Выбрать главу

Meredith domyśliła się, że dziś Hal pochował ojca. Poczuła się niewyraźnie. Czekała w milczeniu.

– Wybacz – odezwał się w końcu. – Mam za sobą fatalny dzień. – Osuszył kieliszek do dna i sięgnął po drugi, który postawił przed nim barman. _ Co cię tu sprowadza, interes czy przyjemności?

– Po trochu jedno i drugie – odpowiedziała. – Piszę.

– Dla jakiejś gazety?

– Nie, pracuję nad książką. Nad biografią kompozytora, Claude'a De-bussy'ego.

Spojrzenie mu zgasło, znów spochmurniał. Nie na taką reakcję miała nadzieję.

– Bardzo tutaj ładnie – dodała szybko, obejmując spojrzeniem wnę

trze. – Twój stryj długo tutaj mieszka?

Hal zacisnął pięści.

– We dwóch z moim ojcem kupili tę posiadłość w dwa tysiące trzecim.

Fortuna poszła na doprowadzenie jej do przyzwoitego stanu.

Meredith nie bardzo wiedziała, co powiedzieć. A Hal nie ułatwiał jej zadania.

– Tata przyjechał tu na stałe w maju – odezwał się wreszcie. – Chciał

prowadzić interes na co dzień. – Znowu przerwał. – Zginął w wypadku samochodowym. Miesiąc temu. Odchrząknął. – Dzisiaj był jego pogrzeb.

Zanim uświadomiła sobie, co robi, przykryła jego palce dłonią.

– Tak mi przykro.

Napięcie odrobinę zelżało. Siedzieli przez jakiś czas w milczeniu, wreszcie Meredith delikatnie puściła rękę Hala i sięgnęła po kieliszek.

– Miesiąc temu…? – rzuciła zdziwiona. – Dość długo…

– Rzeczywiście. – Pokiwał głową. – Robili sekcję. Oddali ciało dopiero w zeszłym tygodniu.

Ciekawe dlaczego.

– Mieszkasz tutaj? – zapytała, starając się podtrzymać rozmowę.

– W Londynie. Pracuję w inwestycjach bankowych. To znaczy, pracowałem. Właśnie złożyłem wymówienie. – Zamilkł na moment. – Mam dosyć. I nawet nie chodzi o ojca. Harowałem po czternaście godzin na dobę, siedem dni w tygodniu. Zarabiałem nieźle, ale nie miałem kiedy wydawać pieniędzy.

– Masz tutaj rodzinę? Jakichś francuskich krewnych?

– Nie. Jestem Anglikiem z krwi i kości. Na chwilę zapadła cisza.

– I co dalej?

Hal tylko wzruszył ramionami.

– Zostaniesz w Londynie?

– Bo ja wiem? Chyba nie. Meredith pociągnęła łyk wina.

– Debussy – odezwał się Hal znienacka, jakby dopiero teraz dotarły do

niego słowa dziewczyny. Przyznaję ze wstydem, niewiele o nim wiem.

Uśmiechnęła się, wdzięczna za szczere starania.

– Nie ma takiego obowiązku.

– A co on ma wspólnego z tą częścią Francji?

– Niewiele! – zaśmiała się Meredith. – W sierpniu tysiąc dziewięćsetne-go napisał do przyjaciela, że wysyła swoją żonę, Lilly, w Pireneje, na rekonwalescencję po operacji. Czyli, między wierszami, po usunięciu ciąży Jak dotąd nikt tej historii nie potwierdził, a jeżeli Lilly faktycznie tu przyjechała, to nie na długo, bo w październiku znalazła się z powrotem w Paryżu.

Hal pokiwał głową na boki.

– Wszystko jest możliwe. Teraz trudno w to uwierzyć, ale w tamtych czasach Rennes-les-Bains było, zdaje się, modnym uzdrowiskiem.

