Marsz przez Darien wspominam jako najgorszy w moim życiu. Nic go nie przebiło. Żadna inna dżungla nie dała mi się tak we znaki, jak ten niepozorny, mało znany kawałek tropikalnego lasu.
Najpierw okazało się, że ze względu na stromizny i błoto trzeba odciążyć Blondynkę. W jej plecaku i tak było niewiele: absolutne minimum odzieży, sprzęt fotograficzny, magnetofon, do tego hamak, latarka, nóż i zapas baterii – nic, codałoby się wyrzucić. Rozłożyliśmy to na trzy kupki. Obaj przewodnicy wzięli rzeczy najcięższe, ja najcenniejsze.
Ryzykowaliśmy, że jeśli potknę się i zjadę po błocie i korzeniach, to stracimy za jednym zamachem oba aparaty fotograficzne – mój i Blondynki – ale jednocześnie mieliśmy pewność, że plecak ze sprzętem nie wyląduje gwałtownie na ziemi, kiedy Indianie rzucą się do kolejnego pościgu za jakimś zwierzęciem. Robili to kilka razy dziennie.
Wyglądało to tak: kupa bagażu przytroczona do człowieka przede mną nagle rozsypywała się na pojedyncze pindelki i z mokrym mlaśnięciem wbijała w błoto. Zanim ostatnie pakunki docierały na ziemię żadnego z naszych przewodników już nie było w zasięgu wzroku. Jeszcze przez kilkanaście sekund słyszeliśmy, jak gnają przez zarośla. Potem przez pół godziny, czasem dłużej, czekaliśmy w ciszy, nasłuchując, czy któryś wraca.
Rozmyślałem wtedy, coby było, gdyby nie wrócili?
…?…
…??…
…???…!!!
Teoria na ten temat mówiła tak: Trzeba iść cały czas w dół, aż do jakiegoś strumienia. Potem dalej, z nurtem, bo nad strumieniami leżą wioski, a gdybyśmy żadnej nie znaleźli, to i tak w końcu woda doprowadzi nas do morza. Obojętne, czy to będzie wybrzeże karaibskie, czy Pacyfik, po plaży dojdziemy jakoś do Panamy albo Kolumbii. Niestety ta teoria nie wspominała ani słowem o posiłkach.
Ale właśnie wrócili nasi przewodnicy i przynieśli upolowane prosiątko pekari, więc ten problem został chwilowo rozwiązany.
Z dnia na dzień szło mi coraz gorzej. Ciężko znosiłem ostre podejścia podobne do wchodzenia po drabinie zrobionej z korzeni wlepionych w błotnisty stok. Miejscami wlokłem się w górę na czworakach – inaczej nie dawałem rady.
Naszego przewodnika pogryzły veinticuatro – „calowy” – ogromne jadowite mrówki długości dwudziestu czterech milimetrów.
Przez kilkanaście minut wył z bólu i nie mógł iść. Łydka spuchła mu wyraźnie. Już do końca drogi lekko utykał.
Blondynka radziła sobie najlepiej. Szła za moimi plecami i w najgorszych momentach podpierała mi plecak, żebym się nie zwalił na grzbiet. Czyżbyjej bastón (przedstawiający człowieka z drugim człowiekiem na plecach) stanowił wróżbę?
Wieczorem, kiedy ja leżałem bez sił na gołej ziemi paliła przy mnie ognisko, żebym choć trochę wysechł.
W butach miałem kompletne bagno i zgniliznę. Kiedy je zdejmowałem, moje stopy były pomarszczone od wilgoci i bielusieńkie, tak że aż świeciły pośród nocy. (W tamtych latach nie chodziłem jeszcze po dżungli na bosaka – tak jak Indianie – dzisiaj owszem, i nie mam już podobnych problemów ze stopami. Czasem tylko jakiś…aał… kolec albo kiszony liść.)
Przestałem reagować na upływ czasu i ukąszenia insektów. Zaciąłem się w sobie i parłem do przodu. Krok za krokiem, każdy z nich biorąc pojedynczo, jak osobne przedsięwzięcie.
Nawet nasi przewodnicy byli wyraźnie zmęczeni. Na ostatnim postoju zostawili część swoich rzeczy – żeby mieć mniej do dźwigania.
W pewnym momencie, po kolejnym ostrym podejściu, powiało świeżym powietrzem i zaświeciło słońce. Weszliśmy na jakąś przełęcz. To było najcudowniejsze miejsce na ziemi.
