– …AAAaaaał… – Blondynka poczuła bardzo wyraźnie, gdzie jest poszukiwana przez nią mrówka.
I tobył koniec tej mrówki. Oraz początek bardzo bolesnej opuchlizny.
– Co za potwór! Widziałeś to? – mrówka została (pośmiertnie) poddana szczegółowej analizie pod światło – One tu nie mają umiaru. Nie przestają rosnąć kiedy są normalnej wielkości, tylko jadą dalej. Kto to widział, żeby uczciwa mrówka miała trzy centymetry!
– Czerwone Łby nie gryzą. To znaczy, chciałem powiedzieć, że nie mają jadu, ot, pospolity kwas mrówkowy – starałem się brzmieć uspokajająco.
– Nie próbuj mnie uspokajać, bo wcale nie jestem zdenerwowana, tylko wkurzona. Oboje dobrze wiemy, że tutaj wszystko gryzie. A do tego pluje jadem. Czerwone, nie czerwone, wszystko i tyle. I jedyna na to rada jest taka, żeby zdążyć ugryźć pierwszemu.
– Wczoraj pogryzłaś całą garść mrówek, to się nie dziw, że ich siostry przyszły wziąć odwet. Zemsta, ot co.
– Tamte były pieczone i zostałam POCZĘSTOWANA, w dodatku nie mogłam odmówić. Indianom się nie odmawia, sam wiesz.
Blondynka miała rację – Indianom się nie odmawia. W każdym razie nie Dzikim.
Kiedy ktoś ma twarz wymalowaną na czerwono, piórko w nosie i naszyjnik z zębów jaguara, a w dodatku zamiast majtek nosi podłużną tykwę nałożoną na swojego pinga, kiedy ktoś taki częstuje cię garścią pieczonych mrówek, odmawiać byłoby bardzo nieroztropnie.
Odmowa mogłaby go zdenerwować.
A wtedy mógłby zdjąć tykwę… umazać pinga tym samym czerwonym barwnikiem, którym w czasie pokoju naciera wyłącznie twarz… i ruszyć przeciw tobie – na pojedynek.
Wówczas nie masz najmniejszych szans. Wystarczy, że raz dmuchnie strzałką umoczoną w truciźnie, wystarczy że raz (zawsze celnie) rzuci w ciebie włócznią wyciętą z bambusa i ostrą jak kawałek szkła, wystarczy że… Cokolwiek zrobi – nie masz szans.
Dlatego Dzikim się nie odmawia. NIGDY.
Oczywiście jest z tym pewien kłopot – na przykład wówczas, gdy chcą wymienić twoją Blondynkę na jedną z córek wodza.
Dla ciebie to powinien być zaszczyt, tymczasem córki wodza… no cóż, one są… są… są oczywiście po swojemu piękne, ale.
Kłopot jest także wtedy, gdy Blondynki akurat nie ma w pobliżu, a troskliwy wódz pożycza ci na noc jedną ze swoich żon:
– Żebyś nie zmarzł, gringo.
I jak tu się z czegoś takiego wymówić, nie gwałcąc przy tym praw gościnności?
Uników w rodzaju: wprawdzie spali w jednym łóżku, ale do niczego między nimi nie doszło nie sposób zastosować, ponieważ żyjąc pośród Dzikich mieszka się z nimi we wspólnych szałasach. Najczęściej w ogromnych, wielorodzinnych malokach, a tam wszyscy wszystko słyszą i widzą. Czasami także komentują (głośno i ze śmiechem). Aha, no i żona wodza pakuje się z tobą do jednego hamaka, a w hamaku, jak to w hamaku – niepodobna odsunąć się na swoją stronę i udawać, że człowiek był tak zmęczony, że momentalnie zasnął. W hamaku cały czas jest się razem. CIASNOPRZYTULENI A ponadto ona znacząco – oczekująca… No i wódz, który cochwilę głośno pyta: jak tam pinga – pinga, dobrze gringo?
Cóż wtedy robić?
W takich sytuacjach najczęściej wymawiam się względami szamańskimi. Hasło „Moc”, działa jak zaklęcie. Czarownicy wszystkich plemion poszczą i umartwiają się na wiele sposobów. Najczęściej po to, by zgromadzić Moc, lub żeby jej nie pozwolić „odpłynąć”. Wystarczy więc, że powiem:
– Wodzu, bardzo chętnie będę pinga – pinga z twoją żoną, ale dzisiaj moja Moc mi na to nie pozwala, a ja nie chcę jejobrazić, sam rozumiesz, Moc bywa zazdrosna. I mściwa.
