Выбрать главу

– Poszedł zarezerwować stolik na kolację.

Grzecznie, uprzejmie i nic poza tym.

Julian miał na sobie jasny płócienny garnitur oraz niebieską koszulę bez krawata. Tak jak za każdym razem, gdy go spotykała, robił wrażenie swobodnego i opanowanego, tyle tylko, że tym razem był lekko zaczerwieniony. Wzrok Meredith powędrował ku lewej ręce mężczyzny, wspartej na oparciu fotela. Dłoń zdradzała jego wiek, raczej pod sześćdziesiątkę niz czterdzieści kilka, na które by go oceniła po sylwetce i zachowaniu. Nie nosił obrączki.

Wróciła wzrokiem do twarzy. Nadal patrzył na nią bez zmrużenia powiek.

Zupełnie jak Hal. Odepchnęła od siebie porównanie, które samo się nasuwało.

Julian odstawił kieliszek na stół.

– Co pani wie o kartach tarota? – zapytał.

Zaskoczył ją całkowicie. Wpatrywała się w niego bez słowa, rozważając, jakim cudem przyszło mu do głowy poruszyć akurat ten temat. W następnej chwili pomyślała o fotografii, którą ukradła ze ściany w holu, o talii, którą dostała od Laury, o miejscach odwiedzonych w sieci i o powiązaniu wszystkiego tego z nutami, z muzyką. Nie mógł o tym wiedzieć, nie było sposobu. A mimo to zaczerwieniła się po uszy, jakby ją przyłapał na gorącym uczynku. Co gorsza, widziała wyraźnie, że bawi go jej zmieszanie.

– Oglądałam Jane Seymour w „Żyj i pozwól umrzeć" – rzuciła lekko. -

Na tym się moja wiedza kończy.

– Ach, piękna Solitaire! – Uniósł brwi.

Meredith milczała.

– Ja, dla odmiany – podjął po chwili – jestem zafascynowany historią tarota, choć nie wierzę, by wróżenie było dobrym sposobem na planowa

nie życia.

Głos też miał podobny do Hala. I tak samo przeciągał słowa, jakby każde było szczególne. Główna różnica polegała na tym, że Hal miał szczerą naturę, najmniejszą emocję widać było u niego jak na dłoni, gdy tymczasem Julian wydawał się stale ukrywać za szyderstwem. Sarkastyczny facet.

Zerknęła w stronę drzwi, niestety, ciągle zamkniętych.

– Czy zna pani reguły interpretacji tarota?

– Nie bardzo – odparła, nie chcąc drążyć tematu.

– Naprawdę? Odniosłem wrażenie, że to dla pani nie pierwszyzna. Hal powiedział, że w czasie waszej wycieczki do Rennes-le-Chateau wypłynął temat tarota. – Lekko wzruszył ramionami. – Może źle zrozumiałem.

Meredith gwałtownie szukała w myślach. Owszem, ostatnio miała tarota w głowie w zasadzie bez przerwy, ale jakoś nie mogła sobie przypomnieć, żeby rozmawiała na ten temat z Halem. Julian w dalszym ciągu nie spuszczał z niej wzroku, trochę jakby rzucał jej wyzwanie.

W końcu musiała coś powiedzieć, żeby przerwać krępującą ciszę.

– O ile mi wiadomo, przyjmuje się, że choć karty teoretycznie układa

ją się przypadkowo, sam proces tasowania jest sposobem na ujawnienie

niewidocznych powiązań.

– Słuszna uwaga. – Sekunda przerwy. – Czy kiedyś pani wróżono? Wyrwał jej się cichy śmiech.

– Dlaczego pan pyta?

– Z czystej ciekawości.

Dłuższą chwilę przyglądała mu się bez słowa, zła, że tak łatwo zbija ją z pantałyku.

Ktoś położył jej dłoń na ramieniu. Drgnęła, obejrzała się – i tym razem zobaczyła uśmiechniętego Hala.

– Wybacz – rzucił – nie chciałem cię przestraszyć.

Kiwnął głową stryjowi i usiadł w trzecim fotelu, naprzeciwko Meredith. Wyjął butelkę z wiaderka, nalał sobie wina.

– Właśnie rozmawialiśmy o kartach tarota – powiedział Julian.

– Tak? – Hal przeniósł wzrok z jednego na drugie. – A konkretnie? Meredith zajrzała mu głęboko w oczy i straciła wszelką nadzieję. Nie miała ochoty dyskutować o tarocie, Hal natomiast uważał, że w ten sposób uniknie roztrząsania wizyty na komisariacie.

– Właśnie pytałem panią, czy kiedykolwiek wróżono jej z kart. I czekam na odpowiedź.

Uświadomiła sobie, że jeśli nie zmieni tematu natychmiast, rozmowa potoczy się dalej tym samym torem.

– Owszem, rzeczywiście. – Starała się mówić tonem pozbawionym emocji. – Wróżono mi dwa dni temu, w Paryżu. Pierwszy i, jak dotąd, ostatni raz.

– Czy to było przyjemne doświadczenie?

– Na pewno interesujące. A panu ktoś wróżył z kart?

– Proszę mi mówić po imieniu, nalegam.

Meredith dostrzegła na jego twarzy przelotny wyraz rozbawienia, zmieszany z czymś, czego nie potrafiła zdefiniować. Z wytężoną uwagą?

– A odpowiadając na pani pytanie, nie. Nikt mi nigdy nie wróżył z kart, choć przyznaję, interesuje mnie symbolika związana z tarotem.

Czyli intuicja jej nie zawiodła. To nie była ot, taka sobie, grzecznościowa wymiana zdań. Ta rozmowa miała głębszy sens i cel. Meredith pociągnęła łyk wina i przywołała na twarz obojętny wyraz.

– Naprawdę?

– Tak, tak. Na przykład, symbolika numerów, szalenie interesujący temat.

– O tym też wiem niewiele. Tyle co nic.

Julian sięgnął do kieszeni.

Meredith stężała. Jeśli wyciągnie talię kart, to koniec. Wytrzymał jej wzrok, po czym wyjął paczkę gauloise'ów i zapalniczkę Zippo.

– Papierosa? – spytał, podsuwając jej paczkę. – Obawiam się, że trzeba

będzie wyjść na zewnątrz.

Zła, że pozwoliła tak z siebie zakpić, mało tego, że dopuściła, by to było widać, pokręciła głową.

– Nie palę.

– Bardzo mądrze. – Odłożył papierosy i zapalniczkę na blat. – Symbolika numerów – podjął – choćby w kościele w Rennes-le-Chateau, jest fascynująca.

Meredith rzuciła okiem na Hala, mając nadzieję, że on coś powie, ale nie, siedział cicho, zapatrzony w przestrzeń.

– Nie zauważyłam.

– Naprawdę? A warto zwrócić na to uwagę. Istotną liczbą wydaje się dwadzieścia dwa. Napotykamy ją tam zadziwiająco często.

Mimo całej antypatii do mężczyzny temat ją zaciekawił. Chętnie by usłyszała, co Julian ma do powiedzenia. Ale też nie chciała się zdradzić ze swoim zainteresowaniem.

– W jakiej postaci?

– Na początek na kropielnicy, zaraz przy wejściu. Widziała ją pani? Tę z Asmodeuszem.