Wstała, pozbyła się ostatniej sztuki garderoby.
– Oooo! – powiedział Hal. On też się podniósł.
Podeszła do niego, przytulili się, wsiąkli w siebie nawzajem, poufale, serdecznie. Czuła, jak bardzo jej pragnie, a przecież czekał, żeby to ona dyktowała tempo. Wobec tego wzięła go za rękę i pociągnęła pod kołdrę, na płócienne chłodne prześcieradła, wchłaniające gorąco ich ciał. Przez dłuższą chwilę leżeli obok siebie, jak rycerz i jego dama na kamiennym grobowcu. Wreszcie Hal uniósł się na łokciu i pogłaskał ją po włosach.
Pomógł jej ten zwykły dotyk. Rozluźniła się, odetchnęła spokojniej.
Dłoń Hala zsunęła się niżej, na ramiona, na szyję, musnęła piersi dziewczyny, splotła się z jej palcami. Wargi znaczyły ścieżki na białej skórze.
W Meredith rosła namiętność, gorąca, czerwona jak krew gnająca żyłami, przenikała ją do szpiku kości, od stóp do głów. Dziewczyna uniosła się na łokciach, każdy jej pocałunek zapewniał, że chce więcej. J kiedy wyczekiwanie stało się nie do zniesienia, Hal rozsunął jej nogi. Spojrzała w oczy niebieskie jak najczystszy lód, dostrzegła wszystkie możliwości świata. Najgorsze i najlepsze.
– Jesteś pewna?
Uśmiechnęła się, sięgnęła w dół i poprowadziła go do celu. Wsunął się powoli, delikatnie.
– Mmm… -mruknęła.
Przez chwilę leżeli bez ruchu, napawając się spokojem zespolenia. Potem Hal zaczął się poruszać. Najpierw bardzo wolno, potem szybciej, mocniej. Ciało Meredith z?reagowało samo. Czuła na sobie jego silne ramiona i dłonie. Wdarła się w niego gwałtownym pocałunkiem, rozdzieliła wargi pozbawione słów.
Hal oddychał coraz głośniej, reagował szybciej, a namiętność, pożądanie i natura kazały mu zdążać do ekstazy. Meredith wychodziła kochankowi na spotkanie, ona też zapomniała o całym świecie.
Krzyknął głośno, szarpnął się, oboje znieruchomieli.
Jakiś czas potrwało, zanim jej oddech wrócił do normy, zanim krew przestała szumieć w uszach. Hal przygniatał ją całym ciężarem, wyciska! powietrze z płuc, ale nie chciała się ruszyć. Pogładziła go po gęstych czarnych włosach i zamknęła w objęciach. W pewnej chwili zdała sobie sprawę, że jej kochanek ma mokrą twarz. Że bezgłośnie płacze.
– Już, już… – szepnęła.
– Zechce mi pani opowiedzieć coś o sobie – zażądał Hal. – Pani o mnie wie prawie wszystko, pewnie nawet za dużo, a ja o pani, droga pani Martin, tyle co nic.
– Co za oficjalna przemowa! – Meredith się zaśmiała. – Zaskakuje mnie pan, proszę pana. – Pogładziła go po piersi, zsunęła dłoń niżej.
Hal złapał ją za rękę.
– Mówię poważnie! Nawet nie wiem, gdzie mieszkasz na stałe. Skąd pochodzisz, co robią twoi rodzice… No, mów.
– Niech ci będzie. Jeden życiorys w krótkim streszczeniu, już podaję. Wychowywałam się w Milwaukee, mieszkałam tam do osiemnastego roku życia, potem wyjechałam do college'u w Karolinie Północnej. Następnie studiowałam, pisałam pracę, uczyłam w St Louis i w Seattle i cały czas szukałam funduszy na dokończenie biografii Debussy'ego. Teraz przewijamy taśmę o parę lat do przodu. Moi rodzice adopcyjni postanowili się przeprowadzić z Milwaukee do Chapel Hill. w pobliżu mojej dawnej szkoły. W tym roku zaproponowano mi pracę w prywatnym college'u niedaleko uniwersytetu i w końcu znalazłam wydawcę biografii.
– Powiedziałaś: rodzice adopcyjni?
Meredith westchnęła.
– Moja rodzona matka, Jeanette, nie umiała się mną zająć. Wobec tego Mary, nasza daleka kuzynka, dziesiąta woda po kisielu, zabierała mnie, kiedy Jeanette była chora. A jak się w końcu zrobiło bardzo nieciekawie, zamieszkałam u niej na stałe. Dwa lata później, po śmierci mojej matki, zostałam oficjalnie adoptowana.
Proste, zwykle słowa nie zdradzały, jak naprawdę wyglądał ten trudny czas. Nocne telefony, niezapowiedziane wizyty, krzyki na ulicy, ciężar odpowiedzialności za matkę, jaki mała Meredith dźwigała na swoich wątłych barkach. Rzeczowa relacja nie odzwierciedlała również poczucia winy, które dziewczyna nosiła w sercu przez długie lata. Bo pierwszą reakcją na wiadomość o śmierci matki nie był żal ani smutek, tylko ulga.
Do tej pory nie zdołała sobie wybaczyć.
– Nie miałaś lekkiego życia – podsumował Hal.
Uśmiechnęła się do niego i przysunęła bliżej.
– Miałam sporo szczęścia. Mary jest niezwykłą kobietą. Dzięki niej zaczęłam grać na fortepianie i na skrzypcach. Jej i Billowi zawdzięczam dokładnie wszystko.
Hal się zaśmiał.
– Najwyraźniej faktycznie piszesz biografię Debussy'ego! Meredith lekko uderzyła go w ramię.
– Ty niedowiarku!
Czas jakiś leżeli w przyjaznej ciszy, wtuleni w siebie.
– To jeszcze nie wszystko – odezwał się w końcu Hal. Ruchem głowy
wskazał zdjęcie w ramce, leżące na biurku. – Dobrze się domyślam, prawda?
Meredith usiadła, podciągnęła kołdrę.
– Dobrze się domyślasz.
Widząc, że nie jest gotowa na rozmowę o tej sprawie, Hal postanowił zmienić temat. Usiadł, opuścił nogi na podłogę.
– Przynieść ci coś? Może jakieś picie?
– Przydałaby się szklanka wody.
Zniknął na chwilę w łazience i wrócił z dwiema szklankami do mycia zębów. Z minibaru wyjął dwie butelki wody mineralnej, po czym wrócił pod kołdrę.
– Proszę uprzejmie.
– Dzięki. – Meredith pociągnęła wodę prosto z butelki. – Jeszcze do niedawna wiedziałam tylko, że rodzina mojej matki mogła pochodzić z południa Francji i że w czasie drugiej wojny światowej albo niedługo potem wyemigrowała do Ameryki. Mam fotografię mężczyzny, który wedle wszelkich znaków na niebie i na ziemi, jest moim prapradziadkiem. Pozuje we francuskim mundurze. Zdjęcie zrobiono na placu w Rennes-les-Bains, w tysiąc dziewięćset czternastym. Jakoś musiał trafić do Milwaukee, ale ponieważ nie znałam jego nazwiska, nie mogłam dużo zdziałać. Bardzo dużo w tych stronach Europejczyków, napływali przez cały dziewiętnasty wiek. Pierwszy przybył tam Jacąues Veau, francuski kupiec, który ustanowił punkt wymiany towarów na urwisku, gdzie spotykały się trzy rzeki: Milwaukee, Menomonee i Kinnickinnic.