I ciągle nic.
Gdy oczyścił swoje konto bankowe, zaczął pożyczać z kasy hotelowej. Na tym etapie użyteczny okazał się fakt, że finanse, przynajmniej częściowo, istniały w formie gotówkowej. Z drugiej strony, hotel także musiał zarabiać. Koszty rozkręcenia interesu były ogromne. Jeszcze nie zaczęły się zwracać, a bank już upominał się o spłatę pożyczki. Mimo wszystko Julian stale wyprowadzał pieniądze, zakładając, że w niedługim czasie znajdzie to, czego szuka, a wtedy wszystko będzie jak trzeba.
Osuszył kieliszek do dna.
To tylko kwestia czasu.
Wszystkiemu winien Seymour. Mógł się zdobyć na odrobinę cierpliwości. Zaufać bratu. Nie wtrącać się. Wiedział, że niewiele brakowało.
Spłaciłbym go, pomyślał.
Kiwając głową, pstryknął wieczkiem zapalniczki. Wyjął papierosa, przypalił, zaciągnął się głęboko. Już rozmawiał z policją z Couizy. Powiedziano mu, że lepiej byłoby, gdyby bratanek przestał zadawać pytania. Julian, oczywiście, obiecał rozmówić się z chłopakiem i zaprosił komisarza na kieliszeczek w przyszłym tygodniu.
Sięgnął po butelkę, nalał sobie kolejne dwa łyki. Wrócił myślami do rozmowy w barze. Celowo zachowywał się prostacko, wydało mu się to najkrótszą drogą do wyprowadzenia Amerykanki z równowagi. Nie miała ochoty mówić o tarocie.
Dziewczyna jest bystra. I niebrzydka.
Co ona wie?
Uświadomił sobie, że odgłos, który mu przeszkadza w myśleniu, to bębnienie palcami o blat biurka. Opuścił wzrok na własną dłoń. Obca. Jakby należała do kogoś innego. Zmusił ją do bezruchu.
W zamkniętej szufladzie biurka czekały dokumenty przekazania praw właścicielskich. Wystarczyło podpisać papiery i zwrócić je notariuszowi w Esperazie. Chłopak nie był głupi. Nie miał ochoty zostawać w Domaine de la Cade. Julian doskonale zdawał sobie sprawę, że miałby z nim równie ciężkie przeprawy jak z Seymourem. Dotąd nie naciskał, ale już dość czekania. Pora załatwić sprawy. Od wypadku minęło dużo czasu.
– To nie moja wina – powiedział, przeciągając głoski. Alkohol zaczynał działać.
Powinien jeszcze raz pogadać z dziewczyną. Z tą Amerykanką. Ona coś wie o oryginalnej talii Bousqueta. Inaczej po co by tutaj przyjeżdżała? Jej obecność nie miała nic wspólnego z wypadkiem Seymoura ani z tym żałosnym Halem, ani z hotelowymi finansami. To pewne. Dziewczyna była tutaj z tego samego powodu co on. O nie. Nic z tego. Nie po to odwalał całą brudną robotę, żeby jakaś amerykańska gówniara sprzątnęła mu karty sprzed nosa.
Popatrzył na ciemniejący las. Zapadała noc. Wolnym ruchem wyciągnął rękę do lampy, pstryknął przełącznikiem.
Krzyknął.
Przed nim stał brat. Seymour. Blady, o woskowej cerze, pozbawionej życia, zupełnie jak w kostnicy. Twarz miał poznaczoną bliznami i zmarszczkami, oczy nabiegłe krwią.
Julian zerwał się z fotela, ciężki mebel huknął o podłogę.
– A ty tu skąd?!
Z trąconej szklaneczki wylała się whisky. Odruchowo spojrzał w dół, a gdy znów podniósł wzrok, nie zobaczył nikogo.
Nie uwierzył własnym oczom. Przeskakiwał spojrzeniem z jednego kata w drugi, zerknął w okno – i wtedy zrozumiał.
Przestraszył się własnego odbicia, bladej podobizny w ciemniejącym szkle. Zobaczył siebie, nie brata.
Odetchnął głęboko.
Seymour nie żył. Był martwy. Bez wątpienia. Julian osobiście przyprawił mu drinka rufenolem, zwanym także pigułką gwałtu. Zawiózł go do mostu przy Rennes-les-Bains, przeciągnął Seymoura na siedzenie kierowcy, zwolnił hamulec. Widział spadający samochód.
– Zmusiłeś mnie do tego – mruknął.
Podniósł wzrok na okno, zamrugał. Nic.
Odetchnął pełną piersią, a następnie schylił się, by postawić fotel. Na moment zamarł w dziwacznym skłonie, z dłońmi zaciśniętymi na oparciu, z pobielałymi kłykciami, pochyloną głową. Czuł strużkę potu, płynącą między łopatkami.
Wziął się w garść. Sięgnął po papierosy. Nikotyna uspokoi mu nerwy.
Zapatrzył się w czarny las za oknem.
Oryginalne karty nadal gdzieś tam są. Był tego absolutnie pewien.
– Już niedługo. – Był o włos od celu. Miał przeczucie. Następnym razem szczęście mu dopisze. Na pewno.
Kałuża whisky dotarła do brzegu biurka i zaczęła skapywać na dywan.
ROZDZIAŁ 65
– Dobra, gadaj – poprosiła Meredith. – Po kolei.
Hal oparł łokcie na blacie.
– Z grubsza rzecz biorąc, nie widzą powodu do wznawiania śledztwa. Są przekonani, że wszystko wiedzą.
– To znaczy?
– Zgon w wypadku samochodowym. Tata był pijany. Stracił panowanie nad kierownicą, stoczył się z mostu do rzeki Salz. Miał trzykrotnie przekroczoną dozwoloną zawartość alkoholu we krwi.
Siedzieli w alkowie pod oknem. O tej porze w restauracji panował spokój, więc mogli rozmawiać bez przeszkód i bez obawy, że ktoś ich usłyszy. Na białym obrusie stała zapalona świeca.
Meredith wyciągnęła rękę przez stół i przykryła dłonią rękę Hala.
– Na dodatek mają świadka. Jakąś Angielkę, panią archeolog z tytułem doktora, Shelagh O'Donnell. Mieszka w okolicy od jakiegoś czasu.
– To chyba dobrze? Widziała wypadek?
Pokręcił głową.
– W tym rzecz. Zgodnie z protokołem, słyszała pisk hamulców i opon, ale nic nie widziała.
– Zawiadomiła policję?
– Nie od razu. Na tym zakręcie bardzo często kierowcy ostro hamują. Podobno dopiero rano, kiedy zobaczyła karetkę i policję wyciągającą samochód z rzeki, zrozumiała, co się stało. – Zamilkł. – Chciałbym z nią porozmawiać. Może coś jej się przypomni?
– Z jednej strony, kto wie, z drugiej, przecież złożyła zeznania.
– Mam wrażenie, że nie traktują jej jako wiarygodnego świadka.