Выбрать главу

Na czas oczekiwania schronili się w jakiejś restauracyjce tuż obok dworca. Na kolację było już za późno, nawet w innych okolicznościach. Szczęściem żona właściciela, rzuciwszy okiem na przezroczystą skórę Izoldy oraz świadoma nieskrywanego udręczenia Anatola, zlitowała się nad nimi i poczęstowała ich parującą ogonówką oraz pajdami podeschłego czarnego chleba. Do tego znalazła się butelka mocnego tarascońskiego wina.

Dołączyło do nich dwóch mężczyzn. Przynieśli wieści, że Aude w Carcassonne już występuje z brzegów. Powódź zalała quartiers Trivalle i Bar-bacane.

Leonie pobladła. Oczyma wyobraźni ujrzała czarną wodę, wdzierającą się na stopnie kościoła Saint-Gimer. Jakże łatwo mogła się znaleźć w pułapce! Ulice, po których tak niedawno chodziła, teraz znajdowały się pod wodą! Nagle pojawiła się jeszcze jedna myśl. Czy Victor Constant jest bezpieczny?

Niepokój o niego nie dawał jej spokoju przez całą drogę do Domaine de la Cade do tego stopnia, że nie zwracała uwagi na niedogodności podróży ani wysiłek zmęczonych koni, ciągnących powóz śliską zdradliwą górską drogą.

Zanim pokonali długi żwirowy podjazd, gdzie koła grzęzły w błocie. Izolda zaczęła tracić przytomność. Marieta została posłana do zmieszania proszków mających pomóc jej pani zasnąć, inna pokojówka miała naszy-kować moine, miedziane naczynie na długiej rączce, które wypełniało się żarem, służące do nagrzewania łóżka. Trzecia poprawiała płonące drwa w kominku. Ponieważ Izolda nie miała siły iść, Anatol wziął ją na ręce i zaniósł na piętro. Pasma blond włosów niby złoty jedwab odcinały się od czerni marynarki.

Leonie odprowadzała ich zdumionym wzrokiem. Zanim pozbierała myśli, została w holu sama.

Przemarznięta do szpiku kości i zła jak osa, udała się do swojego pokoju. Sama się rozebrała i wpełzła pod kołdrę. Pościel wydawała się wilgotna. Nikt nie rozpalił ognia na kominku. Pokój był ponury i nieprzyjazny.

Próbowała zasnąć, lecz ciągle słyszała kroki Anatola na korytarzu. W którymś momencie do jej uszu dotarto stukanie jego obcasów na płytkach w holu. Maszerował niczym żołnierz na warcie.

Ktoś otworzył frontowe drzwi.

Zapadła cisza.

W końcu dziewczyna pogrążyła się w niespokojnym półśnie. Bohaterem jej marzeń był Victor Constant.

CZĘŚĆ VIII. Hotel de la Cade Październik 2007

ROZDZIAŁ 63

Wtorek, 30 października 2007

Meredith zobaczyła Hala, zanim on ją dostrzegł. Serce zabiło jej szybciej. Siedział w jednym z trzech niskich foteli, ustawionych przy stoliku, ubrany tak samo jak wcześniej w dżinsy i biały T-shirt, tylko zamiast niebieskiego swetra miał beżowy. Odgarnął włosy z twarzy.

Uśmiechnęła się, widząc ten gest, który był jej już dobrze znajomy. Puściła drzwi, zamknęły się za nią same.

Gdy podeszła bliżej, Hal wstał.

– Cześć – powiedziała, siadając obok. – Jak minęło popołudnie?

– Bywało lepiej – rzekł, całując ją w policzek. Ruchem ręki wezwał kelnera. – Co dla ciebie?

– Tamto wino, które poleciłeś mi wczoraj, było bardzo smaczne.

– Une bouteille du Domaine Begude, s'il vous plait, Georges – zamówił. – Et trois verres.

– Trzy kieliszki? – zdziwiła się Meredith.

Hal spochmurniał.

– Przy wejściu wpadłem na stryja. Najwyraźniej uznał, że nie będziesz miała nic przeciwko ciut większemu towarzystwu. Podobno rozmawialiście wcześniej. Kiedy wspomniałem, że mamy zamiar wypić drinka, od razu się wprosił.

– To nie tak – zaprotestowała. – Zapytał mnie, czy wiem, dokąd pojechałeś, i tyle.

– Jasne.

– Trudno to nazwać rozmową. – Pochyliła się, opierając dłonie na kolanach. – Mów, co się działo.

Hal zerknął na drzwi.

– Wiesz co, zjedzmy razem kolację, dobrze? Wtedy pogadamy. Nie chcę zaczynać teraz, skoro za parę minut zjawi się stryj. W stosownej chwili będziemy mogli się ulotnić. Co ty na to?

– Super. – Uśmiechnęła się szeroko. Nie jadłam obiadu. Umieram z głodu.

Hal wstał wyraźnie zadowolony.

– Zamówię stolik. Zaraz wracam.

Odprowadziła go wzrokiem. Miał szerokie bary. W progu przystanął obejrzał się, jakby czuł na sobie jej spojrzenie. Chwilę patrzyli sobie prosto w oczy. Potem Hal uśmiechnął się lekko i zniknął w korytarzu.

Teraz z kolei Meredith odgarnęła grzywkę z czoła. Skóra ją paliła w gardle jej zaschło, za to dłonie miała wilgotne. Pokręciła głową z polito waniem. Jak ostatnia smarkula.

Georges przyniósł zamówione wino w kubełku z lodem, ustawił całość na stojaku, po czym nalał trunku do kieliszka w kształcie tulipana.

Wypiła kilka łyków duszkiem, jakby to była woda. Powachlowała się kartą alkoholi.

Rozejrzała się po wnętrzu, powiodła wzrokiem po półkach na książki sięgających od podłogi do sufitu. Ciekawe, czy Hal wiedział, które przetrwały pożar. O ile w ogóle były tu jakieś tomy z oryginalnej biblioteki. Przyszło jej do głowy, że w którymś z nich mogłaby znaleźć jakieś powiązania między Lascombe'ami a rodem Vernierów, zwłaszcza w odniesieniu do kart tarota, drukowanych przez rodzinę Bousąuetów. O ile książki nie pochodziły, wszystkie jak leci, z wyprzedaży vide-grenier.

Spojrzała za okno. Na zewnątrz zapadł już mrok. Daleko, na krawędziach trawników, odcinały się od jaśniejszego nieba ostre sylwetki drzew, rozkołysana armia cieni.

W pewnym momencie poczuła na sobie czyjś wzrok, jakby ktoś jej się przyglądał zza okna. Zmrużyła oczy, ale nikogo nie dostrzegła.

Wtedy uświadomiła sobie, że istotnie ktoś jej się przygląda. Usłyszała kroki za plecami. Przeszedł ją miły dreszcz. Oczy rozbłysły. Uśmiechnęła się, odwróciła.

Zamiast Hala zobaczyła jego stryja, Juliana Lawrence'a. Rozchodził się od niego delikatny zapach whisky. Zawstydzona Meredith natychmiast zmieniła wyraz twarzy i zaczęła się podnosić.

– Proszę nie wstawać. – Naturalnym gestem położył dłoń na jej ramie

niu.

Usiadł w fotelu po prawej, zanim zdążyła mu powiedzieć, że to miejsce Hala. Nalał sobie wina.

– Sante. – Uniósł kieliszek. – Mój bratanek znowu zniknął?