Выбрать главу

Innym razem gazety szeroko pisały o losie niemieckiego turysty, który postanowił przejść Darien i podobno wyszedł z tego żywy, ale dopiero po pół roku, nie całkiem świadom tego, gdzie jest i co robi, a na dodatek oskubany ze wszystkiego, comiał przy sobie. Oskubany doszczętnie… Jak by to inaczej powiedzieć… do gołej skóry.

Kolumbijski patrol zainteresował się nim, kiedy kompletnie nagi paradował przez poletko manioku, a hałastra dzieciarni biegła za nim z wrzaskiem pokazując sobie palcami, coon tam ma.(Miał tatuaż przedstawiający smoka, który ział z pyska nie ogniem, ale czymś zupełnie niestosownym do oglądania przez małe dzieci.)

W pierwszym, zdrowym odruchu patrol chciał spałować zboczeńca, ale dość szybko okazało się, że delikwent przeżywa dokumentne pomieszanie zmysłów i naprawdę nie wie, że jest nagi. Nawet żołdacy potrafią znaleźć w sobie litość dla wariata, więc osłonięty wojskową czapką dotarł do najbliższego posterunku, a stamtąd, w biurokratycznie zawiły sposób, powrócił na ojczyzny łono.

* * *

A propos łona: Mimo niepamięci co do własnych personaliów, golas został bardzo szybko zidentyfikowany.

Za pomocą kserografu, faksu, skanera i Internetu, fotografia ziejącego smoka (w języku oficjalnym mówiono o nim „znaki szczególne”) obiegła kilka konsulatów, ambasad i urzędów, w sumie połowę kuli ziemskiej, została rozpoznana przez osoby bliskie, uradowane widokiem zaginionego, i odesłana do Kolumbii z adnotacją, do kogo ów ziejący smok należy. Tak to, po nitce globalnych łączy elektronicznych, udało się dojść do kłębka nerwów, jakim był w chwili odnalezienia nagi Jorgen Krol.

Po kilku miesiącach spędzonych w pewnym dyskretnym zakładzie, zwanym „sanatorium”, Krol doszedł do siebie – mniej więcej – ale nadal nie potrafił opowiedzieć, cosię z nim działo przez te sześć miesięcy spędzonych w dżungli.

[Przypis: To jeden z niewielu ludzi, którzy naprawdę spóźnili się na własny pogrzeb. Było tak: Kiedy Jorgen tkwił piąty miesiąc w Darien, najbliższa rodzina w Niemczech straciła nadzieje na jego powrót i wyprawiła mu symboliczny pogrzeb. Po tym wydarzeniu pozostała bardzo niesymboliczna pamiątka – niewielka parcela (metr na dwa) przykryta płytą z czarnego granitu z wyrytym imieniem, nazwiskiem, datą urodzenia oraz krótką informacją, że Nasz ukochany syn i brat zaginął w Darien (Panama).

Osobiście jestem zdania, że ktoś – dla porządku – powinien tam teraz dopisać: Nasz ukochany syn i brat się jednak odnalazł, a kolejne informacje na temat jego losów zostaną wyryte w tym miejscu za kilkadziesiąt lat, bo Jorgen prowadzi obecnie wyjątkowo zdrowy tryb życia (pod nadzorem lekarzy) i już raczej nigdzie nic będzie wyjeżdżał. Ubiera się ciepło, tak by nikomu nie przyszło do głowy wytykać go palcami i krzyczeć: Król jest nagi!

* * *

Darien mnie ostrzegał. Groził palcem… i w ten sposób także prowokował. Zupełnie jakby mnie wyzywał na pojedynek…

* * *

Najbardziej głośna była sprawa z początku lat 90.:

Pewien śmiałek, sponsorowany przez telewizję, wymyślił sobie, że przejedzie na motorze z Alaski na Ziemię Ognistą. Popatrzył na mapę i stwierdził, że zrobi to bez większego kłopotu, podążając cały czas Autostradą Panamerykańską.

Warto w tym miejscu wspomnieć, że ani on, ani telewizja, która miała wszystko filmować, nie byli zainteresowani zwiedzaniem krajów i kultur dostępnych na poboczach Panamericany – jedyne, coich obchodziło, to ustanowienie rekordu prędkości. W tym celu można by oczywiście przez kilka miesięcy jeździć dookoła jakiegoś stadionu (byle tylko odległość się zgadzała), ale tooczywiście dużo mniej spektakularne niż łamanie ograniczeń prędkości w kilkunastu kolejnych państwach transmitowane do kilkudziesięciu innych państw na całym świecie przez kanał tematyczny dla młodzieży.

