Ponieważ Indianin znów zaczął niebezpiecznie podnosić głos i ze złością błyskać oczami, przerwałem odpytywanie i sam zająłem się konsumpcją. Dobre, niedobre – nieistotne, przecież nie mieliśmy nic innego.
Dla zabicia nieprzyjemnego smaku, zagryzałem moje mrówki dziką papryką. Ma wielkość ziarenka grochu i jest wściekle ostra. Indianie dodają jej do wszystkiego, żeby zabić głód. Podobno zabija także pasożyty przewodu pokarmowego. (Oceniając po smaku, myślę, że w odpowiedniej dawce jest w stanie zabić wszystko.)
Kiedy uznałem, że Indianin się uspokoił, wznowiłem zarzucony temat:
– A czemu Dzicy nie chcą nas wpuścić na swoje ziemie i wciąż wbijają nam na ścieżkach skrzyżowane dzidy?
– To przez ciebie. Ja mogę tam iść kiedy zechcę.
– W spodenkach?
– W spodenkach nie.
– A jak zdejmiesz?
– Jak zdejmę to mogę, bo wtedy jestem Dzikim. Ale tylko wtedy! Zapamiętaj sobie, gringo, tylko wtedy!
– A jeśli ja bym zdjął moje spodenki, to mnie wpuszczą?
– Ty nie jesteś Dziki.
– Nie bądź tego taki pewien…
W tym momencie ugryzłem się w język. Nie chciałem żeby się dowiedzieli. Znaliśmy się zbyt krótko. Wprawdzie już mnie zaakceptowali, pozwolili mieszkać w swojej wiosce, zabierali na polowania, ale szaman nadal podchodził do mnie z rezerwą. Nie wiedziałem, jak mogliby zareagować na wiadomość, że jednak…
– Jadłeś ludzi, gringo, prawda? – Indianin nie pierwszy raz czytał mi w myślach.
(Oni wszyscy topotrafią. Nazywajcie to intuicją, ja i tak wiem – wiem na pewno! – że to coś dużo większego od intuicji. Specyficzna forma otwarcia umysłu na to wszystko, na co umysł białego człowieka zamknął się przed wiekami, przerażony widokiem płonących stosów Inkwizycji.)
– Raz jeden, jadłem człowieka.
– Ktoś ci w to wierzy, gringo?
– Nie. Zresztą… nie bardzo się tym chwalę, bo i nie ma czym, a kiedy już komuś powiem, to tylko parskają na mnie, że bujda.
– A ja ci wierzę – rzucił trochę od niechcenia, jakbyśmy konwersowali o ogryzaniu kolby kukurydzy.
– Opowiedz, jak smakuje człowiek – wtrącił ten drugi. Nawet głos mu nie drgnął. Jakby pytał nie o ludzkie mięso, ale o jakość świątecznego pasztetu cioci.
– Smakował jak zupa z bananów z dodatkiem popiołu. – He?
– Najpierw bardzo dokładnie spalili ciało, a potem popioły dodali do zupy.
– Czemu tak?
– To jedno z plemion wędrownych. W ten sposób zabierają swoich zmarłych dokądkolwiek idą.
– A czemu tobie dali tej zupy?
– Bo to był myśliwy, tak jak wy, i przed śmiercią zażyczył sobie, żebym go zabrał do mojej krainy. Chciał zobaczyć zwierzęta, o których mu opowiadałem. Ostatniej prośbie zmarłego się nie odmawia.
– W ten sposób zostałeś jednym z nich, gringo. Połączyłeś się z duszą tego plemienia. Dokądkolwiek poszli jesteś z nimi, a oni z tobą. Nasz Czarownik to czuje, dlatego się ciebie trochę boi.
Po tych słowach zapadła cisza. Żaden z nas nie miał nic więcej do powiedzenia. Było całkiem ciemno – czarna tropikalna noc – księżyc jakoś nie wschodził, a z ogniska pozostał tylko żar i samotny fioletowy płomyk pełgający sennie. W milczeniu jedliśmy mrówki.
Nagle, pośród tej ciszy, w fioletowej poświacie dogasającego ognia, pojawiła się postać szamana. Nie wiadomo skąd, bezszelestnie. Podszedł nas niezauważony nawet przez moich towarzyszy; podobno najlepszych tropicieli.
Przestraszyłem się śmiertelnie. Skurczyłem w sobie. Takie sceny nie wróżą nic dobrego. To w końcu nadal dzicy ludzie, nawet jeżeli czasami wkładają spodenki. Groźna, obca kultura, której nie poznałem na tyle, by się tu czuć bezpiecznie.
