Выбрать главу

– Spokojnie. – Wzięła go za rękę.

– Widzisz, wypadek zdarzył się bardzo wcześnie rano, na dobrą sprawę jeszcze prawie w nocy, wcale nie było ruchu o tej porze, więc samochód zauważono dopiero kilka godzin później. Tata próbował się wydostać, drzwi były uchylone, ale najwyraźniej mu się nie udało i potem znalazły go zwierzęta. Miał poszarpaną twarz, zresztą całe ciało.

– Współczuję ci.

Meredith przeniosła wzrok na kamienną figurę. Nie chciała łączyć tragicznego wypadku z roku dwa tysiące siódmego ze znacznie starszymi zdarzeniami, z diabłem prześladującym okolicę pod koniec dziewiętnastego wieku, ale nie mogła się od tego porównania uwolnić.

„Wszystkie metody wróżenia opierają się na wzorach, szkicach, rysunkach. Tak samo jak muzyka".

– Rzecz w tym, że pogodziłbym się z sytuacją, gdybym był przekonany, że to faktycznie był wypadek. Ale powiedzieli mi, że tata pił, zanim wsiadł za kółko. Słuchaj, przysięgam ci. tego jednego nigdy by nie zrobił. Nigdy. – Zamilkł. – Chciałbym wiedzieć, co się naprawdę stało. Chcę poznać prawdę. Nawet najgorszą. A w ogóle to co on tam robił, w dodatku o tej porze? Dokąd jechał? Chcę wiedzieć, co się wydarzyło.

Meredith pomyślała o swojej matce, o jej twarzy mokrej od łez. o krwi pod paznokciami. O starych fotografiach i o utworze na fortepian. A także o wewnętrznej pustce, która ją sprowadziła w ten zakątek Francji.

– Muszę się dowiedzieć – powtórzył Hal. Rozumiesz?

Odruchowo się do niego przytuliła, a on całkiem naturalnym gestem zamknął ją w ramionach. Pachniał wodą po goleniu i mydłem, a wełniany sweter łaskotał Meredith w nos. Było jej miło. ł wygodnie. Czuła ciepło Hala, odbierała jego gniew i złość, a przede wszystkim rozpacz.

– Tak zapewniła go cicho. Rozumiem.

ROZDZIAŁ 47

Domaine de la Cade

Julian Lawrence odczekał, aż obsługa skończy pracę na pierwszym piętrze, i dopiero wtedy wyszedł z gabinetu. Wycieczka do Rennes-le-Chateau i z powrotem zajmie przynajmniej dwie godziny. Miał mnóstwo czasu.

Gdy usłyszał od Hala o spotkaniu z dziewczyną, najpierw odczuł ulgę. Nawet udało im się porozmawiać ze dwie minuty całkiem spokojnie. Może były to pierwsze znaki, że bratanek wreszcie pogodzi się z nieodwracalnymi faktami i zajmie swoimi sprawami? Pozbędzie się wątpliwości?

Na razie nic jeszcze nie zostało zdecydowane. Julian wspomniał, co prawda, już wcześniej o odkupieniu udziałów w Domaine de la Cade, ale nie forsował tematu. Dał chłopakowi czas do pogrzebu. Teraz jednak zaczynał się niecierpliwić.

W trakcie rozmowy wyszło na jaw, że dziewczyna, z którą Hal się umówił, jest pisarką. Wtedy Julian zaczął coś podejrzewać. Biorąc pod uwagę zachowanie Hala w ciągu ostatniego miesiąca, nie mógł wykluczyć możliwości, że chłopak postanowił zainteresować swoimi wątpliwościami na temat wypadku jakąś dziennikarkę.

Zajrzał do hotelowej książki meldunkowej. Meredith Martin okazała się Amerykanką, zarezerwowała pokój do piątku. Nie miał pojęcia, czy znała Hala wcześniej, czy też chłopak skorzystał z okazji, by opowiedzieć komuś swoją łzawą historyjkę. Tak czy inaczej, obawiał się. że Hal wykorzysta dziewczynę, by spowodować jeszcze więcej zamieszania. A nie zamierzał dopuścić, by jakieś plotki czy domysły zrujnowały jego plany.