Z towarzyszeniem zachęcających wrzasków i gwizdów oraz obowiązkowego dymu spod opon, nasz śmiałek wystartował z Anchorage na dalekiej Północy Stanów Zjednoczonych. Kanada przemknęła mu na granicy pola widzenia, prawie niepostrzeżenie. W Kalifornii musiał znacznie zwolnić ze względu na tamtejszą policję, która nie zna się ani na żartach, ani na biciu rekordów (co najwyżej na biciu Murzynów pod okiem amatorskiej kamery wideo), więc na dobre rozpędził się dopiero w Meksyku. Ale za to jak!

W Acapulco czekali na niego z tequilą i solą już na dwa dni przed przyjazdem, a potem okazało się, że niepotrzebnie, bo przejechał trzy dni wcześniej, niż sam planował.

Kilka następnych krajów Ameryki Środkowej potraktował jak rodzaj szybkiego slalomu między słupkami granicznymi i wreszcie z pełnym impetem runął w gęstwinę Darien.

Trzeba przyznać, że wbił się dość głęboko…

I utknął. W dżungli i błocie.

Kompletnie zaskoczony i nieprzygotowany, bo do ostatniej chwili wierzył, że tam jednak jest jakiś asfalt. A przynajmniej szutrówka. No dobra, dukt. Cokolwiek!

Targał podobno ten swój motor przez kilka dni na plecach licząc na to, że błoto po kolana oraz strome góry wkrótce się skończą, ale się przeliczył. Wreszcie zawrócił. (Już bez motoru który wzięli Indianie jako część zapłaty za uratowanie [Przypis: Źródła mniej życzliwe plemieniu Kuna używają w tym miejscu słowa „darowanie”] życia.

W dwa tygodnie później kontynuował swoją wyprawę – na innym motorze – rozpoczynając jej drugi etap z Medellin. Sceny wsiadania na prom i omijania Przesmyku potraktowano nader pobieżnie. Miałem nawet wrażenie, że wstydliwie. A to przecież żaden wstyd utknąć w Darien.

To nie wstyd – to normalka.

BLONDYNKA I GRINGO

Myśmy utknęli baardzo, baardzo głęboko – w Paya, czyli indiańskiej wiosce – warowni położonej nad rzeką o tej samej nazwie. Zostaliśmy tam zatrzymani i uwięzieni.

Uwięziono nas dlatego, że stanowiliśmy zagadkę – Biali nigdy nie docierają tak daleko, a w każdym razie nie docierają tak daleko bez eskorty wojowników Kuna, i tow dodatku niepostrzeżenie. A nikt się nas w Paya nie spodziewał, bo nie pojawiliśmy się wcześniej w żadnej z wiosek Kuna leżących po drodze. Prawdę powiedziawszy celowo je omijaliśmy w obawie, że Indianie nas zawrócą z drogi. Chcieliśmy wedrzeć siępo kryjomu jak najdalej w głąb ich terytorium. Tak daleko, żeby nasza ewentualna ekstradycja odbyła się nie z powrotem do Panamy, lecz na stronę kolumbijską.

Pomagał nam w tym pewien myśliwy zaprawiony w dyskretnym podchodzeniu zwierzyny. To on umiejętnie powymijał wszystkie warty ustawione po drodze, ale do wioski Kuna weszliśmy już bez niego. Uciekł, kiedy tylko zobaczył pierwsze szałasy i spacerujących między nimi wojowników.

Ten człowiek nie był tchórzem. Nie był też wariatem, i właśnie dlatego uciekł. W dżungli ucieczka rzadko bywa dowodem tchórzostwa – najczęściej jest przejawem mądrości odziedziczonej po przodkach.

* * *

Myśliwy pochodził z sąsiedniego plemienia o nazwie Chocó, które szczerze nienawidzi, a zarazem śmiertelnie boi się Kuna. Całą drogę opowiadał nam mrożące krew w żyłach historie na ich temat i serdecznie odradzał dalszą wędrówkę.

Chocó są ludem nadzwyczaj spokojnym, Kuna zaś – wyjątkowo wojowniczym. Oba plemiona od stuleci zamieszkują tę samą ziemię, a stosunki między nimi są na tyle normalne, na ile w tych warunkach mogą być. Przy czym normę wyznacza tu Pachamama – Matka Natura: Chocó czują wobec Kuna mniej więcej to, co wielki roślinożerny gatunek dinozaura czuł wobec ryczącego mu w twarz Tyranozaurusa. Z kolei Kuna na widok Chocó zwykle się uśmiechają. (Wyrazem twarzy przypominają wtedy nietoperza.)