– Opowiedz nam o tamtych Dzikich – głos szamana był zupełnie spokojny, a nawet łagodny.
Najmniejszego cienia groźby, raczej coś na kształt przeprosin za to nagłe najście.
– Opowiedz o wszystkich, których spotkałeś, zanim trafiłeś do nas – zachęcił, kucając przy ogniu.
– To byłaby bardzo długa Opowieść.
– Nie szkodzi. Na deszcz się nie zanosi, a dopóki nie przybędzie wody w rzece, i tak nie masz stąd jak odpłynąć. Opowiadaj więc.
Cóż było robić – Indianom się nie odmawia, w każdym razie nie Dzikim. Kiedy ktoś ma twarz wymalowaną na czerwono, piórko w nosie i naszyjnik z zębów jaguara, a w dodatku pojawia się nagle nie wiadomo skąd, o jakieś trzy dni ostrego marszu od wioski, kiedy ktoś taki cię o coś prosi, odmawiać byłoby nieroztropnie. Postanowiłem więc, bez dalszego ociągania się, zacząć moją Opowieść. Ale nie zdążyłem…
W chwili, gdy otwierałem usta, wypadła mi przez nie niedojedzona mrówka, którą wcześniej, ze strachu, zapomniałem przełknąć.
– Znowu jecie to świństwo?! – oburzył się szaman. – Mówiłem wam tyle razy, że od jedzenia „czerwonych łbów” więdnie pinga.
Obaj Indianie zarechotali śmiechem.
– Nam jakoś nie więdnie. Przeciwnie, jeszcze bardziej nam się chce.
– Bo za długo jesteście na polowaniu.
Po tych słowach Czarownik podłożył do ognia, Indianie umości – li się wygodnie w swoich hamakach, a ja, już bez przeszkód, zacząłem moją Opowieść. A potem, przez kolejne wieczory, opowiadałem im jeszcze wiele różnych historii, zawsze zaczynając tak samo:
– Posłuchajcie…
CZĘŚĆ 1 WYPRAWY DO DZIKICH PLEMION
Podobno nie ma już nad Amazonką plemion, które nigdy nie zaznały kontaktu ze światem zewnętrznym.Nie ma Indian tak odizolowanych,, że jeszcze nigdy nie widzieli Białych.
Ale to wcale nie znaczy, że człowiek cywilizowany bezpowrotnie utracił szansę na spotkanie ludzi żyjących w sta – nie pierwotnym. Są przecieżodległe połacie dżungli do dziś nie tknięte przez cywilizację. Nigdy wcześniej nie eksplorowane, albo eksplorowane tak dawno temu, że wszyscy świadkowie tamtych czasów pomarli, a zdarzenia ź nimi związane zarosły gąszczem legend i zapomnienia. Takie miejsca wciąż stanowią schronienie Dzikich.
DZICY
Wieczorami zasiadają w kucki przy wspólnych ogniskach; w szałasach pełnych dymu, który ma odstraszać moskity.
Niskie, krępe postacie o miedzianobrązowym kolorze skóry. Czasami wymalowane czerwoną maścią z roztartych nasion onoto – jej zapach chroni skórę przed insektami. Nagie, albo prawie nagie ciała – niewielka przepaska biodrowa raczej podkreśla, niż zasłania. Zresztą ludzie tutaj są dumni z tego jak wyposażyła ich natura, i obnoszą to publicznie.
Wszyscy – kobiety, mężczyźni, dzieci – mają poprzekłuwane nosy i uszy, czasami także wargi i policzki; przetknięte przez nie piórka, kolorowe ciernie, rybie ości, kły dzikich zwierząt – to indiańska biżuteria.
Siedzą tak skupieni wokół ognia godzinę, może dwie – tu nikt nie mierzy czasu – czekają chwili, gdy moskity odlecą spać i będzie się można bezpiecznie rozejść do hamaków.
Te wieczorne godziny to pora Opowieści.
Niektóre z nich dotyczą czasów bardzo odległych. Takich, których nie pamiętają nawet najstarsi mieszkańcy wioski. Takich, których nie pamiętał nikt z żyjących już wtedy, gdy dzisiejsi Najstarsi byli jeszcze Najmłodszymi.
W tych Opowieściach pojawiają się niekiedy tajemnicze osoby o oczach w kolorze nieba i skórze tak bladej, jak brzuch oskubanego z piór ptaka garsa. O skórze bladej niemożliwie. Niewyobrażalnie.