– To prawda. Zwłaszcza wśród paryżan. Pewnie dlatego, że tutaj leczono różne dolegliwości. Normalnie kurorty specjalizowały się w walce z konkretnymi chorobami, najczęściej z reumatyzmem. Do Lamalou przyjeżdżali chorzy na syfilis.

Hal uniósł brwi, ale nie podjął wątku.

– Chyba sporo wysiłku kosztowała cię podróż na południe Francji -odezwał się po chwili. – I wszystko to dlatego, że być może Lilly Debussy spędziła tutaj parę tygodni? Czy to aż takie ważne?

– Szczerze mówiąc, nie – odparła, trochę zdziwiona, że czuje potrzebę, by się bronić. Jakby jej prawdziwe motywy przyjazdu do Rennes-les-Bains zostały nagle odsłonięte przed całym światem. – Ale byłby to zupełnie nowy wątek, do którego nikt wcześniej nie dotarł. Coś, co by moją książkę odróżniało od innych. – Umilkła zapatrzona w blat. – Poza tym to interesujący okres w życiu Debussy'ego. Lilly Texier poznała go, mając zaledwie dwadzieścia cztery lata. Pracowała jako modelka. Rok później się pobrali. W tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym dziewiątym. Debussy wiele utworów dedykował przyjaciołom, kochankom, znajomym, ale mało który swojej żonie. – Meredith zdawała sobie sprawę, że mówi za dużo, ale dosiadła swojego konika i nie potrafiła zamilknąć. – A przecież właśnie ona towarzyszyła mu przez lata, gdy rodziła się jedyna opera Debussy'ego, „Peleas i Melizanda". Wystawiono ją w tysiąc dziewięćset drugim. Wtedy właśnie jego szczęście się odmieniło, zyskał reputację, szacunek, uznanie. Lilly była stale u jego boku, więc chyba warto ją zauważyć. – Zamilkła dla złapania oddechu i raptem zorientowała się, że Hal się uśmiecha. – Przepraszam. – Skrzywiła się lekko. – Poniosło mnie. Z marszu przyjmuję, że każdego ten temat interesuje równie mocno jak mnie. Fatalny zwyczaj.

– Dobrze jest żyć z pasją – rzekł Hal cicho.

Podniosła na niego wzrok i stwierdziła, że patrzy na nią bez zmrużenia oczu. Zaczerwieniła się i z tego powodu zrobiło jej się głupio.

– Bardziej lubię poszukiwania i badania niż samo pisanie – rzekła szybko. Nazywam to umysłowymi wykopaliskami. Szperanie w starych zapiskach, artykułach, listach, ożywianie danej chwili, jakiejś fotografii z dawnych lat… Cała praca polega na rekonstrukcji, na odszukaniu kontekstu, dotarciu do sedna wydarzeń, które rozgrywały się dawno temu i daleko. Oczywiście przy wykorzystaniu wyobraźni i rozumu.

– Praca detektywistyczna.

Obrzuciła go uważnym spojrzeniem, podejrzewając, że zawędrował myślami zupełnie gdzie indziej, ale on trzymał się tematu.

– Kiedy zamierzasz skończyć?

– Książka ma być gotowa na kwiecień przyszłego roku. Na razie mam o wiele za dużo materiału. Dokumenty publikowane w „Cahiers Debussy" i w „Oeuvres completes de Claude Debussy", różne notki biograficzne… Sporo tego. A jeszcze sam Debussy też dużo pisał. Listy, artykuły do gazety „Gil Blas", recenzje do „ La Revue Blanche ". Oczywiście wszystko przeczytałam.

Nagle poczuła się winna. Bez przerwy to samo. Znowu mówiła i mówiła, i ciągle na ten sam temat. A on dopiero co po pogrzebie. Chciała przeprosić, ale coś ją powstrzymało. Wyraz jego twarzy. Kogoś jej przypominał. Jakiegoś chłopca, młodego mężczyznę… Nie mogła sobie przypomnieć.