już tylko dach, a potem niebo.
Żadnych plujących po podłodze.
A oni – ci z recepcji – chyba się nawet ucieszyli, że zwolniłem pokój na niższym piętrze, bo w ramach rekompensaty za rozgrzaną blachę dostałem kluczyk do osobnej łazienki. (Pozostali goście mieli jedną łazienkę dla wszystkich i czasami czekali w kolejce.)
Wchodzę do tego mojego prywatnego prysznica, a tu na środku podłogi stoi wiadro z wodą oraz miseczka do polewania. Niespecjalnie mnie to zdziwiło, bo w całej Ameryce Łacińskiej jest to standard. Jedynie najlepsze hotele stać na własne zbiorniki i pompy – wtedy zawsze mają bieżącą wodę – w pozostałych napełnia się wszystkie dostępne wiadra, kiedy w miejskim kranie raczy na chwilę zaistnieć ciśnienie.