Выбрать главу

W dżungli, do której właśnie dotarliśmy, rzeki jako takie wprawdzie były, niektóre nawet całkiem spore[Przypis: Na przykład rzeka Essequibo, nad którą dzieje się akcja sławnej powieści Arkadego Fiedlera „Orinoko”. [przyp. tłumacza]], ale wszystkie onepłynęły na północ – do Morza Karaibskiego – a nie na południe – w stronę Amazonki.

* * *

Po kolejnych dziesięciu godzinach (urozmaicanych ciągłym odkopywaniem traktora z błota oraz wyciąganiem go za pomocą lin i kłód ciskanych pod koła) dotarliśmy wreszcie do jakiejś rzeki.

Sądząc z mapy, była to rzeka Kuyuwini, choć Ekufa nazywał ją całkiem inaczej. Jednym z tych słów, których biały człowiek nie jest w stanie ani powtórzyć, ani sensownie zapisać.

Na jej brzegu czekała na nas sporej wielkości łódź i śpiący na jej rufie młody Indianin – jak się wkrótce okazało, pomocnik Ekufy do wiosłowania. Wszyscy byliśmy szczęśliwi i pełni werwy. Skończyło się błoto, skończyły wyboje, teraz już będzie równiutko po wodzie. Postanowiliśmy odpłynąć jeszcze tego samego dnia.

Traktor zawrócił i szybko odjechał, a my bez większego trudu zapakowaliśmy wszystkie nasze rzeczy do ośmiometrowej pirogi.

Była długa i wąska. Wydłubano ją z twardego czarnego pnia. Wyglądała jak zrobiona z bazaltu. Gdyby jakimś cudem przenieść tę pirogę do Europy, samo drewno, sprzedawane na wagę, miałoby wartość średniej klasy mercedesa.

Właśnie kończyłem rozmyślać na ten temat, kiedy okazało się, że w rzece nie ma wody. Prawie nie ma. Z tego powodu zaraz po wejściu do łodzi osiedliśmy na mieliźnie.

Przez następne dwa dni ciągnęliśmy łódź brzuchem po piachu. Przenosiliśmy przez podwodne skały. Przeciągaliśmy przez powalone pnie. I pchaliśmy przez zbyt wąskie zakręty. Przy tej robocie „Camel Trophy” to popołudniowe leżakowanie w przedszkolu.

Trzeciego dnia woda podniosła się na tyle, że można było usiąść do wioseł. Ale moja radość trwała krótko – w ciągu następnych siedmiu dni wiosłowaliśmy po dwanaście godzin dziennie! Na domiar złego, wiosłowania nie można było przerywać na dłużej niż kilka sekund, bo wówczas prąd spychał nas wstecz.

Bąble na dłoniach i bolące barki to jeszcze nic w porównaniu z przeraźliwą MONOTONIĄ trzydziestu tysięcy uderzeń wiosłem. Codziennie! Od bladego świtu do szarego zmroku.

I nazajutrz znów – trzydzieści tysięcy wioseł.

I… raz!

I… dwa!

I… trzy…aał… (przy trzecim pociągnięciu wiosłem pękały wczorajsze bąble) I… cztery!

I…

I…

I…

I…

I…

I…

I… dwa.

I… TRZYDZIEŚCI TYSIĘCY! Nareszcie koniec!

– Wiosłuj, gringo, wiosłuj – krzyknął Ekufa za moimi plecami. – Dzisiaj płyniemy do oporu, nawet po ciemku. Wioska jest już blisko.

I… trzydzieści tysięcy…siedemnaście

Dotarliśmy do niej po jedenastu dniach od wyruszenia z Lethem.

OSTATNIA WIOSKA

Przywitała nas starszyzna plemienna. Bardzo niechętnie. Ekufa usłyszał od Najstarszych kilka twardych słów, z których zrozumiałem wyłącznie gringo. Było ono wypowiadane tonem, jakiego używa się, gdy ktoś odkrywa, że zamiast masła orzechowego na jego grzance umieszczono smar do osi.

Najstarsi pokrzykiwali szeptem [przypis: Czy można pokrzykiwać szeptem? Owszem. Na przykład, kiedy dwoje ludzi próbuje się „dyskretnie” kłócić przy gościach.], jednocześnie wskazując energicznie rzekę za naszymi plecami. Sugestia była przerażająco jasna – wynocha, i to natychmiast!

