Выбрать главу

MORAŁ:

Jeżeli Dzicy zechcą dokładnie obejrzeć ciebie i cały twój bagaż, to obejrzą. Bez względu na twoje wysiłki, by było inaczej. Możesz się oczywiście opierać, ale wówczas wszystko tylko trwa dłużej. Dzicy są nadzwyczaj wytrwali i zawsze dopinają swego. Pierwszy kontakt trzeba po prostu przejść, tak jak się przechodzi różyczkę. I są na to tylko dwa sposoby: albo jedna wielka piwonia, albo spory bukiet mniejszych – całkiem bez piwonii się nie uda.

PLEMIĘ WAI WAI

Pięćdziesiąt lat temu pogranicze Gujany Brytyjskiej i Brazylii roiło się od tubylców z plemienia Wai Wai. Do naszych czasów Indianie ci w większości wymarli albo zostali | wybici przez garimpeiros*[przypis: Garimpeiros – nielegalni poszukiwacze złota i szmaragdów. Operują w najdzikszych zakątkach Brazylii i na pograniczu krajów ościennych. Okrutnicy i zbrodniarze. Często uciekinierzy z więzień, jedyny znany im sposób zaspokajania popędu seksualnego, to gwałt. ^Jedyny sposób na kłopoty z drugim człowiekiem, to zabić, [przyp. tłumacza]]. Pozostała garstka stopniowo porzuca dzikie życie w dżungli. Młodzi przenoszą się na łono cywilizacji, a tam prawie natychmiast tracą plemienną tożsamość i toną w morzu bezimiennej biedoty.

Dzikich Wai Wai przetrwało niewiele ponad dwustu. Dzikich, czyli takich, którzy wciąż jeszcze żyją w kulturze pierwotnej: groty do swoich strzał wyrabiają z połupanych kamieni; cięciwy łuków z trzewi i ścięgien tapira; drewniane ostrza dzid utwardzają w ognisku; jadają wyłącznie to co da im tropikalny Las; i unikają kontaktu ze światem zewnętrznym. Tylko ich stroje coraz częściej, pochodzą z importu.

Ostatni dzicy Wai Wai wiedzą sporo o naszej cywilizacji. Słyszeli Opowieści Najstarszych, trochę widzieli na własne oczy. Znają nawet pieniądze. Tyle że w ich świecie są one całkowicie nieprzydatne. Do najbliższego sklepu musieliby najpierw płynąć czółnem, a następnie iść piechotą, w sumie kilkanaście dni. W jedną stronę! Co ja mówię „sklepu” – to nawet nie jest porządny stragan – ot, drewniana szopka wielkości szafy, ustawiona na pograniczu dwóch światów – dżungli i cywilizacji. Cywilizacja dostarcza tam, od czasu do czasu, niewielki asortyment plastikowej tandety Made in China, a Indianie przynoszą suszone mięso upolowanych zwierząt oraz wędzone ryby. Handel jest wymienny. Papierowe pieniądze przyjmowane są jedynie w drodze absolutnego wyjątku.

POCZĄTEK WYPRAWY

Przed wyruszeniem na wyprawę wiedziałem tyle: Gdzieś w dżungli na południu Gujany leży ostatnia wioska plemienia Wai Wai. Wszystkie pozostałe dawno podbito albo ucywilizowano. Ta ostatnia ocalała, bo leży bardzo daleko w głębi lasu. Gęstego, ciemnego i groźnego – takiego, który zabija intruzów.

Od czasu do czasu, bardzo rzadko, pojedynczy myśliwi lub drwale natykają się w dżungli na ślady Indian. Ale Indianin zostawia ślady tylko wtedy, gdy sobie tego życzy. Jeśli nie chce być odnaleziony, możesz przejść o krok od niego i go nie spostrzeżesz. Z kolei on może cię obserwować, z bardzo bliska, całymi dniami. Będzie cię śledził, pilnował, zwodził i umiejętnie odciągał od swojej wioski, a ty się ani razu nie zorientujesz, że jest tuż obok.

* * *

Odnaleźć tę ostatnią wioskę nie było łatwo. Teren do zbadania ogromny i praktycznie niezamieszkany, a poza tym nie mieliśmy pewności, czy ona jeszcze w ogóle istnieje.

Podstawowym źródłem informacji, a właściwie plotek na ten temat, było wojsko. Konkretnie jeden kapral i kilku szeregowców, którzy stanowili obsadę posterunku nazwanego hucznie: BAZA GUJAŃSKICH SIŁ OCHRONY POGRANICZA w LETHEM. W zamyśle twórców chodziło pewnie o wzbudzenie szacunku, jednak w kontekście tego, cosię na ów posterunek składało, buńczuczna nazwa wywołuje śmiech. Był to zielono – biały barak z pustaków plus wygódka z blachy falistej. Wszystko usytuowane na końcu polnej drogi o długości… uwaga, uwaga… pięciuset kilometrów.

