Выбрать главу

Weszła do kuchni. Pomieszczenie było mniejsze, niż się spodziewała, kwadratowe i miłe. Z czarnych belek pod sufitem zwisały najróżniejsze miedziane rondle, garnki i patelnie, nad poczerniałym paleniskiem, szerokim tak, że po obu jego stronach ciągnęły się kamienne ławy, wisiał parujący kocioł.

Kucharka, z chochlą na długim drewnianym trzonku w ręku, odwróciła się do drzwi, słysząc, że ktoś wchodzi. Równocześnie rozległo się szuranie odsuwanego krzesła. To wstała inna służąca, która właśnie jadła śniadanie przy drewnianym stole na środku kuchni, poznaczonym licznymi bliznami.

– Proszę nie wstawać powiedziała Leonie szybko. Przyszłam poprosić o filiżankę kawy. I może trochę chleba?

– Przygotuję śniadanie, madomaisela – obiecała kucharka. – Do pokoju dziennego?

Tak, chętnie, dziękuję. Czy ktoś już zszedł?

– Nie, panienka jest pierwsza.

Odpowiadała grzecznie, ale z pewnością me zależało jej na przedłużaniu rozmowy. Mimo wszystko Leonie zwlekała.

– Duże straty wyrządziła burza?

– Da się je naprawić.

– Nie było powodzi? – Obawiała się, czy sobotnia kolacja nie zostanie odwołana, na przykład z powodu zniszczenia drogi z miasta.

– Z Rennes-les-Bains nie ma żadnych złych wieści. Jedna z dziewcząt słyszała, że w Alet-les-Bains osunął się stok, a razem z nim wóz pocztowy z Limoux. – Wytarła ręce w fartuch. – Jeśli to wszystko, madomaisela. mam sporo pracy.

– Oczywiście.

Gdy wychodziła z kuchni, zegar wybijał siódmą. Wyjrzała przez okno na różowe niebo, po którym płynęły białe obłoczki. W majątku zaczynało się sprzątanie, zamiatanie liści, zbieranie gałęzi strąconych przez burzę.

***

Następne dni minęły spokojnie.

Leonie zwiedzała dom i posiadłość. Śniadanie codziennie zjadała w sypialni, a potem cały ranek miała dla siebie i mogła robić, co jej się żywnie podoba. Najczęściej nie widywała ani brata, ani Izoldy aż do obiadu. Popołudniami, jeśli tylko pozwalała pogoda, we dwie spacerowały po okolicy albo odkrywały tajemnicze zakątki domu. Ciotka była nieodmiennie uprzejma i miła, a jednocześnie na każdym kroku udowadniała, że dysponuje ujmującym poczuciem humoru. Grały na fortepianie duety Rubinsteina, bardziej dla rozrywki niż dla doskonalenia umiejętności, a wieczorami we trójkę zabawiali się różnymi rozrywkami salonowymi. Leonie dużo czytała i malowała widoczek z domem na pierwszym planie, a najlepsze miejsce do tego celu znajdowało się na niewielkim cyplu nad jeziorem.

Książka napisana przez wuja oraz pergamin z nutami, znaleziony w grobowcu, zaprzątały jej myśli właściwie stale, mimo to ani razu do nich nie zajrzała. A podczas zwiedzania posiadłości celowo unikała zarośniętej leśnej ścieżki, prowadzącej do wizygockiego kościółka.

***

W sobotę, dwudziestego szóstego września, w dzień proszonej kolacji, świt wstał jasny i czysty.

Zanim Leonie skończyła śniadanie, zjawił się pierwszy dostawca z Rennes-les-Bains. Chłopak przywiózł dwa wielkie bloki lodu. Zaraz po nim następny wyładował viande, sery, mleko i śmietanę.

W każdym pokoju służba coś czyściła, polerowała, składała płótna, rozstawiała popielniczki lub kieliszki, a wszystko to pod czujnym okiem starszej służącej.

