Z podobnym uśmiechem zwracali się także do nas. Ale to było dużo później, a najpierw wynajęliśmy myśliwego.
Posłuchajcie…
KOŁO… PODBIEGUNOWE
Znaleźliśmy go w okolicach Yavizy. Miał porządną łódź wydłubaną z solidnego pnia, do tego motor, który bez przerwy się krztusił i gasł, ale ogólnie pomagał w wiosłowaniu, oraz beczkę paliwa. Przede wszystkim jednak był zawodowym tropicielem – a więc musiał dobrze znać okoliczne lasy i rzeki. Poznaliśmy to od razu po… kolorze jego skóry.
Indiańscy myśliwi korzystają powszechnie z soku pewnej dzikiej rośliny, którym smarują twarz oraz wszystkie odsłonięte części ciała. Ów sok daje efekt jak atrament, a więc świetnie maskuje pod względem optycznym. Ponadto, swoim zapachem zagłusza naturalną woń człowieka (oczywiście daleeeko mu do IPM). A na dodatek odstrasza insekty (jeśli się w to mocno uwierzy). Coś takiego, to dla myśliwych idealny kamuflaż.
Tyle że sok pozostawia wyjątkowo trwałe ślady – w kilka godzin po posmarowaniu skóra robi się czarna i pozostaje taka przez wiele następnych dni. Nie pomaga mydło, szorowanie piaskiem, żadne rozpuszczalniki ani detergenty – musi się złuszczyć. Myśliwi amatorzy nigdy nie stosują tej substancji – tylko zawodowcom nie przeszkadza, że tak długo będą czarni.
Po wypłynięciu z Yavizy, ruszyliśmy w górę rzeki oznaczonej na mapach jako Tuira.
Przez pierwsze kilka dni i ostatnie posterunki wojskowe, towarzyszył nam lekarz – oficjalny wysłannik rządu Panamy na te tereny. Był czymś w rodzaju naszej przepustki [Przypis: Władze, nauczone przykrymi doświadczeniami z przeszłości, starają się nie dopuszczać białych intruzów w głąb Darien] – on pokazywał wojskowym swoje dokumenty i paplał zmyślone głupstwa na temat międzynarodowej pomocy medycznej przybyłej właśnie z Europy, a myśmy płacili za jego transport i jedzenie.
Lekarz udawał się na trzy miesiące do osady Union, która jest umowną stolicą plemienia Chocó, a jednocześnie ostatnim miejscem, dokąd sięga władza państwowa. Zbudowano tam Ośrodek Zdrowia, czyli dwuizbowy domek kryty blachą falistą – w jednej izbie pan doktor mieszka, w drugiej trzyma lekarstwa, a leczy najczęściej na przyzbie, bo w słoneczny dzień robi się pod tą blachą gorąco jak w piekarniku.
Po odstawieniu go na miejsce, ogłosiliśmy wszem i wobec, żeśmy się już Darien naoglądali po dziurki w nosie i zawracamy. Mieliśmy nadzieję, że uwierzą.
Potem ruszyliśmy w dalszą drogę.
Przezwiele dni kluczyliśmy, kierując się w głąb dżungli. Korzystaliśmy z rzeczek i strumieni, czasem tak płytkich, że silnik trzeba było wyciągać z wody i odpychać się kijami. Kiedy indziej musieliśmy wysiadać z łodzi i ciągnąć ją za sobą na linie.
Kilka kolejnych nocy spędziliśmy w coraz mniejszych i rzadszych osadach plemienia Chocó. Zawsze przypływając po zmroku i odpływając przed świtem. W końcu przyjazny i życzliwy przybyszom lud Chocó został za nami – wpłynęliśmy do wrogiej krainy Kuna.
WROGA KRAINA
Nie chciała nas przyjąć – nagle skończyły się ryby w rzece, a potem nawet woda. Coraz dłuższe odcinki pokonywaliśmy ciągnąc pirogę po dnie.
Wtedy nasz przewodnik zarządził wędrówkę na piechotę. Porzuciliśmy łódź, wzięliśmy cały dobytek na plecy i ruszyliśmy w górę strumienia.
W powietrzu wokół nas było cośtakiego… nieprzyjemnego. Miało się wrażenie, że tuż za plecami czai się ktoś wielki, szary i kosmaty. Lecz kiedy człowiek spoglądał przez ramię, widział tylko bardzo zmęczone, ale wciąż uśmiechnięte, oczy Blondynki.