A po cokomu taka długa droga polna?

Potrzebna! I to bardzo, bo jest to JEDYNA droga, która łączy karaibskie wybrzeże Gujany z resztą kraju. Większość tej reszty to dżungla, a w dżungli rosną cenne gatunki drewna, które wwozi się do portów właśnie tą polną drogą. Za dżunglą rozciąga się sawanna, gdzie rośnie sobie wołowina, którą też wywozi się tą polną drogą. [przypis: Autorowi chodzi o sawannę Rupunui. Nawiasem* mówiąc, fantastyczne miejsce na rezerwat dzikiej przyrody – na powierzchni równej Portugalii mieszka zaledwie 500 osób. [przyp. tłumacza]

* Trzeba by tylko gdzieś poza ten nawias przegnać krowy, których na Rupunui jest pól miliona.[przyp. Autora]] Z kolei za sawanną jest następna dżungla, ale stamtąd już nic się nie wywozi, bo droga kończy się dużo wcześniej. (Pod drzwiami blaszanej wygódki w Lethem.)

Wróćmy jednak do początku:

Początkiem najdłuższej polnej drogi świata są portowe ulice Georgetown. Tam jest ona jeszcze brukowana. Kręci się wokół doków, wchodzi na kilka wysuniętych w Morze Karaibskie betonowych nabrzeży, a w pewnym miejscu rozdwaja, i próbuje dotrzeć za granicę – na zachód do Wenezueli i na wschód do Surinamu. Obie próby kończą się smętnymi urwiskami na brzegu rzek granicznych – z braku pieniędzy na mosty.

Ponieważ to wstyd być jedyną drogą w swoim kraju i prowadzić donikąd, droga decyduje się uderzyć na południe z nadzieją dotarcia do Brazylii i połączenia z pewną całkiem przyzwoitą dwupasmówką. To by było coś – tamtędy można dojechać do Manaus albo do Caracas a dalej to już na cały kontynent.

Niestety, asfaltu starczyło na zrealizowanie zaledwie 50 kilometrów tych marzeń. Niektórzy nieżyczliwi cudzoziemcy twierdzą, że i to nieprawda, ponieważ dziury zajmują dużo więcej powierzchni niż asfalt. Tak czysiak, wkrótce po opuszczeniu stolicy droga (nie osłonięta już niczym twardym i płaskim) staje się pełną gębą polna.

Biegnie w miarę prosto na południe. Najpierw przez błotnistą dżunglę, a potem przez kamienistą sawannę, aż do wspomnianego posterunku – w sumie około 500 kilometrów[przypis: Albo inaczej: 27 godzin terenową ciężarówką, bez przerw na sen. A na siusiu tylko wtedy, gdy zachce się kierowcy]. Dalej na południe ciągnie się już tylko niewyraźny szlak wydeptany krowimi kopytami, który zahacza o kilka hacjend, a potem dość szybko znika pośród traw Rupunui. Za tą sawanną rozciąga się Amazonia – dawne królestwo Wai Waiów.

DALEJ NIŻ „CAMEL TROPHY”

Ze sprzecznych relacji wynikało, że daleko w dżungli przetrwała jednak jakaś duża osada. Od czasu do czasu przybywali z tamtych stron indiańscy tragarze obładowani wędzonymi rybami i mięsem. Wymieniali je – towar za towar – w samotnym drewnianym sklepiku położonym o kilka mil od BAZY GUJANSKICH… Wymieniali głównie na sól i bawełniane ubrania. Potem szybko wracali do siebie. Pozostało na nich czekać, a następnie zabrać się z nimi do ich wioski.

Czekać?

Ale jak długo?

Jak często ci Indianie wychodzą z lasu?

Tego nie wiedział nikt w całym Lethem.

„Nikt” to może trochę mylące słowo. Formalnie rzecz ujmując, wiedzieli wszyscy. Tyle że każdy wiedział co innego. Gorzej! – ta sama osoba rano wiedziała co innego niż po południu. I zawsze była stuprocentowo pewna, że wie comówi, i że jest jedyną osobą w Lethem, która ma rzetelne informacje. [Przypis: Wyjątek stanowiło wojsko – kapral zawsze mówił to samo. A potem pytał szeregowców, czy to prawda, na co oni zgodnym chórem odpowiadali: Tajes!]