Dżungla tylko z pozoru wydaje się zatłoczona. Kto ją poznał od środka, wie jakie to przerażające pustkowie.
Ale żeby można mówić o biegunie dżungli, owo pustkowie musi być położone na końcu świata.
A gdzie on właściwie jest?
Na biegunie północnym? Bez wątpienia: tak!
Na południowym? Też.
A na szczycie Himalajów? Tak. Tam również, z całą pewnością, jest koniec świata. Świat to przecież – z grubsza rzecz ujmując – kula, ma więc wiele końców. Z lekcji geometrii wynika nawet, że nieskończenie wiele.
A z lekcji geografii? Jak rozpoznać, że się właśnie dotarło na jeden z nich?
To proste – koniec świata jest punktem, z którego nie sposób pójść nigdzie dalej. Kiedy staniesz na biegunie lub na szczycie Everestu i rozejrzysz się wokoło, stwierdzisz, że droga TAM skończyła się i zniknęła, i że od tej chwili wszystkie drogi prowadzą już tylko z powrotem.
Dlatego właśnie wyprawę do bieguna dżungli zostawiłem sobie na koniec tej
książki.[Przypis: Wcale nie twierdzę, że czas już wracać do domu, po prostu czasami milo jest wrócić, żeby ruszyć w kolejną wyprawę.].
Znawcy zagadnienia twierdzą, że dwa najtrudniejsze do przejścia obszary porośnięte tropikalną puszczą to Borneo (na półkuli wschodniej) i Darien (na zachodniej). Mówią, że kto tam dotrze i przeżyje – kto je pokona – ten zdobył biegun dżungli.
Z Polaków, na biegunie wschodnim był Jacek Pałkiewicz – o nikim innym nie słyszałem. Na biegunie zachodnim było nas dwoje – ja, gringo, i ona, Blondynka.
Posłuchajcie…
PRZESMYK DARIEN
Przesmyk Darien (Darien Gap) leży tam, gdzie Panama graniczy z Kolumbią. To ten cieniutki pasek lądu (w formie frywolnego wyrostka lub – jak twierdzą inni – pępowiny), który sterczy z górnego czubka Ameryki Południowej. Tamtędy Ameryka Południowa łączy się ze Środkową, a potem? trochę niepostrzeżenie, przechodzi w Amerykę Północną. Na mapach Darien wygląda mizernie i z tej przyczyny, kiedy to tylko możliwe, kartografowie go nie rysują – żeby nie psuł zgrabnego obrysu kontynentu.
Jednak w rzeczywistości jest to bardzo solidny kawał lądu pofałdowany w niewysokie, ale wyjątkowo strome góry, porośnięty tropikalną puszczą (jeden z ostatnich na kuli ziemskiej obszarów dżungli nietkniętych siekierą cywilizacji) i na dodatek – od strony kolumbijskiej – zatarasowany bagnami. Z powyższych powodów, Darien uchodzi za nieprzebyty. [Przypis: Oczywiście grupy miejscowych Indian od tysięcy lat przemierzają Darien w tę i z powrotem praktycznie codziennie, ale oni nie są ani podróżnikami, ani odkrywcami, więc się nie liczą.]
To przekonanie potwierdza choćby historia budowy Panamericany, czyli systemu dróg asfaltowych, który miał połączyć Ziemię Ognistą z Alaską.
Doborowe siły konstruktorskie z całego świata, ogromne buldożery i miliony dolarów pokonały Andy – góry wysokie, Amazonię – lasy szerokie i pustynie długie – jak Atacama – ale utknęły w Darien. Próbowały się przezeń przegryźć na kilka sposobów, lecz go nie zmogły. Wciąż trwa nieprzebyty. [Przypis: Oczywiście od wielu lat przemierzają go, praktycznie codziennie, karawany przemytników kokainy, które z Kolumbii kierują się nad Kanał Panamski, by tam zrzucić towarna jakiś statek, a samemu już bez bagażu, za to z solidnym rulonem dolarów w kieszeni, powrócić do domu samolotem. Ponieważ jednak te karawany składają się z Indian, a nie z podróżników i odkrywców, więc też się nie liczą.].