To akurat ZAWSZE rozumieją.
– Wodzu?
– Tak, gringo?
– Skąd właściwie macie tutaj ten dziwny hamak?
– Przyniósł go jeden z myśliwych. Wtedy, kiedy ciebie śledzili po lesie.
– Czy przypadkiem nie dyndał sobie w towarzystwie dwóch innych hamaków, zawieszony pod daszkiem zpalmowych liści? W opuszczonym obozowisku na brzegu rzeki?
– A skąd ty to wiesz, gringo?
– Wiem.
– Owszem, dyndał. Ale co obozowisko wcale nie było opuszczone. Siedział tam oddział wojska.
– I co?
– Nie lubimy, kiedy kręcą się po naszej ziemi. Dostali małpie strzałki. Prędko nie wrócą.
– Wodzu?
– Tak, gringo?
– Obok tych hamaków była całkiem nowa maczetą wbita w pień.
– Skąd wiesz?
– Wiem.
– Gringo?
– Tak; Wodzu?
– Zjemy teraz pieczonych mrówek.
– Od tego świństwa więdnie pinga - próbowałem protestować.
– Chyba tylko Czarownikowi. Wszystkim innym przeciwnie: jeszcze bardziej się chce.
Indianie wiszący w hamakach wkoło nas zarechotali śmiechem.
– Jedz mrówki, gringo. Napadało deszczu do rzek, jutro płyniemy na polowanie. A polowanie jest jak pinga – pinga – trzeba mieć dużo siły.
Tym razem nie chodziło o zwykłe polowanie. I nie zaproszono mnie na nie dla rozrywki, lecz poproszono do pomocy. Podobnie jak kilkunastu innych Obcych – najlepszych myśliwych z sąsiednich plemion. W wiosceod kilku tygodni panował głód. Najstarsi postanowili więc posłać po pomoc.
Kiedy Indianie proszą, nigdy nie odmawiam. Kiedy proszą – a robią to niezwykle rzadko – wówczas rzucam wszystko, zmieniam wcześniejsze plany, i ruszam z nimi.
Następnego ranka, kilkunastu wojowników usiadło jeden za drugim w ogromnej wąskiej łodzi, chwyciło wiosła i miarowymi ruchami, w zadziwiająco zgodnym rytmie, zaczęło rozgarniać szarą wodę. Choć pochodzili z różnych plemion, wszyscy wyglądali podobnie – wysmarowani od stóp do głów czarną maścią myśliwych. (Tylko jeden z nich różnił się od reszty: miał jasne włosy i niebieskie oczy – gringo wśród dzikich plemion.)
Wkrótce zniknęliśmy we mgle, która opadła za nami jak kurtyna na koniec przedstawienia.
PODZIĘKOWANIA
Pisząc książkę, człowiek spłaca długi (serca, nie portfela). I udało mi się spłacić sporo z nich – przede wszystkim wobec ludzi, których spotkałem na trasie moich wypraw.
Wydając książkę, człowiek zaciąga nowe zobowiązania. Bo książkę można napisać samodzielnie, ale nie sposób jej samodzielnie wydać.
Joanna Lipińska, Krzysztof Praszkiewicz i Filip Stanowski
byli jej pierwszymi czytelnikami i recenzentami. Dzięki nim poprawiłem kilka istotnych drobiazgów.
Szczęsna Milli dostała książkę po tych poprawkach, przeczytała, dzwoni…
Po naszej rozmowie do kosza trafił cały wstęp i większość części pierwszej. A potem napisałem całkiem nowy początek. Duuuużo lepszy od pierwotnego.
Miałem więc gotowy tekst. Wtedy zaczęło się szukanie wydawcy. Byłem w paru miejscach, zostawiłem oprawione wydruki, obiecywali, że oddzwonią, zaraz po niedzieli…
Oddzwonił tylko pan Bronisław Kledzik (Poznań!, Poznań!, solidność!) – wieloletni redaktor Arkadego Fiedlera, a obecnie Harry'ego Pottera. Powiedziały że moja książka mu się podoba i chciałby ją wydać, ale ostateczne słowo w tej sprawie ma właściciel firmy „Media Rodzina” – Bob Gamble. Bob to mój stary przyjaciel, ale się nie zgodził. T była to najprzyjemniejsza odmowa od lat!