Przez ułamek sekundy wydawało mu się, że ma zwidy, ale zaraz uświadomił sobie, iż trzyma w rękach zwykłą reprodukcję. Rozłożył talię kart, obejrzał ją uważniej. Drukowane, laminowane. Seryjna produkcja, a nie oryginalny tarot Bousqueta. Oczywiście. Nie mogło być inaczej-Między kartami też nic nie znalazł. Tylko klasyczna talia. Taka sama jak ta, którą trzymał w sejfie. Żadnych dodatkowych słów lub zmian w ilustracjach.
Tak czy inaczej, talia kart w pokoju dziewczyny zmieniała wszystko, zwłaszcza w świetle informacji napływających z miejsca wizygockiego pochówku w Quillan. Pomiędzy różnymi przedmiotami znaleziono tam tabliczkę potwierdzającą istnienie innych takich lokalizacji w pobliżu Domaine de la Cade. Szczegółów jeszcze nie znał, rano nie zdążył się skontaktować ze swoim informatorem.
Niezależnie od wszystkiego, nasuwało się pytanie, skąd u Meredith Martin talia Bousqueta. W dodatku schowana na samym dnie torby. To nie mógł być przypadek. Należało założyć, że wiedziała o oryginalnej talii oraz jej powiązaniach z Domaine de la Cade.
Może Seymour powiedział synowi więcej, niż twierdził? A jeśli Hal sprowadził tutaj tę osobę z powodu kart, nie wypadku?
Musiał się napić. Zrobiło mu się gorąco, kołnierzyk uwierał w szyję. Jak mógł, choćby na chwilę, uwierzyć, że trzyma w ręku oryginalną talię…
Owinął karty czarnym jedwabiem, schował w torbie, odłożył ją do szafy. Ostatni raz rozejrzał się po pokoju. Wszystko było tak jak przed jego wejściem, a nawet jeśli coś zostało przesunięte, panna Martin z pewnością uzna, że zrobiła to sprzątaczka. Wyśliznął się z pokoju i żwawym krokiem podążył do tylnych schodów.
Cała operacja zabrała mu niecałe pół godziny.
ROZDZIAŁ 48
Rennes-le-Chateau
Hal odsunął się pierwszy. W jego niebieskich oczach błyszczało oczekiwanie, trochę też zaskoczenie. Twarz miał zaczerwienioną.
Meredith także była zdziwiona. Siłą emocji, które ich połączyły. Teraz, kiedy osłabły, oboje czuli się niezręcznie. No i tak odezwał się Hal, wkładając ręce do kieszeni.
– No i tak – powtórzyła Meredith z szerokim uśmiechem.
Hal pchnął drzwi muzeum. Nie ustąpiły. Zagrzechotały rygle.
– Zamknięte skonstatował zdumiony. – Na głucho. Niemożliwe.
Strasznie cię przepraszam, powinienem był zadzwonić i sprawdzić…
Jakiś czas patrzyli na siebie w milczeniu. Po czym oboje wybuchnęli śmiechem.
– Sanatorium w Rennes-les-Bains też jest zamknięte powiedziała Meredith.- Do końca kwietnia.
Ten sam kosmyk nieznośnych włosów spadł mu na czoło. Bardzo miała ochotę go odgarnąć, ale postanowiła trzymać ręce przy sobie.
– Przynajmniej kościół jest otwarty… westchnął Hal. Wskazał litery
nad wejściem. Ten napis, TERRIBILIS EST LOCUS ISTE, to jeszcze
jedna przyczyna różnych wywrotowych teorii, związanych z Rennes-le-
– Chateau. – Odchrząknął. W dosłownym tłumaczeniu znaczy,,Oto jest
miejsce zdumiewające", ale Francuzi i Anglicy łączą słowo terribilis ze
swoim terrible i uważają, że miejsce ma być straszne.
Meredith podniosła wzrok, ale jej uwagę przykuł inny napis. IN HOC SIGNO VINCES. Znowu Konstantyn, katolicki władca Cesarstwa Bizantyjskiego. Te same słowa co na tablicy Henri Boudeta w Rennes-les-Bains. Przywołała w pamięci Laurę rozkładającą karty na stole. Cesarz to jeden z arkanów większych, między Czarodziejem a La Pretresse. A jeszcze hasło do Internetu w hotelu…
Kto wymyśla hasła do hotelowej sieci? spytała.
Mój stryj odpowiedział Hal zaskoczony. Tata niespecjalnie się wyznawał na komputerach. Wziął Meredith za rękę. – Wejdziemy?
Pierwsze, co uderzyło Meredith, to to, że kościółek był za mały. Wszystkie proporcje wydały jej się niewłaściwe.
Na ścianie po prawej znajdowały się różne napisy, jedne po francusku. inne w dziwacznej angielszczyźnie. Ze srebrnych głośników, zawieszonych w rogach, płynęła dyskretna pieśń, pewnie średniowieczne chóry gregoriańskie.
– W ramach walki z pogłoskami o tajemniczym skarbie i tajnych stowarzyszeniach – odezwał się Hal przyciszonym głosem – gdzie się tylko dało, uwypuklono elementy katolickie. Na przykład tutaj. – Stuknął palcem w jeden z napisów. – Sama zobacz. Dans cette eglise, le tresor cest vous. Skarbem kościoła jesteś ty.
Ale Meredith patrzyła na kropielnicę ustawioną po lewej stronie drzwi. Benitier złożono na barkach metrowej wysokości postaci diabła. Odpychająca czerwona twarz, zdeformowane ciało, przeszywające spojrzenie niebieskich oczu. Znała tę figurę. Widziała ją wcześniej. W każdym razie rysunek. W Paryżu, na stoliku u wróżki, gdy Laura rozłożyła arkana większe.
Diabeł. Karta XV.
– To jest Asmodeusz – objaśnił Hal. – Tradycyjny strażnik skarbu, sekretów i tajemnic, budowniczy świątyni Salomona.
Z wahaniem dotknęła posągu. Był zimny. Dłonie miał wykrzywione. zakończone pazurami. Odruchowo przeniosła spojrzenie na figurę Notre Damę de Lourdes, stojącą nieruchomo na kamiennym filarze.
Lekko potrząsnęła głową. Nad diabłem widniała rzeźba przedstawiająca cztery anioły. Ich głowy układały się w znak krzyża, a u stóp powtórzono słowa Konstantyna Wielkiego, tym razem po francusku. Kolory zblakły, farba się łuszczyła, jakby skrzydlate twory toczyły bitwę z góry skazaną na przegraną.
Jeszcze niżej, na górnej krawędzi postumentu, znajdowały się dwie litery: B.S.
– Mogą oznaczać: Berenger Sauniere – powiedział Hal. – Albo Boudet i Sauniere, La Blanąue i Le Salz, dwie miejscowe rzeki, zasilające sadzawkę znaną jako le benitier.
– Sauniere i Boudet się znali?
– Jak najbardziej. Boudet był mentorem młodego Sauniere'a. A podczas kilku miesięcy, jakie spędził w parafii Durban, też tutaj niedaleko, zaprzyjaźnił się z Antoine'em Gelisem, który potem objął parafię w Coustaussie.
– Byłam tam wczoraj. Same ruiny.
– Zamek faktycznie jest zrujnowany, ale w wiosce mieszkają ludzie. Duża nie jest, dosłownie parę domów. Gelis umarł w dość tajemniczych okolicznościach. Został zamordowany w Halloween tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego siódmego.
– Znaleziono winnego?