Urzędnik jeszcze długo kręcił głową i nie mógł uwierzyć, że ma przed sobą dwójkę białych ludzi, która przeszła nieprzebyty Darien. W końcu jednak, bogatsi o dwa niewyraźne stempelki, opuściliśmy Bazę Marynarki Wojennej.
Za szlabanem zaczynała się droga do Medellin. Stanęliśmy czubkami palców na krawędzi asfaltu – to był początek Panamericany i koniec wyprawy.
NA KONIEC
Co trzeba zrobić, żeby pojechać na wyprawę do tropikalnej puszczy, spotkać ostatnich wolnych Indian, zamieszkać pośród nich, zamiast majtek nosić przepaskę biodrową, a jedzenie zdobywać strzelając z dmuchawki?
Gdy ktoś mnie o to pyta, odpowiadam krótko:
– Sprzedaj lodówkę i jedź!
Różnica między ludźmi, którzy realizują swoje marzenia, a całą resztą świata nie polega na zasobności portfela. Chodzi o to, że jedni przez całe życie czytają o dalekich lądach i śnią o przygodach, a inni pewnego dnia podnoszą wzrok znad książki, wstają z fotela i ruszają na spotkanie swoich marzeń.
Bardzo wielu tak jak ja, z lodówką na plecach.
Inni niosą komputery, zestawy stereo, stare meble, obrazy, maszyny do szycia, pierścionki po babci, lampy, zegary, dywany… To dlatego, że marzenia nie mają ceny, a bilety lotnicze owszem. Ale niech Cię to nie zatrzymuje!
!!! SPRZEDAJ LODÓWKĘ I JEDŹ!!!
NOTA O TŁUMACZU
Dlaczego w tej książce pojawił się tłumacz? Podróżując po obcych lądach, przestawiam się całkowicie nie tylko na tamtejszy klimat, dietę, kulturę, muzykę i tempo życia, ale także mówię, myślę, śnię, liczę, denerwuję się, czytam oraz p i s z ę w miejscowym języku (jeśli tylko go znam). Wiele tekstów, które tu Państwo mogli przeczytać, napisałem po hiszpańsku lub angielsku – dlatego potrzebny był tłumacz. A kim on jest? Posłuchajcie…
Z Heleną Trojańską spotkałem się po raz pierwszy w redakcji pewnego poczytnego pisma dla Pań. Zaniosłem tam jedno z moich opowiadań, nie pamiętam już które, ale bez wątpienia trafiło ostatecznie do niniejszej książki.
Na korytarzu redakcyjnym lekko zaszumiało. Panie redaktorki (w zasięgu wzroku żadnego mężczyzny) były co najmniej przejęte, jeżeli nie zbulwersowane – ten Cejrowski? u nas? a coon tu robi?
Redaktor Naczelna, świeżo po lekturze mego tekstu, umówiła się ze mną na rozmowę. Chwaliła, że ciekawy, napisany z werwą i „jajem” tylko…
– Panie Wojtku, nie oszukujmy się, pańskie nazwisko jest kontrowersyjne, a my nie chcemy straszyć naszych czytelniczek.
– To jest tekst przygodowy, a nie polityczny.
– Nieistotne, jaki jest ten tekst, tylko kim jest jego autor. W Polsce wciąż obowiązują układy, a pan nie należy ani do żadnego układu, ani sam nie jest specjalnie układny, prawda? I ja, prywatnie, to bardzo podziwiam, bardzo szanuję, mieć odwagę powiedzieć własne zdanie. W pracy muszę się jednak podporządkować opinii większości. Serdecznie pana przepraszam, ale niestety… no nie pasuje nam pan do stopki redakcyjnej.
W tym momencie w gabinecie Naczelnej pojawiła się Helena Trojańska – nieznana nikomu dziennikarka – podróżniczka.
Bywała w Ameryce Południowej, mówiła płynnie w dwóch ulubionych przeze mnie językach obcych, potrafiła dowcipnie i sprawnie operować językiem polskim, a co najważniejsze zgodziła się firmować moje teksty swoim nazwiskiem.