O dziewiątej wyszła z sypialni Izolda. Zabrała dziewczynę do ogrodu. Uzbrojone w sekatory oraz grube gumiaki, wkładane na pantofle dla ochrony przed zniszczeniem obuwia na błotnistych ścieżkach, ścinały kwiaty, jeszcze mokre od rosy, potrzebne do ozdobienia stołów.

Wróciły do domu tuż przed jedenastą, z czterema dużymi, płaskimi koszami kwiecia. W pokoju dziennym czekała na nie parująca kawa oraz Anatol, w doskonałym humorze, ślący uśmiechy zza gazety.

W południe Leonie skończyła wypisywać ostatnią kartę wizytową. Kaligrafowała na nich nazwiska, dokładnie według wskazówek Izoldy. Uzyskała od ciotki obietnicę, że wolno jej będzie własnoręcznie rozłożyć wizytówki, gdy dekoracja stołu zostanie zapięta na ostatni guzik.

O pierwszej nie pozostało już nic do zrobienia. Po lekkim obiedzie gospodyni oznajmiła, że chce przez kilka godzin odpocząć w swoim pokoju. Anatol postanowił zająć się korespondencją. W tej sytuacji Leonie, nie mając wielkiego wyboru, zdecydowała się na to samo.

Gdy znalazła się w sypialni, zajrzała do kuferka z robótkami, gdzie „Les Tarots" leżały uśpione pod czerwoną włóczką i niebieską nitką, ale choć od wyprawy do grobowca minęło już kilka dni, nadal nie miała ochoty niszczyć spokoju myśli przez powrót do tajemnic książki. Zresztą lektura i tak by jej nie zajęła całego popołudnia. No i Leonie nie zdołałaby się skupić na czytaniu, bo stale wybiegała myślą do kolacji.

Wzrok dziewczyny padł na przybory do malowania. Farby, pędzle, sztalugi oraz blok papierów. Może by tak namalować coś dla mamy? Jakąś pamiątkę? Upominek, który wręczy jej po powrocie do Paryża.

Żeby zamazać niemiłe wspomnienia z dzieciństwa w Domaine de la Cade.

Zadzwoniła na pokojówkę i poleciła jej przynieść misę z wodą oraz płachtę grubego płótna do przykrycia stołu. Następnie wyjęła paletę i tubki z farbami. Zaczęła wyciskać trochę szkarłatu i ochry, topazowego błękitu i nieco farby żółtej, zieleń wilgotnego mchu oraz, na koniec, hebanową czerń. Położyła na stole kremowy arkusz.

Jakiś czas siedziała, czekając na natchnienie. Nie miała żadnego pojęcia, co właściwie namalować. Odruchowo nabrała na pędzel czarnej farby i automatycznymi ruchami zaczęła szkicować jakąś postać. Ręka robiła swoje, umysł zajął się czymś innym. Marzeniami o nadciągającym wieczorze. Leonie rozmyślała o tym, jakie wrażenie wywrze na niej socjeta z Rennes-les-Bains, a malunek, bez jej udziału, nabierał kształtów. Wszyscy goście chętnie przyjęli zaproszenia. Dziewczyna już widziała siebie, podziwianą i komplementowaną, w niebieskiej sukni… może raczej w czerwonej albo w tej zielonej z La Samaritaine? Rękawiczki, oczywiście, długie, tylko które najlepsze? Włosy podtrzyma grzebieniami z macicy perłowej i srebrnymi szpilkami, bo one najlepiej podkreślają kolor. W myślach przeglądała naszyjniki, kolczyki i bransolety, które dopełnią stroju.

Cienie kładły się na trawnikach coraz dłuższymi smugami, czas mijał dziewczynie na przyjemnych rozmyślaniach, a na papierze, pociągnięcie za pociągnięciem, krystalizowała się warstwa farb, pokazując coraz wyraźniejszy obraz.