Po kilku dniach, brodząc po kostki w wodzie, dotarliśmy do miejsca, w którym Indianin zatrzymał się, oznajmił stanowczo,, że dalej nie pójdzie i upomniał o swoją zapłatę.
Rozejrzałem się dookoła i powiedziałem, że przecież miał nas doprowadzić do wioski, a ja żadnej wioski nie widzę. Wtedy zgrzytnął zębami, ale ponieważ, jak każdy Chocó, był człowiekiem dobrym i uczciwym, podprowadził nas jeszcze kilkaset kroków stronią, prawie niewidoczną ścieżynką w górę błotnistego stoku. Aż do wielkiego zwalonego pnia, po którym przeszliśmy nad głębokim parowem i nagle… stanęliśmy na obrzeżach wioski. W oddali, między szałasami, przechadzali się wojownicy.
Zapłaciłem mu, a potem, kiedy chciałem uścisnąć na pożegnanie, stwierdziłem, że zniknął jak kamfora. W tej sytuacji między domostwa Kuna wkroczyliśmy już bez eskorty.
Powitanie zgotowano nam bardzo niechętne. Kobiety gwałtownie porzucały swoje przydomowe zajęcia i w pośpiechu umykały w ciemne czeluście szałasów. Po drodze zgarniały drobniejsze dzieci, a starsze wysyłały gdzieś w głąb wioski… jakby po pomoc. Za każdym razem towarzyszyła temu seria krótkich okrzyków. Potem zapadała nienaturalna cisza, która oblepiała nas nieprzyjemnie.
Za naszymi plecami sześciu podrostków utworzyło półkolistą tyralierę i wyraźnie zaganiało nas w określonym kierunku. Zachowywali przy tym dystans kilkunastu kroków. Na wszystkie nasze słowa reagowali tak samo – z głupawymi minami pokazywali, że mamy iść dalej.
W ten sposób dotarliśmy do placu pośrodku wsi, gdzie zastaliśmy pół setki mężczyzn i kilka bardzo starych kobiet.
– Dzień dobry – powiedziałem po hiszpańsku, zwracając się mniej więcej do wszystkich.
Jednocześnie lustrowałem najbliższe twarze w poszukiwaniu sygnałów zrozumienia.
Z tłumu wystąpił jakiś młody Indianin i odpowiedział:
– Dzień dobry. Czego szukacie?
Odetchnąłem z ulgą – mówił po hiszpańsku! W dodatku sądząc po reakcji innych, nie tylko on.
– Szukamy kacyka.
– JA JESTEM – odrzekł dumnie i bez chwili wahania. Zadarł przy tym głowę tak bardzo, że mimo jego niskiego wzrostu mogłem bez trudu obejrzeć, coma w nosie.
Byłem pewien, że skłaniał – spośród zebranych na placu był zdecydowanie zbyt młody, żeby piastować tak ważną funkcję. Wówczas nawet mi przez myśl nie przeszło, że wszyscy w tym tłumie są kacykami. Wszyscy, co do jednego, ze starymi kobietami włącznie; a więc on także.
Zeszli się tu z odległych okolic na Tajne Zgromadzenie Plemienne – mieli radzić o wojnie. Wojnie przeciw białym rządom, w odległych krajach, które postanowiły „uporządkować” sprawę nielegalnego przerzutu kokainy przez Darien. W tym celu, tu i ówdzie na terytorium Kuna zaczęto karczować dziewiczą dżunglę i budować lądowiska dla amerykańskich helikopterów. Wbrew woli Indian! Kacykowie mieli się teraz porozumieć w sprawie sposobu ich likwidacji. Póki co, każdy działał na własną rękę, a metody stosowali różne – spontaniczne i nieskoordynowane. Za to efekty osiągali nadzwyczaj podobne; czarne foliowe worki wypakowane przedstawicielami Armii.
Wodzowie obecni na Zgromadzeniu reprezentowali bardzo różne wioski. Jedne z nich to stare, powoli wymierające, siedliska tradycji. Wciąż pełne przepasek biodrowych i łuków oraz strzał zatrutych kurarą. Inne założono niedawno siłami indiańskiej młodzieży, która woli nosić dżinsy i strzelać seriami z karabinów.