Выбрать главу

– Zadziałało? – pchnąłem go z powrotem w kierunku głównego wątku.

– GENIALNIE! Połapałem całe chmary. I do dziś najchętniej stosuję ananasa z siuśkami. Taki, można powiedzieć, polski sznyt. Motyle na to idą, Sorbona płaci… Gdyby oni wiedzieli, za co konkretnie…

POŻERACZ OWADÓW

Reszta wieczoru upłynęła nam na kolacji, w czasie której opowiadaliśmy sobie różne egzotyczne historie związane z owadami. Z moich Opowieści entomologicznych najbardziej interesowało go, co jak smakuje, ponieważ on, jak do tej pory, żadnego robactwa nie jadał, a ja owszem. Nawet często. Niestety.

Relacjonowałem więc, że smażona szarańcza, którą można kupić na wielu bazarach w północnym Meksyku, smakuje jak skwarki polanę karmelem (oni ją smażą tak jak frytki – na głębokim oleju – a następnie dosypują cukru albo dodają miodu), pieczone mrówki smakują starą patelnią, natomiast żywechrupią w zębach i pieką w język, a najgorsze ze wszystkiego są świeże pędraki – ulubiona potrawa niektórych Indian. Są podobno bardzo bogate w witaminy, ale kiedy je przegryźć, to tak, jakby się człowiekowi odbiło żółcią, fuj.

* * *

Kończymy kolację. Jest już późny wieczór, więc zbieram się do wyjścia, a facet nagle mówi, a właściwie zaczyna dukać:

– Panie Wojtku… niech się pan nie obrazi, wie pan… nie mam śmiałości, ale chciałem pana prosić o pewną przysługę.

– Ależ oczywiście, w czym problem?

– Jakoś tak mi trochę głupio – facet wije się, jak piskorz, a z zażenowania jest czerwony jak burak.

– Proszę mówić bez ogródek – zachęcam – najwyżej odmówię, ale obiecuję, że się nie obrażę.

– No dobrze. To czy w takim razie mógłby pan u mnie w łazience zrobić… no wie pan… tego, i nie spuszczać wody.

Zamurowało mnie na chwilę.

– Co mani zrobić u pana w łazience?

– No… – tu zrobił minę, która miała mi odpowiedzieć na pytanie, ale nie odpowiedziała, a potem dodał – I nie spuszczać wody.

– Mam zrobić siusiu, tak? – zaczynałem się czuć dziwnie.

Nie znałem go wcześniej, widzieliśmy się po raz pierwszy w życiu, a w dzisiejszych czasach spotyka się różne zboczenia.

– Nie siusiu – bąka mój gospodarz, wyraźnie zawstydzony – tylko… to drugie.

– A PO CO TO PANU???

– Do kolekcji.

– Myślałem, że pan zbiera motyle.

– Nie tylko.

Chwilę to trwało, ale w końcu jakoś wyszedłem z szoku. Nie miałem zamiaru nic robić, ale mnie facet nieźle zaciekawił, więc pytam:

– A jak już zrobię to, o coPan prosi, copotem?

– Wypreparuję i do gablotki. A ewentualny nadmiar może się uda spieniężyć na giełdzie. Chociaż na takie rzeczy jest bardzo mało amatorów. Trzeba trafić konesera. Wie pan, ludzie zbierają żuczki, ale takie, które widać.

– Jakie żuczki? – nagle odniosłem wrażenie, że każdy z nas mówi o czymś innym.

– No te, które pan teraz ma w jelitach – powiedział to tak, jakby żuczki w brzuchu, występowały równie powszechnie, co soki żołądkowe. – Jadł pan te pędraki, prawda?

– Ale dokładnie pogryzłem, na pewno żaden nie przeżył.

– Nie musiał, to nie one. Większość z nich, z tych dużych pędraków, ma w środku pasożyty Takie maleńkie żuczki, które wyjadają pędraka od środka, cośjak owadzie canero. Zna pan canero? Taki mały sumik, co wpływa w otwory…

– Znam. Proszę mówić dalej o żuczkach.

– Jest spora szansa, że kilka upolujemy. Tylko niech pan pamięta i nie spuszcza wody.

Reszta wieczoru była odrobinę krępująca. Ale mój gospodarz czekał cierpliwie. I doczekał się.

Niestety (albo raczej na szczęście, a właściwie jedno i drugie naraz) wszystkie pędraki, które jadłem nad Amazonką, były zdrowe – trafiliśmy więc… Jak by to zgrabnie ująć?…same puste losy.