W kilku miejscowościach po obu stronach Przesmyku do dziś sterczą z błota pordzewiałe wraki wielkich spychaczy z resztkami charakterystycznej żółtej farby do metalu. (Jest sprzedawana w puszkach z napisem: Maluj ostrożnie!!! Jak zaschnie, zdrapać trudno, a sama NIGDY się nie złuszczy.) Te wraki, to ślady międzynarodowej machiny, która połamała sobie w Darien zębiska, a następnie ze skamleniem wycofała się ryć gdzie indziej.
Zamorscy konstruktorzy zwijali manatki w poczuciu wstydu i klęski. Zrejterowali wszyscy – budowę podejmowało, a potem porzucało, kilka kolejnych Międzynarodowych Koncernów Drogowych.
Po każdej takiej ucieczce pozostawały pisemne usprawiedliwienia w postaci szczegółowych wyliczeń mających dowieść, że bardziej sensowne będzie utrzymywanie stałych przepraw promowych przewożących ludzi i towary dookoła Przesmyku niż stawianie autostrady na betonowych palach w poprzek tropikalnych bagien, dżungli i gór.
Poza wrakami żółtych machin, zamorscy konstruktorzy zostawili także pewne charakterystyczne ślady w lokalnej kulturze. Okoliczna ludność do dziś żywi przekonanie, że wszystkich przybyszów o białym kolorze skóry należy tytułować panie inżynierze (zamiast tradycyjnego gringo) oraz że praca inżyniera polega na drapaniu się w głowę, robieniu coraz bardziej strapionych min oraz nerwowym żuciu końcówek własnych wąsów.
Ponadto kilka razy na dzień w panach inżynierach coś narasta… wzbiera… dojrzewa… a w końcu wybucha. Wtedy zaczynają ciskać o ziemię drobnymi przedmiotami (czapka, okulary, fajka, rulony papieru) oraz przeklinać wszystko dookoła. Niektórzy przy tym mocno tupią nogami, wgniatając w błoto prywatne czapki, okulary i fajki oraz służbowe rulony papieru. (Wówczas lepiej się odsunąć, jeżeli nie chce się być ochlapanym.)
Żeby jakoś zakamuflować swoją wstydliwą porażkę, Biali uknuli międzynarodowy spisek kartograficzny, polegający na tym, że na większości map wyrysowuje się Autostradę Panamerykańską jako dumną czerwoną linię, która biegnie, i tu uwaga, n.i.e.p.r.z.e.r.w.a.n.i.e z Alaski aż na Ziemię Ognistą.
Owo „nieprzerwanie” istnieje jednak tylko na papierze. W rzeczywistości Panamericana nigdy nie została ukończona!
W samym jej środku brakuje sporego kawałka. Optymiści mówią o 200 kilometrach, a z moich doświadczeń wynika, że to raczej 500. Asfalt urywa się jakieś 60 kilometrów na południe od Panama City. Dalej biegnie stopniowo zanikająca żwirówka, potem droga polna, którą rozklekotane autobusy i ciężarówki terenowe starają się jakoś dobrnąć do osady Yaviza. (W porze obfitych deszczów na ostatnim odcinku autobusy zastępuje traktor albo muły)
Za Yavizą nie ma już nic. Nic comogłoby przypominać drogę. Jakąkolwiek drogę, nie wspominając o Autostradzie.
Ale n.ie.p.r.z.e.r.w.a.n.a czerwona linia się tym nie zraża i biegnie sobie dalej – po mapie. Przecina nieprzebyte gąszcze, góry i bagna, czasami trafia (choć sama o tym nie wie) w leśne ścieżki wydeptane bosymi stopami Indian albo w strumienie którymi poruszają się wąskie czółna plemienia Chocó, i wreszcie dociera do miasta Medellin.
Umiejętne wykorzystanie tych ścieżek i strumieni może człowieka pieszego zaprowadzić na drugą stronę Darien – do Kolumbii – tam z kolei, kierując się do Medellin, natrafi on na dalszy ciąg Panamericany (tym razem prawdziwej – zrobionej z asfaltu, a nie z farby drukarskiej), ale zanim się to stanie, trzeba jeszcze przekroczyć biegun dżungli.
Autostradą na pewno się nie da bo jej tam NIE MA!
Byłem, widziałem – wiem! Veni, vidi, vici.
[Przypis: Przyszedłem, zobaczyłem, zwyciężyłem – słowa Juliusza Cezara zawiadamiającego senat o swym zwycięstwie nad królem Pontu Farnacesem w 47 r. p.n.e. [przyp. tłumacza]]