Tylnymi schodami wszedł na pierwsze piętro, kluczem uniwersalnym otworzył pokój dziewczyny. Pstryknął polaroidem kilka zdjęć, by zyskać pewność, że zostawi wszystko dokładnie tak, jak zastał, i wziął się do roboty, zaczynając od nocnego stolika. Dokładnie przejrzał zawartość szuflad, jednak nie znalazł nic interesującego. Dwa bilety lotnicze, jeden z Tuluzy na paryskie Orły na piątkowe popołudnie, drugi na powrotny lot do Stanów, jedenastego listopada.

Na biurku stał laptop podłączony do zasilania. Julian otworzył wieko, monitor od razu się rozjarzył. Dalej poszło jak po maśle. Dziewczyna nie chroniła systemu żadnym hasłem, a jeśli chodzi o Internet, korzystała z bezprzewodowej sieci hotelowej.

Dziesięć minut później miał za sobą lekturę jej listów elektronicznych nudnych jak flaki z olejem, przejrzał historię ostatnio odwiedzonych miejsc w sieci i foldery z danymi. Nie znalazł nic. co by sugerowało, że jest dziennikarką. Zgromadziła notatki na temat jakichś poszukiwań w Anglii, zapisała paryskie adresy, które mu nic nie mówiły. Nic szczególnego.

Przeszedł do plików ze zdjęciami, oglądając je w kolejności zapisu. Najpierw fotografie z Londynu, potem z Paryża – fragmenty ulic, charakterystyczne punkty, tablica z godzinami otwarcia Parc Monceau.

Ostatni folder nosił nazwę Rennes-les-Bains. Ten go zmartwił. Znajdowało się w nim kilka zdjęć brzegu rzeki przy wjeździe do miasta, parę ujęć mostu i tunelu, dokładnie tam, gdzie samochód Seymoura wypadł z drogi.

Później ujęcia cmentarza, jeden kadr z kościelnego portyku w stronę Place des Deux Rennes. Julian splótł ręce na karku. W prawym dolnym rogu zdjęcia widać było fragment obrusa i księgi kondolencyjnej.

Ściągnął brwi.

Meredith Martin była w Rennes-les-Bains dzień wcześniej i fotografowała pogrzeb.

W jakim celu?

Kopiując foldery na memory sticka, usiłował wymyślić jakieś niewinne wyjaśnienie postępowania dziewczyny. Nic z tego.

Wyszedł z programu, wyłączył komputer, ustawił wszystko tak, jak zastał, i przeszedł do szafy. Jeszcze tylko kilka następnych zdjęć polaroido-wych. Metodycznie sprawdził każdą kieszeń, przeszukał półki z T-shirta-mi i butami. Nic.

Na dnie szafy, pod parą pantofli na wysokich obcasach, leżała miękka czarna torba podróżna. Julian otworzył suwak, zajrzał do głównej komory. Znalazł w niej tylko parę skarpetek i zapomnianą bransoletkę z koralików. Nic więcej. Wobec tego zabrał się do sprawdzania zewnętrznych kieszeni. Dwie na krótszych bokach okazały się całkiem puste, trzy mniejsze na dłuższym boku także. Podniósł torbę i potrząsnął nią niezbyt gwałtownie. Wydawała się trochę za ciężka. Postawił ją na podłodze i wsunął palce między ściankę a sztywne dno. Gdy pociągnął, puściły rzepy i wyściółka odsłoniła jeszcze jedną komorę. Z niej wyciągnął niewielki prostokątny przedmiot, owinięty w czarny jedwab. Dwoma palcami, bardzo ostrożnie, rozwinął tkaninę.

I zamarł.

Znalazł się oko w oko ze Sprawiedliwością.