Teraz wystarczyło, żebym pozmieniał czasowniki męskie na żeńskie i sprawa załatwiona. Łamy pisma stanęły przede mną szerokim otworem. Naczelna proponowała cykliczną kolumnę i niezłe pieniądze, tylko…
Ja, ja sam, po namyśle, się nie zdecydowałem. To byłoby z mojej strony tchórzostwo; wyparcie się własnych poglądów i poddanie presji układów, którymi gardzę.
Był jeszcze jeden powód – ambicja. Nie po to przez kilkanaście lat przedzierałem się przezdżunglę, ryzykowałem zdrowiem i życiem, żeby teraz cały mój dorobek zgarnęła pod siebie pani Helenka, świeżo upieczona dziennikarka – podróżniczka. Ostatecznie więcnie opublikowałem tam żadnego tekstu.
Ale jakoś nie mogłem zapomnieć o Helenie… Co jakiś czas wracała w mojej pamięci, jakby pytała, czy może się na cośprzydać?
Kiedy więc zacząłem przygotowywać do druku niniejszą książkę, od razu przyszło mi na myśl, że właśnie ona będzie najlepszym kandydatem na tłumacza. To przecież musiał być ktoś, kto bywał w dżungli, widział to, o czym piszę, dotykał, smakował, bał się tego samego. Ktoś, kto czuje temat, zna opisywane rzeczy od podszewki. W dodatku ktoś, kto mi łatwo nie ulegnie, kto będzie potrafił przeciwstawić się memu przywiązaniu do tego czy innego sformułowania i wymusić na mnie jego zamianę na lepsze.
Kimś takim mogłem być tylko ja sam – Helena Trojańska, znana szerzej jako WojciechCejrowski.
A teraz muszę zmienić dedykację, bo kiedy już wiecie, że tłumacz to ja, słowa: niniejszą książkę dedykuję tłumaczowi – bez Tłumacza nie byłaby tym, czym jest, stają się co najmniej pretensjonalne.
dedykuję tę książkę Blondynce – bez Blondynki nie byłbym tym, kim jestem
ZAKOŃCZENIE DLA CIERPLIWYCH
BLONDYNKA W DŻUNGLI
Ogromna czarna mrówka z czerwonym łbem właśnie zaglądała jejw oko. Była bardzo zaciekawiona zawartością źrenicy i niespotykanym w tej okolicy niebieskim kolorem tęczówki. Wymachiwała badawczo czółka – mi i zastanawiała się, czy na coś takiego można bezpiecznie wejść. Coś w rodzaju mentalnego przełącznika w jej głowie drżało niespokojnie między alternatywą: skok – odwrót.
(Mrówki są bardzo proste – całe ich myślenie jest jak para lejców – działanie zależy od tego, który z instynktów mocniej szarpnie…)
– Fuj! A kysz! Poszła precz! – Blondynka szarpnęła się w hamaku, chcąc strącić mrówkę z – twarzy.
Przełącznik kliknął w tył – mrówka odebrała sygnał do odwrotu. Zbiegła po policzku i już miała sobie pójść [po lince hamaka – po gałęzi – po pniu – do mrowiska], ale gwałtowne ruchy Blondynki wytrąciły ją z równowagi. Straciła przyczepność i wpadła wprost w dekolt koszuli.
– Gdzie ona jest?!! – Blondynka szamotała się we własnym ubraniu.
Próbowała jednocześnie z niego wyskoczyć i zrewidować je od środka.
W efekcie mrówka została zepchnięta między kołnierzyk a szyję i ściśnięta …aał… niebezpiecznie mocno. Wtedy coś w jej głowie gwałtownie szarpnęło lejcami. Bez namysłu ugryzła… z całej siły zwarrrła szczęki… a do tego strzyknęła kwassem…
Kołnierzyk nie zareagował.
Odwróciła się więc i ugrrryzła to, coznalazła po swojej drugiej stronie. Tym razem była to miękka skóra na szyi. Tylko kwassu zostało niewiele…