Pan entomolog ujął to bardziej syntetycznie. Kiedy podniósł głowę znad mikroskopu, a ja go zapytałem, cotam znalazł, odpowiedział krótko:

– G

ŁOWCA AMATOR

Osobiście nie jestem szczególnym pasjonatem motyli.

Owszem lubię je… pooglądać w gablotkach, poczytać, jak się na ich temat rozpisuje Arkady Fiedler, ale wszystko to w umiarkowanych ilościach. Nigdy też nie ganiałem po łąkach z siatką na motyle. I tylko raz w życiu udało mi się motyla złapać. Niestety, nawet nie potrafię powiedzieć, czy był piękny. Wiem natomiast z całą pewnością, że trafił mi się gatunek mięsożerny – Motyl Krwiopijca… Właściwie nie, dokładnie rzecz ujmując – Motyl Canero. Posłuchajcie…

Było to nad brzegami Orinoko.

Pewnego razu cośmnie boleśnie ugryzło w palec u nogi. (Gdyby to była dłoń, powiedzielibyśmy, że w palec serdeczny.)

Ugryzło, to ugryzło – jakby się człowiek przejmował takimi sprawami, to by nie jeździł do dżungli. W czasie wyprawy, przez wiele tygodni nie ma szans na spotkanie lekarza, więc po pierwsze – trzeba uważać, po drugie – nie przejmować się, a po trzecie – radzić sobie samemu, kiedy trzeba.

Z krwawiącym paluchem podszedłem do wody. Wycisnąłem ranę, przepłukałem, a następnie zanurzyłem stopę w gorącym wyprażonym przez słońce piachu – żeby się wszystko dokładnie zaklajstrowało.

Piasek na ogół nie jest godnym polecenia środkiem opatrunkowym, ale w tym przypadku nie miałem pod ręką (nogą?) nic lepszego. Poza tym to nie był zwyczajny piasek…

W swoim górnym biegu, Orinoko płynie przez kompletne odludzie. W promieniu kilkuset kilometrów nie ma śladu cywilizacji, więc jest tam czysto. Ponadto tamtejszy piasek jest bielusieńki jak sproszkowany kryształ – sam kwarc, bez domieszek, paprochów itp. Przez wiele godzin każdego dnia, wystawiony na bakteriobójcze działanie promieni słonecznych i temperatury – nagrzewa się jak piec hutniczy i po prostu MUSI być wysterylizowany.

Nie ma o czym gadać – zaklajstrowało się pięknie i wygoiło w ciągu kilku dni, tak że o całej sprawie szybko zapomniałem.

Po miesiącu, w samolocie powrotnym zCaracas do Miami, poczułem się nieswojo – zabolał mnie ten palec. Ale jakoś tak… dziwacznie, bo raz – przez jedną krótką chwilę – a potem spokój. Z a b o l a ł, a nie r o z b o l a ł.

Potem już nie działo się nic, więc znowu o całej sprawie zapomniałem.

* * *

Pierwsza noc po powrocie do Polski:

Budzę się, wyrwany ze snu gwałtownym atakiem bólu. Po chwili uderzył następny. I jeszcze jeden. Jakby mi ktoś grzebał igłą w palcu – w otwartej ranie. A rana przecież dawno zagojona. Ba, nie byłem już nawet pewien, czy to ten sam palec.

Następnego dnia pobiegłem do znajomego specjalisty od chorób tropikalnych. Obejrzał stopę i mówi, że nic nie widzi. Tylko niewielki, dawno zagojony ślad po ukąszeniu.

– Ugryzło cię coś? – pyta.

– Nie jestem pewien, chyba ugryzło, ale równie dobrze mogłem wdepnąć na jakiś ostry badyl.

– Na moje oko to masz w palcu pasażera.

– ???

– Tam cośsiedzi. Żywe.

– Obcy, ósmy, Nostromo?

– Raczej motyl – albo ćma. Teraz się przepoczwarzą i przy okazji trochę wierci. Wtedy cięboli. Poza tym leży, ssie krew i rośnie. Nie wiem na pewno, bo to mój pierwszy przypadek tego rodzaju, ale czytałem o takich, które zamiast ssać, wyżerają mięso od środka i mogą się przemieszczać… A może to chodziło o rybki… Nieważne. Przemieścił ci się?