Выбрать главу

– Budowę kościoła rozpoczęto pod auspicjami pana Viollet-le-Duca -

ciągnął Constant – choć dość szybko przekazano przedsięwzięcie miejscowemu architektowi, panu Calsowi. – Położył dłonie na ramionach dziewczyny i obrócił ją twarzą do nawy.

Leonie aż zaparło dech w piersiach. Oblała ją fala gorąca.

– Ołtarz, apsyda i kaplice to praca Viollet-le-Duca – podjął Constant – Bardzo typowa dla niego mieszanka stylów północnych i południowych Wiele przedmiotów zostało przeniesionych z oryginalnego budynku

I choć jest to miejsce nieco jak na mój gust zbyt współczesne, trudno mu

odmówić szczególnego charakteru. Zgodzi się ze mną panienka?

Zsunął dłonie z ramion dziewczyny, muskając jej plecy. Nie potrafiła zaufać własnemu głosowi, toteż jedynie skinęła głową.

Jakaś kobieta z niesfornym dzieckiem na rękach, siedząca w niszy na podłodze, w złotym cieniu relikwiarza, zaczęła śpiewać kołysankę.

Leonie, wdzięczna losowi za pomoc, zwróciła na nią spojrzenie.

Aquela Trivala

Ah quun polit guartier

Es plen de gitanós.

Słowa piosenki napłynęły do nawy.

– W najprostszych rzeczach kryje się największy urok – zauważył Constant.

– To język oksytański – poinformowała Leonie, chcąc na nim zrobić wrażenie. – U nas w domu wszystkie pokojówki mówią tym językiem, kiedy sądzą, że nikt ich nie słyszy.

Wyczuła, że zainteresowały go te słowa.

– W domu? – zdziwił się głośno. – Panienka wybaczy, ale sądząc po

ubiorze i zachowaniu, wziąłem ją za rodowitą paryżankę. Osobę, która

znalazła się tutaj jedynie przejazdem. Une vraie Parisienne.

Następny komplement. Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko.

– Znowu ma pan rację. Jesteśmy z bratem w Langwedocji jedynie gośćmi. W Paryżu mieszkamy w ósmym arrondissement, niedaleko Gare Saint-Lazare. Czy pan zna tę okolicę?

– Niestety, jedynie z malunków pana Moneta.

Place d'Europe widać z okien naszego salonu. Jeżeli się zna okolicę. można dokładnie określić, gdzie mieszkamy.

Przepraszającym gestem rozłożył dłonie.

– W takim razie, jeśli nie jest to zbyt osobiste pytanie, mademoiselle

Vernier, co panienkę sprowadza do Langwedocji? Już po sezonie!

– Przyjechaliśmy na miesiąc do ciotki. Mina mu się wydłużyła.

– Proszę przyjąć wyrazy współczucia – rzekł.

Chwila minęła, nim Leonie zorientowała się, że nowy znajomy żartuje

– Ach. nie! – zaśmiała się niegłośno. – Izolda nie jest taką ciotką, jak

można by sądzić. Nie pachnie starą wodą kolońską i kulkami na mole. Jest młoda i piękna i w zasadzie też pochodzi z Paryża.

Ujrzała w jego oczach błysk… satysfakcji? Radości? Spłonęła rumieńcem, ukontentowana, że ten przystojny mężczyzna jest równie zadowolony z flirtu jak ona.

I nikomu nie dzieje się krzywda.

Constant położył dłoń na sercu, zgiął się w lekkim ukłonie.

– Uprzejmie przepraszam.

– Wybaczam – rzekła z promiennym uśmiechem.

– I ta ciotka, ta piękna, ujmująca Izolda, wcześniej mieszkanka Paryża, przeprowadziła się do Carcassonne?

– Nie. Przyjechaliśmy do miasta tylko na kilka dni załatwić jakieś sprawy związane z posiadłością jej zmarłego męża. Dziś wieczór idziemy na koncert.

– Carcassonne jest przepięknym miastem. Bardzo się zmieniło w ciągu ostatnich dziesięciu lat. Przybyło tu wiele wspaniałych restauracji i sklepów, a także hoteli. – Zamilkł na moment. – A może macie w mieście własne mieszkanie?

– Nie, skądże! – zaśmiała się dziewczyna. – Przyjechaliśmy tylko na kilka dni. Polecony przez przyjaciół Hotel Saint-Vincent całkowicie nam odpowiada.

Ktoś otworzył drzwi kościoła, razem z nowymi przybyszami wpadł do środka podmuch wiatru. Mokre spódnice przykleiły się dziewczynie do nóg. Zadrżała.

– Panienka boi się burzy?

– Ani trochę – odparła zgodnie z prawdą, choć troska nowego znajomego sprawiła jej przyjemność. – Majątek ciotki jest w górach. Przez ostatnie dwa tygodnie mieliśmy okazję doświadczać grzmotów i błyskawic dużo groźniejszych niż te dzisiejsze.

– Więc zamieszkaliście poza Carcassonne?

– Na południe od Limoux, w Haute Vallee. Niedaleko od uzdrowiska Rennes-les-Bains. Podniosła na niego uśmiechnięte spojrzenie. – Zna pan to miejsce?

– Niestety, nie. Chociaż przyznaję, zaczynam być zainteresowany. Może złożyłbym wizytę w tej okolicy w nieodległej przyszłości?

Leonie po raz kolejny spłonęła rumieńcem.

– Posiadłość leży na uboczu, ale okolica jest piękna.

– Dużo socjety przebywa w Rennes-les-Bains?

– Ależ skąd! Żyjemy tam na odludziu. Ale odpowiada nam taki stan rzeczy. Mój brat w mieście jest wiecznie zajęty. Tutaj wreszcie może odpocząć.

– Mam nadzieję, że południe będzie mogło się nacieszyć waszą obecnością nieco dłużej rzekł miękko.

Leonie z trudem zachowała spokojny wyraz twarzy. Hiszpańska rodzina, ciągle głośno się kłócąc, zaczęła wstawać. Drzwi kościoła stały otworem.

– Deszcz przechodzi – zauważył Constant. – Szkoda.

Ostatnie słowo padło tak spokojnie, że Leonie rzuciła na towarzysza zdumione spojrzenie. Tak otwarcie wyrażać zainteresowanie…? Jego twarz miała jednak całkiem niewinny wyraz, więc dziewczyna musiała się zastanowić, czy przypadkiem nie przypisała mu niezamierzonych intencji. Przeniosła spojrzenie z powrotem na drzwi i ujrzała na mokrych stopniach powódź jasnego, słonecznego światła.

Dżentelmen w cylindrze pomógł swojej towarzyszce wstać. Ostrożnie wydostali się z ławy, przeszli nawą i znaleźli się przed kościołem. Za nimi podążyli inni. Aż dziwne, jak wiele osób schroniło się w kościele. Wcale nie zwróciła na tych ludzi uwagi.

Monsieur Constant podał jej ramię.

– Pójdziemy?

Aksamitny głos. Nienaganne maniery. Wahała się tylko przez mgnienie oka. Następnie, sama nie wiedząc jak ani kiedy, wsparła się na ramieniu mężczyzny.