Pomyślałem wtedy, że moja umowa z Ekufą dotyczy wyłącznie doprowadzenia mnie do wioski, natomiast nie mówi nic o odprowadzeniu. Z doświadczenia wiedziałem, jak dosłowni potrafią być Indianie i jak świetną mają pamięć do szczegółów. Ostatecznie jednak zwyciężył plemienny nakaz gościnności – wódz, niechętnie i po długich targach, ale pozwolił zostać.

Ta początkowa niechęć brała się stąd, że przybyliśmy dowioski w Wielkim Tygodniu, a więc w okresie świątecznym. Dla Wai Waiów nie miało to oczywiście żadnego znaczenia – oni prowadzą inną rachubę czasu i mają własne święta – ale dziwnym zrządzeniem losu tej wiosny nasz (chrześcijański) Wielki Tydzień zbiegał się z ich największym świętem, które, podobnie jak my, nazywają „Wielką Nocą”.

Zadziwiło mnie, ile w tym starym indiańskim święcie było podobieństw donaszego Wielkiego Postu i Wielkanocy.

WIELKA NOC

Jakieś 40 dni wcześniej wszyscy myśliwi opuścili wioskę i udali się na odległe łowiska. Wówczas w wiosce zapanował okres wymuszonego postu – nie miał kto polować, dlatego jedzono głównie ryby i płaskie placki z tartego manioku, przypominające macę. Jednocześnie wszyscy przygotowywali się do Wielkiej Uczty, która miała nastąpić po powrocie myśliwych.

* * *

O świcie usłyszeliśmy płynące z oddali odgłosy trąb. Coś jakby rogi myśliwskie. Wszyscy mieszkańcy wioski wybiegli na brzeg rzeki, by przywitać zapowiadających się w ten sposób łowców.

Z mgły wypłynęły trzy obładowane pirogi. Były pełne łupów: wędzone mięso tapirów i małp, szlachetne ptactwo (część jako przysmak, inne celem oskubania na piękne pióropusze), leniwce, pekari, aguti i sporo innych, które ciężko było rozpoznać.

Myśliwi przybili do brzegu i zaczęli procesyjnie przenosić łupy – - trofea do maloki (wielkiej okrągłej chaty służącej zebraniom). Nie wolno im było pomagać! Każdy sam nosił, a jednocześnie prezentował, co upolował. Potem przywoływał wybrane przez siebie gospodynie i ceremonialnie przekazywał im mięso, z prośbą o przygotowanie go na wieczorną Ucztę. Kobiety dziękowały, a następnie częstowały myśliwych cienką (postną?) zupką z orzeszków palmowych. Zupka była na oszukanie głodu i przypominała mi wyglądem zupkę śledziową, którą w każdy Wielki Piątek serwuje moja Babcia.

Po ceremonii przekazania darów, wszyscy na kilka godzin rozeszli się do swoich domów. Kobiety miały w tym czasie przyrządzić wyszukane potrawy mięsne – pierwszy od czterdziestu dni syty posiłek.

Wieczorem nastąpiła celebrowana hucznie wieczerza: Najpierw wniesiono placki maniokowe – indiański chleb powszedni. Ponieważ są okrągłe i białe, przypominały mi ogromne hostie (miały po metrze średnicy). Zgromadzeni ludzie zaczęli się nimi dzielić, zupełnie tak, jak my dzielimy się opłatkiem lub święconym jajkiem – wymieniając uśmiechy i dobre życzenia na nowy sezon.

Następnie dostojni myśliwi odebrali od kobiet przygotowane przez nie mięso i zaczęli dzielić je sprawiedliwie między wszystkich.

Odrywali po kawałku, podchodzili do kolejnych osób i podawali – z ręki do ręki – zaglądając każdemu głęboko w oczy. Poważnieli przy tym na sekundę. Aż mnie od tego świdrującego spojrzenia przeszły ciarki – poczułem się wyróżniony. Podobnie jak wówczas, gdy przyjmowałem Pierwszą Komunię Świętą.

Potem myśliwi poili wszystkich chichą - indiańskim winem. Obchodzili całe zgromadzenie z jedną wspólną miseczką, zrobioną ze zdrewniałej skorupy kalebasy. Nabierali gęstego płynu i podawali każdemu, znów zaglądając mu głęboko w oczy. Kolejne ciarki.