Szliśmy grzbietami gór, a na lewo i prawo, przez rzadkie drzewa, można było obserwować przepiękny krajobraz. Dżungla z perspektywy ptaka jest taka… idylliczna: kolorowe stada papug, strzępiaste korony palm, wieże mahoniowców wystające ponad pospólstwo innych drzew, czasem jakaś małpa dyndająca na ogonie. Ani śladu zgnilizny, duchoty i „calówek”.
Od tej pory wędrówka stała się samą radością. Zniknęło błoto, pojawiły się szerokie leśne dukty, w dodatku trafiliśmy na kilka indiańskich domostw. To jeszcze nie były wioski, zaledwie samotne myśliwskie rancza, ale częstowały świeżymi owocami i nadzieją na szczęśliwy koniec wyprawy.
W pewnym miejscu trafiliśmy na bardzo szeroką drogę przez las. Właściwie długie karczowisko pobrużdżone starymi koleinami maszyn do wyrębu, cięcia i transportu drzew. To była pierwsza po tej stronie gór zapowiedź Panamericany. Droga ta prowadziła znikąd donikąd. Robotników i ciężki sprzęt spuszczono tu z helikoptera. Popracowali kilka miesięcy, ale bez sukcesu – całą operację pochłonął Darien.
Na przeciwległym końcu karczowiska znaleźliśmy wyraźną ścieżkę, która wiodła prosto w górę. To było ostatnie podejście w czasie tej wyprawy. Wkrótce znaleźliśmy się na szczycie góry, a przed nami otworzył się szeroki krajobraz: bezleśne doliny poprzecinane płotami, tu i ówdzie smużka dymu z jakiegoś paleniska, wszędzie stada owiec, kóz i krów, a w oddali na horyzoncie woda – zatoka Uraba. To wszystko była już Kolumbia.
A więc dotarliśmy na drugą stronę. PRZESZLIŚMY DARIEN!!!
…DO ASFALTU
Przecięcie tego pięknego krajobrazu w drodze nad zatokę miało nam zająć cały następny dzień. Noc spędziliśmy w małej osadzie Kuna, gdzie mieszkali nasi przewodnicy. Bladym świtem ruszyliśmy w kierunku odległej o kilka godzin marszu przystani wojskowej. Korzystały z niej także prywatne łodzie, które zabierały okolicznych chłopów na targ do miejscowości Turbo, położonej po drugiej – „cywilizowanej” – stronie zatoki.
W Turbo mieścił się port Kolumbijskiej Marynarki Wojennej. Udaliśmy się tam zaraz po przybiciu do nabrzeża – potrzebne nam były stemple przekroczenia granicy.
Odpowiedniego urzędnika odnaleźliśmy w zapyziałym kantorku wielkości szafy na ubrania. Obejrzał nasze paszporty, spytał kilka razy, czy my rzeczywiście z Polski, a potem zagłębił się w blaszanej szufladzie w poszukiwaniu pieczątek. Wprawdzie był pracownikiem Straży Granicznej, ale na codzień odprawiał tylko okręty marynarki wojennej i łodzie rybackie. Obywał się przy tym bez stempli, wpisując wszystko do wytłuszczonego zeszytu w kratkę. Byliśmy jego pierwszymi turystami.
Wreszcie znalazł to, czego szukał – upaprane tuszem pudełko.
– To skąd wy tutaj? – zapytał.
– Przyszliśmy z Panamy.
– ???He!???
– Przyszliśmy z Panamy.
– Jak to przyszliście? Na jakiej łodzi?
– Na nogach. Piechotą.
– Z Panamy?! Niemożliwe! Tam są Kuna i nikogo nie puszczają. Oni najpierw strzelają, a potem sprawdzają, kogo trafili… Aha! Wiem! Mam was, kłamczuszki! Gdzie są wasze pieczątki przekroczenia granicy panamskiej? Jakaś adnotacja posterunku, cokolwiek? He!?
– O, tutaj – pokazałem mu odpowiedni wpis w moim paszporcie – Puesto Paya, data i podpis: Humberto Romero Lois. [Przypis: Humberto Romero Lois co mój wieloletni przyjaciel z Meksyku. W dodatku mąż mojej koleżanki z podstawówki. Humberto oczywiście nigdy nie był w Paya i nic kontrolował mojego paszportu – wpisu dokonałem samodzielnie, a jego nazwisko było pierwszym, które mi przyszło do głowy. Jakiś wpis uważałem za niezbędny – istniało przecież realne niebezpieczeństwo, że bez dopełnienia tej formalności nie zechcą nas wpuścić do Kolumbii i odeślą z powrotem – wolałem nie ryzykować. W podróży trzeba zawsze wozić przy sobie tupet jak taran.]